Prezydent w cudzej grze. Nawrocki i lekcja konstytucji od Tuska

6 godzin temu

Karol Nawrocki znowu znalazł się w centrum uwagi, choć trudno uznać to za powód do satysfakcji. Zaproszenie od Donalda Trumpa do udziału w Radzie Pokoju ds. Strefy Gazy miało być prawdopodobnie dyplomatycznym komplementem i dowodem międzynarodowej rozpoznawalności. W praktyce okazało się kolejnym dowodem na to, iż prezydent zbyt chętnie wchodzi w role, które nie do końca do niego należą.

Trump zaprosił do nowego gremium także Viktora Orbána i Władimira Putina. Węgierski premier już propozycję przyjął, Kreml – jak zwykle – „analizuje”. I właśnie w tym towarzystwie miałby zasiąść polski prezydent. Sam fakt, iż taka konfiguracja nie wzbudziła u Nawrockiego natychmiastowej ostrożności, jest politycznie znamienny.

Bo Rada Pokoju brzmi jak inicjatywa szlachetna, ale w rzeczywistości przypomina projekt amerykańskiej dyplomacji transakcyjnej, w której liczy się lojalność wobec Waszyngtonu bardziej niż realna architektura bezpieczeństwa. „To nie forum ONZ, ale klub zaproszonych” – komentuje jeden z dyplomatów. „A w takim klubie bardzo łatwo stać się figurantem”.

Donald Tusk, reagując na całą sprawę, przypomniał coś, co w ostatnich latach w Polsce bywało niewygodnie zapominane: konstytucyjny porządek kompetencji. „Przystąpienie Polski do organizacji międzynarodowej wymaga zgody Rady Ministrów i ratyfikacji przez Sejm. Rząd kierować się będzie wyłącznie interesem i bezpieczeństwem państwa polskiego. I nikomu nie damy się rozegrać” – napisał premier.

To zdanie można czytać jako chłodny, ale jednoznaczny sygnał pod adresem Nawrockiego: prezydent nie jest samodzielnym kreatorem polityki zagranicznej państwa. Jest jej współuczestnikiem, a nie właścicielem.

Problem w tym, iż Nawrocki od początku swojej kadencji zdaje się traktować urząd bardziej jako platformę osobistej dyplomacji niż element konstytucyjnego mechanizmu. Chętnie pozuje w międzynarodowych kontekstach, gwałtownie reaguje na inicjatywy płynące z Waszyngtonu, rzadziej zaś zastanawia się, czy dana propozycja rzeczywiście służy interesowi Polski.

„Prezydent zachowuje się tak, jakby prowadził własną politykę zagraniczną” – mówi jeden z ekspertów od prawa konstytucyjnego. „A to zawsze kończy się konfliktem kompetencyjnym i osłabieniem pozycji państwa”.

Sprawa Rady Pokoju to kolejny przykład tej tendencji. Zamiast publicznie postawić pytanie o sens udziału w gremium, w którym obok Polski zasiadać miałby Putin, Nawrocki skupił się na prestiżu zaproszenia. Tymczasem polityka to nie konkurs na liczbę zagranicznych wizyt i zdjęć, ale sztuka wyboru – także wyboru, z kim warto siadać przy stole.

Tusk, przypominając konstytucję, wykonał ruch nie tylko prawny, ale i symboliczny. Pokazał, iż państwo nie może być prowadzone metodą improwizacji i osobistych ambicji. „Nikomu nie damy się rozegrać” – to zdanie odnosi się nie tylko do Trumpa, ale także do tych, którzy zbyt łatwo dają się wciągać w cudze scenariusze.

Wizerunkowo dla Nawrockiego to bolesna lekcja. Zamiast męża stanu, który waży racje i konsekwencje, zobaczyliśmy polityka, który ulega pokusie szybkiej dyplomatycznej gratyfikacji. A w realiach współczesnej polityki międzynarodowej to droga donikąd.

Bo prezydentura to nie jest urząd od kolekcjonowania zaproszeń. To funkcja wymagająca powściągliwości, strategicznego myślenia i umiejętności powiedzenia „nie” choćby najbardziej efektownym ofertom.

Nawrocki po raz kolejny pokazał, iż tej lekcji jeszcze nie odrobił. A Donald Tusk – iż konstytucja wciąż obowiązuje, choćby wtedy, gdy ktoś w Pałacu Prezydenckim zdaje się o tym zapominać.

Idź do oryginalnego materiału