Pyrrusowe zwycięstwa referendum. Nie(polityczny) Kraków

2 godzin temu

Niesłuszna była intuicja, iż inicjatorzy referendum o odwołanie prezydenta Aleksandra Miszalskiego będą czekać do ostatniego dnia terminu na zebranie podpisów pod wnioskiem o jego organizację. To już się stało i jest niewątpliwym zwycięstwem oponentów prezydenta. Wszystkie kolejne, niezależnie od tego kto je odniesie, mogą być albo spektakularne, albo pyrrusowe. Zgodnie z przepisami, organizatorzy referendum musieli w ciągu 60 dni zgromadzić ponad 58 tysięcy podpisów Krakowian pod wnioskiem o przeprowadzenie głosowania. Zgodnie z przewidywaniami, impet zbierania na początku był duży. Niewielu przewidywało jednak, iż w kolejnych tygodniach osłabnie tylko nieznacznie. Zebranie prawie 60 tysięcy podpisów musiało być obwarowane ostrożną rachubą zbierających, iż mogą zdarzać się sytuacje, iż podpisy będą składać osoby nieuprawnione, albo będzie dochodzić do ich dublowania. To z kolei kazało organizatorom zebrać bezpieczną „górkę " podpisów. „Górka" ta rosła w założeniach inicjatorów, im bardziej rosło zainteresowanie Krakowian całą akcją. Najpierw była mowa o 80 tysiącach, potem o 90, następnie o 100, by w ostatnich dniach osiągnąć 120 tysięcy. I były to prognozy, które zaczęły się bardzo gwałtownie realizować. Dlatego, ostatecznie do komisarza wyborczego trafiło aż 134 tysiące podpisów i to ponad dwa tygodnie przed terminem. Czy to oznacza, iż przeciwnicy prezydenta są pewni swego? Niekoniecznie. Jak już wielokrotnie zwracali uwagę komentatorzy, organizatorzy referendum wyciągnęli wnioski z podobnej inicjatywy Łukasza Gibały sprzed dziesięciolecia i postanowili zabezpieczyć się naprawdę dużą liczbą podpisów. Były tu jednak dwie istotne bariery. Pierwszą było zainteresowanie Krakowian referendum, które nieco spadło, ale niewątpliwie mniej niż oczekiwali tego jego przeciwnicy i dlatego przyśpieszenie zbiórki stało się najzupełniej realne. Drugą barierą był natomiast kalendarz dalszych procedur. Gdy już bowiem stało się prawdopodobne, iż do głosowania nad odwołaniem prezydenta może dojść, kolejną trudnością staje się odpowiednia frekwencja, która warunkuje, by referendum było wiążące. Ważna w tym względzie jest kampania, ale też kalendarz. Dlatego, inicjatorzy referendum, jak diabeł święconej wody, boją się przerw, długich weekendów i wszelkiego autoramentu kanikuł. Te zaś w Polsce zdarzają się nader często. Najniebezpieczniejszy dla przeciwników prezydenta termin referendum to 7 czerwca, czyli niedziela po Bożym Ciele, a więc długi weekend. o ile dodatkowo będzie ciepło, to frekwencja przy głosowaniu może być kiepska i cała referendalna para pójdzie w gwizdek. By wyeliminować prawdopodobieństwo czerwcowego terminu, inicjatorzy nie czekali do ostatniego dnia i podpisy złożyli wcześniej. To miał być zarówno pokaz siły, jak i prób zapobieżenie referendum w czerwcu, bowiem od momentu złożenia podpisów komisarz wyborczy ma teraz 30 dni na ich weryfikację, a następnie, o ile jest ich odpowiednia liczba, wydaje postanowienie o organizacji referendum. 50 dni od ogłoszenia tego postanowienia powinno odbyć się referendum. Ostatnie możliwe terminy głosowania w obecnej sytuacji wypadną więc w maju, a to dla przeciwników prezydenta dużo bardziej komfortowe rozwiązanie. Późniejsze, na tym etapie, byłoby zwycięstwem pyrrusowym, z referendum, które co prawda się odbędzie, ale będzie obarczone ogromnym ryzykiem niewystarczającej frekwencji. Tymczasem prezydent Miszalski zrobił wreszcie to, co już jakiś czas temu zasugerował mu „Niepolityczny Kraków", czyli nabrał wody w usta. Doszło do tego po nie do końca zrozumiałych ruchach z odwołaniem dyrektora Zarządu Transportu Publicznego i korektami Strefy Czystego Transportu. Jedyny efekt tych działań, jaki osiągnął prezydent, to zrażenie do siebie części elektoratu niezdecydowanego, któremu dał się w ten sposób poznać jako niekonsekwentny i ulegający naciskom. Jednak pamięć wyborców jest krótka i wybiórcza, dlatego nie ma potrzeby za często im się przypominać. To w tej chwili wydaje się najlepszy klucz, by Miszalski nie dał się odwołać w referendum. W żadnym wypadku takim krokiem nie może być natomiast chwalenie się zwycięstwem w wyborach na przewodniczącego Koalicji Obywatelskiej w Małopolsce, które Aleksander Miszalski odniósł 8 marca. Po pierwsze, wyborców mało to obchodzi, a o ile już, to głównie tych, którzy KO nie lubią, a więc za takim liderem nie zagłosują. Po drugie, co innego miały zrobić struktury regionalne? Brak reelekcji Miszalskiego byłby wszak czytelnym dla wszystkich komunikatem w rodzaju „My też na niego nie stawiamy". Postawili więc, choć interesujące pozdrowienia dla prezydenta przyszły od działacza szczebla centralnego i to nie byle jakiego, bo samego Grzegorza Schetyny. Schetyna zapytany o referendum w Krakowie daleki był od aktów strzelistych pod adresem Aleksandra Miszalskiego, i wypowiedzi o tym, iż referendum to hucpa, a prezydent na pewno da sobie radę. Schetyna w partii pod rządami Donalda Tuska wie, iż nie podskoczy wyżej niż poziom nerek, a to wywołuje u niego luksus własnego zdania, który to luksus miał już w przeszłości inny prominentny i znany w Krakowie działacz PO, dziś mówiący o Tusku wyłącznie źle lub bardzo źle. W ramach owego zdania, Schetyna stwierdził, iż choćby jeżeli prezydent Miszalski wygra referendum, to musi na nowo przemyśleć dalszą prezydenturę. Dawno nikt nie przedstawił tak chłodnej, krótkiej i rozsądnej diagnozy tego co dalej. Aleksander Miszalski jeszcze nie przegrał referendum i wcale przegrywać go nie musi, ale jeżeli nie zdefiniuje jasnych i realnych celów rozwoju miasta brak odwołania będzie jego ostatnim politycznym zwycięstwem. Oczywiście, pyrrusowym.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator

(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału