Wypowiedzi Joachima Brudzińskiego z ostatnich dni są nie tylko demonstracją politycznej desperacji, ale także pokazem języka, który dawno przekroczył granice publicystycznej przesady. Europoseł PiS, były szef MSWiA, postanowił bronić Zbigniewa Ziobry w sposób, który obciąża nie tylko jego samego, ale całą formację Prawa i Sprawiedliwości. W jego wystąpieniach trudno znaleźć argumenty – dominują za to inwektywy, historyczne nadużycia i retoryka oblężonej twierdzy.
Brudziński mówi o „cyrku z wnioskami aresztowymi”, „napasieniu kulturowej dziczy” i „kucach Giertycha”. To język, który bardziej przypomina internetowe komentarze niż wypowiedzi polityka pretendującego do miana męża stanu. Co więcej, europoseł PiS próbuje przekonać opinię publiczną, iż działania wobec Zbigniew Ziobro to jedynie „sprzedaż dymu”, mająca odwrócić uwagę od „istoty rzeczy”. Tyle iż ta „istota” pozostaje mglista, za to dym gęstnieje właśnie za sprawą takich wystąpień.
Najbardziej uderzające są jednak porównania historyczne. Brudziński, nawiązując do słów Andrzeja Dudy, buduje narrację, w której obecna Polska zostaje zestawiona z realiami stanu wojennego. Padają sugestie, iż dziś „jak za komuny” należałoby iść do więzienia w imię walki o wolność, a przeciwnicy polityczni są niemal siepaczami rodem z autorytarnych reżimów. To nie tylko intelektualnie nieuczciwe, ale i moralnie wątpliwe. Relatywizuje bowiem doświadczenie prawdziwych ofiar represji, sprowadzając je do roli politycznego rekwizytu.
Brudziński idzie jeszcze dalej, mówiąc o „bandzie 13 grudnia”, która „nie oszczędza matek” i „nie cofa się przed niczym”. To język dehumanizacji, który ma jeden cel: wzmocnić emocje własnego elektoratu i zamknąć dyskusję. jeżeli bowiem przeciwnik jest „bandą”, nie trzeba z nim polemizować – wystarczy go potępić. Problem w tym, iż taka retoryka coraz częściej odbija się PiS-owi czkawką, bo nie trafia już poza najbardziej twardy elektorat.
W tej samej logice mieści się opowieść o rzekomej „karze śmierci” dla Ziobry, jaka miałaby wynikać z jego ewentualnego aresztowania. Brudziński mówi: „Zanim uzyska terapię, może być już za późno, aby go uratować”. To poważne oskarżenie wobec państwa, rzucone bez dowodów, za to z pełną świadomością jego emocjonalnej siły. Polityczna instrumentalizacja choroby staje się tu narzędziem walki, a nie elementem odpowiedzialnej debaty.
Na deser dostajemy jeszcze wątek „niemieckiej agendy” i premiera Donalda Tuska jako „popychla” Berlina. To stały refren PiS, odgrzewany przy każdej okazji, gdy brakuje świeższych argumentów. Brudziński twierdzi, iż obecna władza realizuje obce interesy, a jedynym ratunkiem jest jak najszybsze odsunięcie jej od władzy. Tyle iż im częściej PiS sięga po takie klisze, tym bardziej stają się one puste.
W istocie bowiem wypowiedzi Brudzińskiego nie bronią Ziobry – one obnażają bezradność PiS wobec skandalu, który sam sobie zafundował. Zamiast rzeczowych wyjaśnień mamy agresję, zamiast refleksji – eskalację. Partia, która przez lata budowała narrację o porządku i odpowiedzialności, dziś coraz częściej ucieka w krzyk. A krzyk, choćby najgłośniejszy, nie zastąpi argumentów.

3 godzin temu











