Prezydent Łukasz Gibała stawia na wolontariuszy? To może być duże zagrożenie dla Krakowa [FELIETON]

1 godzina temu

Wolontariat kojarzy się z bezinteresowną pomocą, społecznym zaangażowaniem i chęcią zmieniania świata na lepsze. To piękna idea. Problem zaczyna się wtedy, gdy wolontariusze pojawiają się w okolicach ważnych stanowisk w urzędzie miasta. Bo magistrat nie jest organizacją pozarządową, a zarządzanie Krakowem nie może być traktowane jak działalność społeczna.

Łukasz Gibała ma prawo dobierać sobie współpracowników, ludzi, którym ufa i z którymi chce realizować swój program. To naturalne. Nie oznacza jednak, iż każda forma współpracy jest równie dobra dla mieszkańców.

Wolontariat w magistracie może brzmieć niewinnie. Ktoś chce pomóc, zdobyć doświadczenie, zaangażować się w projekt prezydenta. Ale gdy taka osoba trafia na stanowisko wiążące się z dostępem do informacji, uczestnictwem w procesach decyzyjnych czy wpływem na funkcjonowanie miejskich instytucji, pojawiają się pytania, których nie można zbyć wzruszeniem ramion.

Po pierwsze: kto ponosi odpowiedzialność?

Urzędnik ma określone obowiązki, podlega procedurom i można go rozliczać z wykonywanej pracy. W przypadku wolontariusza mieszkańcom trudniej zrozumieć, jaki jest zakres jego kompetencji, za co odpowiada i na jakich zasadach wykonuje swoje zadania. A w samorządzie odpowiedzialność nie jest dodatkiem do pracy. Jest jej fundamentem.

Po drugie: czy wolontariat nie staje się furtką do nieformalnego wpływu?

Wolontariusz nie musi mieć formalnego stanowiska, żeby uczestniczyć w ważnych rozmowach, przygotowywać rekomendacje czy wpływać na decyzje osób, które takie stanowiska zajmują. o ile tak się dzieje, mieszkańcy mogą mieć problem z ustaleniem, kto faktycznie kształtuje politykę miasta.

Nie chodzi o to, iż każdy współpracownik Gibały musi mieć złe intencje. Chodzi o zasadę: władza publiczna powinna być przejrzysta, a nie opierać się na nieformalnych relacjach i zaufaniu do wąskiego grona ludzi.

Po trzecie: czy kompetencje nie schodzą na dalszy plan?

Kraków jest ogromnym organizmem. Zarządzanie nim wymaga wiedzy, doświadczenia i znajomości procedur. W magistracie pracują ludzie, którzy latami zdobywali kompetencje i odpowiadają za konkretne obszary.

Jeżeli na ważne stanowiska trafiają osoby bez odpowiedniego przygotowania, a ich głównym atutem jest bliskość politycznego zaplecza, pojawia się ryzyko, iż kompetencje przestają być najważniejszym kryterium. jeżeli natomiast wykonują pracę bez wynagrodzenia, można zapytać, czy nie powstaje mechanizm omijający normalne zasady zatrudnienia.

Nie każdy wolontariusz jest niekompetentny. Nie każdy urzędnik jest kompetentny. Ale właśnie dlatego w administracji powinny obowiązywać przejrzyste kryteria, a nie przekonanie, iż dobre intencje wystarczą.

Po czwarte: co z dostępem do informacji?

Urząd miasta dysponuje ogromną ilością danych dotyczących mieszkańców, inwestycji, finansów czy miejskich instytucji. Nie każda osoba zaangażowana w pracę magistratu powinna mieć taki sam dostęp do informacji. Niezależnie od tego, czy otrzymuje wynagrodzenie, czy pracuje społecznie.

Tu nie wystarczy deklaracja zaufania. Potrzebne są jasne zasady, zakresy uprawnień i odpowiedzialność za ich przestrzeganie.

Wszystko to prowadzi do najważniejszego pytania: czy Kraków ma być zarządzany przez profesjonalny urząd, czy przez środowisko ludzi skupionych wokół prezydenta?

Gibała może argumentować, iż wolontariusze przynoszą świeże spojrzenie, energię i nowe pomysły. Społeczne zaangażowanie nie powinno być w magistracie zakazane. Może mieć sens przy konsultacjach, projektach obywatelskich czy działaniach wspierających mieszkańców.

Ale czym innym jest pomoc w realizacji projektu, a czym innym zajmowanie miejsca w strukturze, w której podejmowane są decyzje dotyczące milionowego miasta.

W Krakowie nie brakuje ludzi, którzy chcą pracować dla miasta. Nie brakuje również specjalistów z odpowiednimi kwalifikacjami. o ile prezydent chce budować nową jakość zarządzania, powinien zacząć od przejrzystych zasad, jasnej odpowiedzialności i profesjonalizmu.

Bo w samorządzie dobre intencje są ważne. Ale rachunki za błędne decyzje płacą nie wolontariusze, nie polityczne zaplecze i nie prezydent ze swoich prywatnych pieniędzy. Płacą mieszkańcy.

Idź do oryginalnego materiału