Prezydent drugiej kategorii. Panika u Nawrockiego

3 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


Jeszcze niedawno w Pałacu Prezydenckim z dumą opowiadano o „specjalnej relacji” Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem. Miała ona być gwarantem bezpieczeństwa, dowodem politycznej sprawczości i potwierdzeniem, iż Polska ma w Waszyngtonie wyjątkowe względy. Dziś z tej narracji kilka zostało. Po słowach amerykańskiego prezydenta wśród ludzi Nawrockiego zapanowała wyraźna panika – bo mit o przyjaźni właśnie rozsypał się na oczach opinii publicznej.

Trump w wywiadzie dla Fox News nie tylko zakwestionował sens NATO, ale też wprost zasugerował, iż sojusznicy byli raczej ciężarem niż realnym wsparciem. „Nigdy ich nie potrzebowaliśmy” – stwierdził, mówiąc o państwach sojuszu. A o udziale w Afganistanie dodał, iż Europejczycy „pozostawali nieco z tyłu, z dala od linii frontu”. To nie są dyplomatyczne półsłówka, ale brutalna dezawuacja wspólnoty, na której Nawrocki budował swój wizerunek „twardego gracza w globalnej polityce”.

Reakcja Pałacu była nerwowa i defensywna. Minister Marcin Przydacz apelował, by słów Trumpa „nie wykorzystywać do ataków na prezydenta”, podkreślając, iż podczas rozmowy z Nawrockim amerykański przywódca mówił „pięknie o duchu, odwadze, sprawności i determinacji” polskich żołnierzy, nazywając ich „great warriors”, a Polskę „modelowym sojusznikiem”. Problem w tym, iż to brzmi dziś jak próba zaklinania rzeczywistości. Publicznie Trump mówi jedno, w kuluarach – rzekomo coś zupełnie innego. A w polityce liczy się to pierwsze.

Jeszcze mocniej wybrzmiewa kolejny fragment wypowiedzi Przydacza: „A próba wykorzystywania tej tematyki do ataku na Prezydenta RP – Zwierzchnika Sił Zbrojnych jest zachowaniem niegodnym i cynicznym”. Tyle iż nikt nie musi „wykorzystywać” tematu – Trump sam wystawił Nawrockiego na próbę i ta próba wypadła blado. Prezydent, który miał być „człowiekiem Ameryki w Europie”, nie zareagował na słowa uderzające w fundamenty polskiej polityki bezpieczeństwa. Milczenie okazało się wygodniejsze niż przyznanie, iż Waszyngton nie traktuje Warszawy w sposób wyjątkowy.

Najostrzej zareagował mecenas Roman Giertych, publikując zdjęcie trumien polskich żołnierzy poległych w Afganistanie. „Oto są żołnierze, którzy według słów Pańskiego patrona, kryli się za żołnierzami amerykańskimi” – napisał, pytając wprost Nawrockiego, dlaczego nie zaprotestował. Ten obraz – zestawiony z butnymi słowami Trumpa – dobitnie pokazuje, jak oderwana od faktów była opowieść o „braterskiej relacji”.

Panie ⁦@NawrockiKn
Oto są żołnierze, którzy według słów Pańskiego patrona, kryli się za żołnierzami amerykańskimi podczas wypełniania zobowiązań sojuszniczych NATO w Afganistanie.
Dlaczego Pan nie zareagował na te haniebne słowa Trumpa? pic.twitter.com/MOX7ZDeZ67

— Roman Giertych (@GiertychRoman) January 23, 2026

Nawet wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, zwykle powściągliwy w krytyce prezydenta, musiał przypomnieć oczywistości: „Polska zawsze była, jest i będzie odpowiedzialnym i wiarygodnym sojusznikiem”. Dodał, iż „tragiczne momenty, kiedy ginęli nasi żołnierze pokazały, iż w obronie bezpieczeństwa jesteśmy gotowi zapłacić najwyższą cenę”. To słowa, które powinny paść z ust głowy państwa, a nie ministra z rządu, który próbuje ratować dyplomatyczne resztki.

Cała sytuacja obnaża fundamentalny problem prezydentury Nawrockiego: politykę zagraniczną opartą bardziej na osobistych sympatiiach niż na realnych interesach. Zamiast budować trwałe relacje instytucjonalne, postawiono na mit „osobistej więzi” z Trumpem. Teraz, gdy ten mit runął, w Pałacu słychać już tylko nerwowe apele, by „nie atakować prezydenta”.

Tyle iż nie chodzi o ataki. Chodzi o odpowiedzialność. jeżeli przyjaźń z Trumpem była fundamentem strategii, to dziś widać, iż był to fundament z piasku. A panika wśród współpracowników Nawrockiego jest najlepszym dowodem, iż oni sami doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Idź do oryginalnego materiału