Naszą polską codzienność przenika ohyda. Nie żartuję, to raczej smutna konstatacja. Obracamy się w kłamstwach powtarzanych tak często, iż niektórzy zaczęli w nie wierzyć, w sieci mniej czy bardziej subtelnych manipulacji, na które bywamy podatni, w całej masie zabiegów stosowanych przez tych czy owych po to, by jeszcze bardziej nas poróżnić, spolaryzować, podzielić na „swoich” i „obcych”, „przyjaciół” i „wrogów”, by najzwyczajniej, a jednocześnie najokrutniej nas sobie nawzajem… zohydzić. Zamiast szukać w drugich piękna i wartości, patrzymy na siebie wilkiem (choć czasem prawdziwie wilcze spojrzenie bliższe by było krainie łagodności, od tego, co sobie serwujemy). W najlepszym zaś razie… narzekamy.
Polityczne zabiegi, historyczne zaszłości, nierozwiązane sprawy, wieczne niedopowiedzenia, retoryka walki, w której – domniemany, bo nie zawsze faktyczny – zwycięzca miały „brać wszystko”, dla wielu wyznaczają horyzont codzienności. Zaczynamy uważać na słowa i gesty, przy czym owa „uważność” bywa wcale nie wyjściem ku innemu, ale stanem podszytym strachem, a w najlepszym razie ostrożnością, dającą pozornie tylko błogi spokój. Jedni rozglądają się za „wrogami”, inni dokładają starań, by „nie wpaść” w tę rolę, jeszcze kolejni – z trudem – próbują przejść nad tym do „porządku dziennego”, zaś co bardziej szaleni szukają sposobu, jak tę sytuację zmienić. Jak przywrócić „normalność”, w której przedmioty, gesty i słowa łączą, a nie wykluczają, łączą, a nie sprawiają, iż zaczynamy się siebie bać.
Pytanie, czy to konieczność? Czy naprawdę musimy żyć w świecie, w którym każdy gest jest podejrzany, a każde słowo może zostać użyte przeciwko nam? Czy polska debata publiczna musi być areną, na której liczy się tylko to, kto komu „dowalił”, kto „wygrał przekaz dnia”, kto „zniszczył przeciwnika”? Nie, to wybór, dokonywany codziennie przez tych, którzy mają realny wpływ na język życia publicznego. Ten sam język, który kształtuje nam rzeczywistość. Raz jeszcze – to wybór – zarówno mówiących, jak i słuchających. To zgoda, którą część społeczeństwa wydaje na zohydzanie sobie tej drugiej „połowy”; wybór, gdzie częstokroć nie liczy się racjonalność, ale jakieś „anty” w owczym pędzie idące za tym, kto krzyczy głośniej, kłamie więcej, kto czaruje rzeczywistość. A przecież umawialiśmy się na to, iż będziemy „rozumnie strzec wolności”.
A gdyby tak… odczarować świat? Na jeden dzień, na godzinę? Nie chodzi o naiwne marzenie, ale o eksperyment społeczny: co by się stało, gdybyśmy na chwilę przestali reagować agresją, podejrzliwością, automatycznym „przeciw”? Odczarowanie polskiego podwórka wcale nie wymaga rewolucji. Wymaga zmiany tonu. Zmiany gestu. Zmiany słowa. To poniekąd akt obywatelski – nie taki znów spektakularny, ale (jeśli praktykowany w niewielkich choćby dawkach) może okazać się skuteczny. Bo język, którym mówimy o sobie nawzajem, jest fundamentem wspólnoty.
By jednak myśleć o nim realnie, zaczynamy od siebie. Od naszego indywidualnego bycia, od refleksji nad tym, co Ja naprawdę mogę. Od pytania o to, czym się otaczamy, z kim/w czym/jak żyjemy. Na ile prawdziwie zwracamy uwagę na to, co wokół nas. Na ile pozwala nam na to wybrana codzienność, pośpiech, wzrok utkwiony w ekranie telefonu, potykanie się o własne nogi, zaplatanie w stereotypy czy wreszcie – jakże polski – upór. Są wakacje… można nieco zwolnić…
Tymczasem Polska cierpi na deficyt uważności. Patrzymy, ale nie widzimy. Słuchamy, ale nie słyszymy. Reagujemy, ale nie rozumiemy. I nie chodzi o patrzenie na jakieś rozłączne Ja czy Ty, o to, co daje się jakoś indywidualnie naprawiać. To nie jest problem jednostkowy, ale systemowy. W świecie, w którym informacja jest natychmiastowa, a emocje są natychmiastowe, refleksja staje się luksusem. A bez refleksji nie ma debaty. Jest tylko hałas, chaos, nieustanny, spędzający sen z powiek szum.
***
Ponoć – jak chciała Coco Chanel – „piękno zaczyna się w momencie, gdy decydujesz się być sobą”. Pytanie, kto z nas naprawdę, świadomie chce sobie na to pozwolić. Na tę wolność bycia w prawdzie wobec życiowych znaków zapytania, wobec wyzwań stawianych nam przez codzienność, wobec informacyjnego szumu, wobec krzyczących z każdej strony, wobec retoryki podziału. Pozwolić sobie na wolność, która niesie myślenie, a wraz z nim przebudzenie… z ideologicznych drzemek, koszmarów serwowanych przez populizmy, sztuczności podziałów wywołujących wrogość. Wolność do gestów i słów, w których pozostajemy bezpieczni, ale nie musimy przez to stawać się… źli. Wolność prawdziwego wyboru. Mojego i Twojego.
Tylko… gdyby tak naprawdę odczarować świat… Na jeden dzień, na godzinę? Czy w ogóle to byśmy zauważyli?

2 dni temu









