Prezydent bez tezy. Noworoczne orędzie Nawrockiego to katalog frazesów

7 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


Pierwsze noworoczne orędzie prezydenta Karola Nawrockiego miało być momentem otwarcia: symbolicznym wejściem nowej głowy państwa w rolę przewodnika, który potrafi nazwać problemy i wskazać rozwiązania. Zamiast tego otrzymaliśmy wystąpienie gładkie, poprawne i boleśnie puste. Orędzie, które można było wygłosić w niemal dowolnym kraju, w niemal dowolnym momencie, bez ryzyka, iż ktokolwiek poczuje się sprowokowany do myślenia.

Już pierwsze zdania zapowiadają ton całości. „To moment, w którym w jedną noc spotykają się dwie myśli: o tym, co było i o tym, co będzie. Bilans i plan. Pamięć i nadzieja” – mówi prezydent. Trudno się nie zgodzić. Trudno też dowiedzieć się czegokolwiek. To język kalendarza ściennego, nie głowy państwa stojącej wobec realnych kryzysów: finansów publicznych, ochrony zdrowia, edukacji czy miejsca Polski w Europie.

Nawrocki wielokrotnie powtarza, iż urząd prezydenta „nie jest nagrodą, jest zobowiązaniem”, a hasło „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy” „nie jest zdaniem – jest zadaniem”. Problem w tym, iż za tymi słowami nie idzie żadna treść. Nie dowiadujemy się, jakie konkretnie zobowiązania prezydent chce podjąć ani jak rozumie owo „zadanie”. Orędzie sprawia wrażenie zbioru sloganów starannie wyselekcjonowanych tak, by nikogo nie urazić i niczego nie przesądzić.

Kulminacją tej retorycznej pustki jest fragment o „nowym dobrym kierunku”, który ma oznaczać „rozwój, bezpieczeństwo i lepsze życie obywateli”. To zestaw haseł, z którym podpisałaby się każda partia polityczna i każdy rząd na świecie. Nie pada jednak ani jedno zdanie wyjaśniające, co ten rozwój miałby oznaczać w praktyce, kto ma na nim zyskać, a kto – być może – ponieść koszty.

Szczególnie znamienny jest wątek G20. Prezydent z dumą informuje, iż Polska „będzie uczestniczyć w rozmowach G20” i iż zaproszenie otrzymał od Donalda Trumpa. To brzmi efektownie, ale pozostaje czysto deklaratywne. G20 nie jest klubem, do którego się „wchodzi” raz na zawsze, ani realnym instrumentem wpływu dla państw średniej wielkości. W orędziu nie pada ani jedno zdanie o tym, jakie interesy Polska miałaby tam reprezentować ani z kim chciałaby je realizować. Jest za to patetyczna opowieść o „owocu pracy pokoleń” i „prężnej gospodarce”, czyli znów – frazy zamiast analizy.

Najbardziej uderzające są jednak fragmenty poświęcone sprawom społecznym. „Silne i rozwinięte państwo nie może zostawiać chorych bez pomocy, rodzących kobiet bez opieki” – mówi Nawrocki. „Nie stawia emerytów przed wyborem: leki czy jedzenie. I nie pozwala, by prąd i ciepło były luksusem”. To wszystko prawda. Tyle iż prezydent nie mówi ani słowa o tym, dlaczego dziś tak się dzieje i co zamierza zrobić, by to zmienić. Orędzie brzmi jak lista pobożnych życzeń, nie jak plan działania.

W stylu „Polityki” wypada powiedzieć wprost: Karol Nawrocki nie ma dziś Polakom nic nowego do powiedzenia. Jego przemówienie to zbiór komunałów, które mają uspokajać, a nie mobilizować; wzruszać, a nie wyjaśniać. Nawrocki unika sporów, unika konkretów, unika odpowiedzialności za słowo. Tymczasem prezydentura nie polega na wygłaszaniu bezpiecznych fraz o „kuchennym stole” i „narodowej wspólnocie”. Polega na odwadze nazywania rzeczy po imieniu.

Na koniec prezydent przywołuje Sergiusza Piaseckiego i metaforę gwiazdozbioru wskazującego drogę w ciemności. Szkoda tylko, iż sam tej drogi nie potrafi opisać. Orędzie miało wskazać kierunek. Zamiast tego potwierdziło jedno: nowy prezydent woli mówić ładnie niż mówić coś istotnego. A to za mało, by prowadzić kraj przez nadchodzący rok.

Idź do oryginalnego materiału