Prezydent na zawołanie. Giertych mocno podsumował Nawrockiego

11 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


W polskiej polityce rzadko zdarza się moment, w którym jedno zdanie trafia w sedno problemu tak celnie, jak zrobił to mecenas Roman Giertych, komentując pozycję prezydenta Karola Nawrockiego. „Aby skutecznie negocjować z Nawrockim rząd musiałby rozmawiać z ambasadą USA. Nawrocki jest ich prezydentem” – napisał. To nie jest złośliwość ani retoryczna przesada. To brutalnie trafna diagnoza stanu polskiej prezydentury.

Giertych nie odkrywa tu żadnej sensacji, ale nazywa rzeczy po imieniu: Karol Nawrocki nie funkcjonuje dziś jako samodzielny aktor polityczny, ale jako przedłużenie interesów i narracji Waszyngtonu. Oczywiście, każde państwo sojusznicze musi liczyć się z opinią USA. Problem zaczyna się wtedy, gdy głowa państwa przestaje być partnerem, a staje się wykonawcą cudzych oczekiwań – bez własnej inicjatywy, bez własnej strategii, bez własnego głosu.

Krytyka Giertycha jest zrozumiała, bo dotyka samej istoty prezydenckiego mandatu. Prezydent ma reprezentować państwo, a nie ambasadę innego kraju. Ma być pośrednikiem między różnymi ośrodkami władzy, a nie pośrednikiem między Warszawą a Waszyngtonem. Tymczasem w przypadku Nawrockiego coraz trudniej odróżnić, gdzie kończy się polska racja stanu, a zaczyna amerykańska linia komunikacyjna.

Wystarczy spojrzeć na ostatnie miesiące. Gdy Donald Trump mówi, iż NATO było zbędne, a sojusznicy „trzymali się z tyłu”, Nawrocki nie reaguje wprost. Gdy pojawia się kontrowersyjna Rada Pokoju z miliardowym wpisowym, prezydent jedzie na inaugurację, robi zdjęcia, ale unika jasnego stanowiska. Gdy rząd próbuje budować własną politykę zagraniczną, pałac prezydencki staje się raczej punktem transmisyjnym cudzych interesów niż miejscem realnej debaty.

W tym kontekście słowa Giertycha brzmią nie jak prowokacja, ale jak instrukcja obsługi. jeżeli prezydent nie jest decydentem, tylko przekaźnikiem, to rzeczywiście – „rząd musiałby rozmawiać z ambasadą USA”, a nie z nim. To sytuacja patologiczna w ustroju demokratycznym, bo oznacza, iż jeden z kluczowych organów państwa przestaje być podmiotem, a staje się narzędziem.

Oczywiście obrońcy Nawrockiego powiedzą, iż to „realizm geopolityczny”, iż Polska musi trzymać się USA, iż w obecnych warunkach nie ma miejsca na samodzielność. Tyle iż realizm nie oznacza rezygnacji z własnej podmiotowości. Można być lojalnym sojusznikiem i jednocześnie mieć własne zdanie. Można wspierać USA i jednocześnie potrafić powiedzieć „nie”, gdy naruszane są podstawowe interesy lub godność państwa.

Tego właśnie brakuje w stylu Nawrockiego. Giertych nie zarzuca mu sympatii do Ameryki, ale brak autonomii. Prezydent, który nie potrafi wyraźnie skomentować słów Trumpa o NATO, który unika konfliktu choćby wtedy, gdy chodzi o polskich żołnierzy, który w kluczowych sprawach chowa się za procedurami i dyplomacją – nie jest arbitrem, ale figurantem.

Dlatego krytyka Giertycha jest nie tylko zrozumiała, ale wręcz konieczna. Ktoś musi powiedzieć głośno to, co wielu polityków myśli po cichu: iż polska prezydentura stała się instytucją reaktywną, a nie sprawczą. Że zamiast inicjować, komentuje. Zamiast prowadzić, towarzyszy. Zamiast reprezentować interes narodowy, pilnuje, by nie urazić partnera zza oceanu.

W tym sensie zdanie „Nawrocki jest ich prezydentem” nie jest obelgą, ale ostrzeżeniem. jeżeli głowa państwa przestaje być prezydentem obywateli, a staje się prezydentem cudzych interesów, to problem nie dotyczy jednej osoby, ale całego systemu. I właśnie dlatego głos Giertycha – choćby jeżeli dla wielu niewygodny – jest dziś jednym z najbardziej trzeźwych w polskiej debacie publicznej.

Aby skutecznie negocjować z Nawrockim rząd musiałby rozmawiać z ambasadą USA. Nawrocki jest ich prezydentem.

— Roman Giertych (@GiertychRoman) January 24, 2026

Idź do oryginalnego materiału