Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego – szokujący artykuł z Gazety Polskiej

6 godzin temu
Zdjęcie: Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego – szokujący artykuł z Gazety Polskiej


W czerwcu 2005 roku na łamach Gazety Polskiej ukazał się wstrząsający artykuł Piotra Wierzbickiego o Tomaszu Sakiewiczu. Przytaczamy go w całości, bowiem doskonale pokazuje kim jest Sakiewicz. Warto przeczytać całość, bo tekst ten został usunięty z sieci.

Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego

Późne popołudnie jednego z ostatnich dni kwietnia tego roku. Redakcja „Gazety Polskiej”. Pokój zastępczyni redaktora naczelnego. Oglądamy z Elżbietą Isakiewicz jakiś telewizyjny program informacyjny. Wchodzi Tomasz Sakiewicz, dziennikarz i zarazem członek zarządu Niezależnego Wydawnictwa Polskiego, które jest wydawcą „Gazety Polskiej”. Siada na krześle i składa nam zaskakującą propozycję.

Jest pewna firma telekomunikacyjna, która byłaby gotowa z nami współpracować — chodzi o duże pieniądze — ale stawia warunek: mamy pisać dobrze o jej produktach, i to w zwykłych tekstach dziennikarskich, a nie w materiałach oznaczonych jako „reklama” czy „kolumna sponsorowana”.

Robimy wielkie oczy. Nie możemy wydobyć z siebie słowa. W końcu mówię:
— Pan nam, jeżeli dobrze rozumiem, proponuje nie mniej i nie więcej tylko to, byśmy świadomie wprowadzali w błąd naszych czytelników: oni, czytając teksty napisane na zlecenie, za pieniądze, będą myśleli, iż zawarte tam pochwały płyną z przekonania autorów, iż są bezinteresowne i prawdziwe. Przecież to zwykłe oszustwo. Nie ma mowy.
Elżbieta Isakiewicz podnosi głos:

— Jak ty w ogóle śmiałeś przyjść do nas z taką propozycją? Jak mogłeś pomyśleć, iż zgodzimy się na takie szalbierstwo, sprzedamy się i zniszczymy cały nasz prestiż?

Sakiewicz spuszcza głowę i wychodzi. Byliśmy w szoku. Wiemy, co znaczy wychwalać cudze produkty za cudze pieniądze bez oznaczenia, iż to tekst sponsorowany czy reklama. Wiemy, iż każde odstępstwo od obowiązujących zasad oznacza sprzedanie się, utratę wiarygodności i niezależności. Że jedna przekupiona publikacja to gotowe kłamstwo na zlecenie. Że gdy traci się niezależność w jednym punkcie, traci się ją we wszystkich. Jeden fałszywy krok to przepaść. Rozumieją to wszyscy uczciwi dziennikarze.
Byliśmy w szoku. Zdarzało nam się w „Gazecie Polskiej” popełniać błędy. Zdarzało nam się kibicować ludziom, którzy później nas zawodzili. Zdarzały nam się pośpiech i niesprawiedliwość w sądach. Ale nikt nami nigdy nie komenderował. Niezależność była dla nas zawsze największą świętością. Nigdy nie posunęliśmy się do tego, by z premedytacją oszukiwać czytelników. Nigdy — i nie uczynimy tego za żadne pieniądze.

Pewnie jednak natłok rutynowych zajęć przy redagowaniu gazety sprawiłby, iż potraktowalibyśmy to wydarzenie jako głupi wybryk. Stało się jednak inaczej. Okazało się, iż to nie był wybryk. W ciągu kilku kolejnych dni nastąpiła seria alarmujących wydarzeń.
W liście rozesłanym do udziałowców gazety zostaliśmy oskarżeni o „nienowoczesne zarządzanie firmą”. Wyszło na jaw, iż od wielu tygodni Sakiewicz działa za naszymi plecami. Odbywał narady — jakby chciał doprowadzić do wyrzucenia Piotra Wierzbickiego i Elżbiety Isakiewicz z „Gazety Polskiej”. Jako członek zarządu odpowiedzialny za finanse posuwa się do sabotażu (nie poleca księgowości przygotowywać istotnych dokumentów na doroczne zgromadzenie udziałowców). W piśmie rozesłanym niektórym udziałowcom atakuje linię programową gazety.

Towarzyszą temu dwa kolejne „napady nieznanych sprawców” na lokal naszej redakcji.
Istniejemy już od dwunastu lat. Różnimy się od innych gazet. Często idziemy pod prąd. Nie poszliśmy pod komendę żadnej partii. Lubimy zaskakiwać, rewidować poglądy, reagować na rzeczywistość. Nie pchamy się w schematy. Śmieszą nas szaleństwa politycznej poprawności, ale jesteśmy liberałami gospodarczymi. Nie zostawiamy suchej nitki na wynaturzeniach i draństwach III RP, ale doceniamy, iż jesteśmy państwem niepodległym, elementem Zachodu. Popieramy lustrację, ale przypominamy, iż ważniejsza jest dekomunizacja. Nie lubimy postkomunistów, ale obrzydzenie budzą także ci, którzy dziś udają wielkich patriotów i antykomunistów, a w PRL siedzieli jak mysz pod miotłą.

Mamy powód, by bronić swojej gazety.

Gdy p. Sakiewicz ma chrapkę na „Gazetę Polską”, można to uznać za śmieszne. Gdy w piśmie do udziałowców twierdzi, iż to on mianował Piotra Wierzbickiego redaktorem naczelnym, można się uśmiechnąć. Ale gdy te działania wpisują się we wrogą akcję wymierzoną w niezależność „Gazety Polskiej”, to nie jest śmieszne.

Przeżyliśmy już dwie takie próby — w 1993 roku, gdy napadom „nieznanych sprawców” towarzyszyła agresja prokuratury, i drugi raz, gdy próbowano rozbić środowisko „Naszego Dziennika”. Dzięki postawie naszych czytelników, dziennikarzy i udziałowców przetrwaliśmy.
Tym razem również chodzi o politykę i o pieniądze. Chodzi o to, abyśmy — tuż przed wyborami — skapitulowali wobec promotorów tzw. narodowych katolików antyamerykańskich i antyeuropejskich. Chodzi o to, byśmy pisali pod dyktando potężnych sił.

Pragnę zapewnić czytelników, iż nic takiego nie nastąpi. Nie ukaże się w „Gazecie Polskiej” choćby jeden tekst p. Sakiewicza. Odebrałem mu prawo reprezentowania gazety w innych mediach. Każdy, kto ośmieli się przyjść do nas z propozycją „pochwały za pieniądze”, wyjdzie z kwitkiem.

Piotr Wierzbicki

źródło:

Zmarł Piotr Wierzbicki, bardzo istotna postać polskiej prawicy aż do wczesnych lat 2000. Twórca "Gazety Polskiej", której bezkompromisowe a zarazem rozsądne oblicze odmienił później Tomasz Sakiewicz. pic.twitter.com/BBbd7NpcS3

— Stefan Sękowski (@sekowskis) November 29, 2025

Idź do oryginalnego materiału