Projekty prametra na wszelki wypadek. (Nie)polityczny Kraków

20 godzin temu

Podobno lepiej jest mieć, a nie potrzebować niż potrzebować, a nie mieć. Do odłożonych

już na półkę z napisem „na wszelki wypadek” sześciu wariantów drogi S7, które

pozostaną kreskami na mapie, a o których pisaliśmy w „Nie(politycznym) Krakowie" w

ubiegłym tygodniu, dołącza decyzja środowiskowa dotycząca budowy krakowskiego

premetra. Ważna, tylko czy sensowna?

Dawno, dawno temu lud Krakowa udał się do referendum, w którym mało mądrze

zdecydował, iż nie chce u siebie Zimowych Igrzysk Olimpijskich i bardzo mądrze

zdecydował, iż chce u siebie metra. Był maj 2014 roku i ówczesny prezydent Stołecznego

Królewskiego Miasta Jacek Majchrowski gwałtownie wdrożył kroki, żeby nie robić nic, czyli

wycofał aplikacje miasta do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Natomiast trochę

czasu zajęło zanim zaczęto robić coś w sprawie metra. Oczywiście, czas w Krakowie płynie

wolniej i w sposób bardziej nabożny i pieczołowity, toteż powoływanie zespołów, komisji,

przygotowywanie dokumentacji itp. trwało i trwało, aż pod koniec ostatniej prezydenckiej

kadencji, mniej więcej w dziewiątym roku od wzmiankowanego referendum, pokazano

projekt „czegoś".

Owo „coś", cytując klasyka, był to ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra i choćby świder miał

być potrzebny, aby to zbudować, a konkretnie wydrążyć tunel. Bo to „coś" miało trochę

jeździć w tunelu, trochę po powierzchni. Tak jak metro chicagowskie. Z tym, iż unikano

otwartego nazywania tego metrem. Dziwne, prawda? Dziwne było i to, iż raz główna stacja

znajdowała się na początku ul. Karmelickiej, raz pod parkiem im. Szymborskiej. Władzom

Miasta nie wydawało się jednak istotne czy to będzie tu, czy tam. Nazwa też nie była

szczególnie ważna, chyba dlatego, by nie wywoływać burzy. Coraz częściej jednak do

codziennych komunikatów o tym „czymś" wchodziła nazwa premetro. Premetro niczym

„gospodarka uspołeczniona", albo „centralizm demokratyczny" było osobliwą nowomową,

lub delikatniej, neologizmem, a to dlatego, iż łudząco przypominało tramwaj, który cześć

swej trasy pokonuje pod ziemią, z tym, iż tunelem dłuższym niż ten pod Galeria Krakowską.

No, ale jak premetro to premetro. Zrobiono analizy, wykonano projekty, wydano niemało

publicznych pieniędzy i przyszła pora na decyzję środowiskową, której nie mógł jednak

wydać ani prezydent miasta, ani jego pierwszy zastępca, bo trasa premetra miała przebiegać

albo pod ich działkami, albo pod działkami ich rodzin. Dlatego wydanie decyzji trzeba było

powierzyć innemu samorządowi. Tak oto niespełna 40-tysieczny Oświęcim otrzymał

przywilej, o który wcale nie prosił. Jego władze miały wydać decyzję. Nie o budowie drogi

gminnej, nie o podpięciu do kanalizacji danego terenu, ale o budowie czegoś, czego w

Oświęcimiu nie było, nie ma i w dającej się przewidzieć przyszłości najpewniej nie będzie.

Nie ma się więc co dziwić, iż proces wydania decyzji był parokrotnie przedłużany.

Na marginesie, wspomnieć wypada, iż odyseja decyzji środowiskowej w sprawie premetra to

już czasy Aleksandra Miszalskiego, który w trakcie jej trwania, we wrześniu ubiegłego roku

przedstawił projekt budowy w Krakowie metra. Jego trasa w zasadniczej części nie pokrywa

się z trasą premetra, więc pytania o to, czym jest ten wcześniejszy projekt wydały się tym

bardziej zasadne. Ale padały wciąż nieśmiało. A brzmiały m.in. czy budujemy i to i to, czy

wstrzymujemy pracę nad poprzednim projektem, czy je jakoś łączymy?

I tak pytaliśmy do 27 lutego, kiedy prezydent Oświęcimia wydał decyzję środowiskową dla

premetra. Możemy więc budować, ale chyba nie chcemy, bo oto Magistrat informuje, że

wykonane dotąd prace i dokumenty z pewnością przydadzą się do budowy metra. Należy

więc domyślać się, bo nie mieć stuprocentową pewność, iż premetra nie będzie. Tak jak i

pieniędzy na jego przygotowanie oraz bezpowrotnie straconego czasu projektantów

urzędników i wielu innych.

Przypomina to Państwu coś? Przypadek podobny do naszych wspaniałych sześciu wariantów

S7 przygotowanych przez krakowski oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i

Autostrad. Teraz warszawska GDDKiA stworzy własną, siódmą wersję drogi, a pieniądze

dotychczas wydane…są wydane.

Sensowność wydawania pieniędzy publicznych na projekty, które mamy „na wszelki

wypadek” każą podejrzewać, iż chyba nadszedł nowy złoty wiek Polski, w którym te

pieniądze są jak z kultowej gry „Eurobiznes”. Wydajemy w prawo, wydajemy w lewo na

działania fantastyczne niczym gniazda dla smoków. Wychodzi więc z tego, iż jesteśmy

bardzo bogaci. Przynajmniej w projekty, które uroczyście zalegną na dnach archiwalnych

szuflad. Podobno kiedyś jeszcze się przydadzą, ale to tylko przypuszczenie. Tymczasem

pieniądze wydane na ich wykonanie przydałyby się na pewno.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, Krakowianin z importu, obserwator

(bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału