Rada (Nie)Pokoju

5 dni temu

Trump spodziewał się bardziej entuzjastycznej reakcji po swoich europejskich sojusznikach. / Źródło: flickr

Jeszcze w styczniu przedstawiana była jako przełomowa inicjatywa dyplomatyczna. Rada Pokoju, powołana przez prezydenta USA Donalda Trumpa w Davos, miała stać się forum mediacji i narzędziem zapobiegania konfliktom. Dwa miesiące później świat obserwuje jednak wojnę między Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i Iranem. Paradoks polega na tym, iż polityk, który ogłaszał powstanie nowej architektury pokojowej, sam zdecydował się na rozpoczęcie wojny. To rodzi pytania o wiarygodność całej inicjatywy.

Gdy w styczniu podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos Donald Trump ogłaszał powstanie Rady Pokoju, przedstawiał ją jako nowy instrument stabilizacji globalnej polityki. Według zapowiedzi miała być platformą mediacji między państwami i narzędziem reagowania na konflikty regionalne, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Do inicjatywy zaproszono kilkadziesiąt państw, a jej skład miał być tworzony wyłącznie z państw wybranych przez Stany Zjednoczone. Już w momencie powstania projekt wzbudzał jednak kontrowersje. Krytycy zwracali uwagę, iż organizacja powoływana przez jedno państwo, bez jasnego mandatu prawa międzynarodowego i bez powiązania z istniejącymi strukturami może stać się raczej instrumentem politycznym niż forum pokojowym. Wątpliwości wzbudzał także fakt zaproszenia do niej przywódców państw pozostających w konflikcie z Zachodem, co dla części państw europejskich było sygnałem, iż inicjatywa może podważać dotychczasowy system bezpieczeństwa międzynarodowego. Najbardziej bezwzględna okazała się jednak próba czasu. Zaledwie kilka tygodni po inauguracji Rady Pokoju świat stanął w obliczu nowej wojny na Bliskim Wschodzie. Wspólna operacja Stanów Zjednoczonych i Izraela przeciwko Iranowi doprowadziła do otwartego konfliktu, który w ciągu kilkunastu dni objął kolejne państwa regionu oraz najważniejsze szlaki transportu ropy naftowej.

Polityczny paradoks

Największy paradoks polega na tym, iż inicjatorem Rady Pokoju jest ten sam przywódca, który stoi dziś na czele operacji wojskowej przeciwko Iranowi. Donald Trump w ostatnich dniach zapowiadał dalsze działania militarne i przekonywał, iż Stany Zjednoczone odnoszą „ogromny sukces” w wojnie, będącej jego zdaniem szybką do zakończenia, gdy cele militarne zostaną osiągnięte. Retoryka amerykańskiego prezydenta staje się przy tym coraz ostrzejsza. Trump określił przywódców Iranu jako „szaleńców” i zapowiedział użycie „bezprecedensowej siły”, co tylko pogłębia atmosferę eskalacji. W tym kontekście idea Rady Pokoju zaczyna być postrzegana przez wielu analityków jako projekt o charakterze propagandowym. Trudno bowiem mówić o wiarygodności instytucji pokojowej, jeżeli jej główny architekt jednocześnie prowadzi działania wojenne na szeroką skalę. Krytycy podkreślają także, iż sama konstrukcja Rady Pokoju może osłabiać istniejące mechanizmy dyplomatyczne. Zamiast wzmacniać rolę organizacji międzynarodowych takich jak ONZ tworzy ona równoległe forum polityczne, w którym dominującą rolę odgrywają Stany Zjednoczone. Jeszcze bardziej wymowny jest skład państw wchodzących do Rady Pokoju. Wśród nich znalazły się m. in. Argentyna, Armenia, Azerbejdżan, Bahrajn, Bułgaria, Węgry, Indonezja, Jordania, Kazachstan, Kosowo, Mongolia, Maroko, Pakistan, Paragwaj, Katar, Arabia Saudyjska, Turcja, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Uzbekistan. Już sama lista pokazuje, jak niezwykła – a dla wielu komentatorów wręcz kuriozalna – jest to konstrukcja polityczna. W jednej strukturze znalazły się państwa skonfliktowane ze sobą lub rywalizujące regionalnie: Armenia i Azerbejdżan, monarchie Zatoki Perskiej takie jak Katar, Bahrajn czy Arabia Saudyjska, prowadzące własne gry geopolityczne, a także państwa, których polityka zagraniczna od lat opiera się na strategicznej współpracy z Waszyngtonem. Ta mozaika interesów sprawia, iż trudno traktować Radę jako spójny projekt pokojowy. Dla części państw udział w niej wygląda raczej jak demonstracja lojalności wobec Stanów Zjednoczonych niż jak próba stworzenia realnej platformy do mediacji. Wiele z tych państw pozostaje bowiem w różnego rodzaju zależnościach politycznych, militarnych lub gospodarczych od Waszyngtonu – począwszy od państw Zatoki Perskiej, opierających swoje bezpieczeństwo na amerykańskich gwarancjach wojskowych, aż po kraje Europy Środkowej, takie jak Bułgaria czy Węgry, które mimo własnych sporów z Zachodem przez cały czas funkcjonują w systemie bezpieczeństwa opartym na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W rezultacie zamiast forum równorzędnej dyplomacji powstała struktura przypominająca raczej geopolityczną układankę, w której wspólnym mianownikiem nie jest wizja pokoju, ale polityczna bliskość bądź pragmatyczna zależność od amerykańskiego patrona.

Właśnie z tych powodów wiele państw europejskich przyjęło wobec inicjatywy Trumpa stanowisko powściągliwe i wyczekujące. Polska od początku podkreślała, iż nie zamierza przystępować do Rady Pokoju w obecnym kształcie. Warszawa wskazywała na wątpliwości dotyczące struktury organizacji oraz jej potencjalnego wpływu na istniejący system bezpieczeństwa międzynarodowego. Decyzja ta z perspektywy ostatnich wydarzeń wydaje się jeszcze bardziej uzasadniona. Polska dyplomacja, podobnie jak wiele państw Unii Europejskiej, podkreśla dziś potrzebę powrotu do mechanizmów wielostronnych i działań prowadzonych w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Prognozy na przyszłość

Konflikt między USA i Izraelem a Iranem może stać się jednym z najpoważniejszych kryzysów geopolitycznych ostatnich dekad. Eskalacja działań militarnych w regionie Zatoki Perskiej już dziś wpływa na globalne rynki energii, bezpieczeństwo transportu morskiego i stabilność polityczną wielu państw. W tej sytuacji przyszłość Rady Pokoju stoi pod znakiem zapytania. jeżeli spojrzeć na wydarzenia ostatnich tygodni, trudno oprzeć się wrażeniu, iż projekt Rady Pokoju już dziś stał się symbolem politycznej sprzeczności. Instytucja powołana z wielkimi deklaracjami o budowaniu dialogu i zapobieganiu konfliktom powstała zaledwie kilka tygodni przed wybuchem jednego z najpoważniejszych kryzysów militarnych ostatnich lat. Jeszcze bardziej znamienny jest fakt, iż inicjatorem tej struktury jest polityk stojący na czele operacji wojskowej. W tej sytuacji trudno traktować Radę Pokoju jako poważny instrument dyplomacji. Zamiast forum mediacji stała się ona raczej politycznym paradoksem, a dla wielu komentatorów wręcz niezamierzonym symbolem hipokryzji współczesnej polityki międzynarodowej. W krótkim czasie od ogłoszenia jej powstania okazało się bowiem, iż deklaracje o pokojowej architekturze świata mogą iść w parze z decyzjami prowadzącymi do eskalacji napięć i otwartej wojny.

Dlatego coraz częściej pojawiają się opinie, iż Rada Pokoju stała się nie tyle poważną instytucją, ile politycznym kuriozum. Projekt, który miał symbolizować zdolność światowych liderów do wspólnego rozwiązywania konfliktów, w zderzeniu z rzeczywistością przypomina dziś raczej nieudany eksperyment wizerunkowy niż realne narzędzie budowania pokoju. W oczach wielu analityków inicjatywa ta już zdążyła stracić wiarygodność. Zamiast platformy dialogu powstał twór funkcjonujący w cieniu wojny rozpętanej przez jednego z jego architektów.

Oliwia MAZIOPA

Idź do oryginalnego materiału