Prestiż na kredyt. Nawrocki w pułapce Trumpa

6 godzin temu

Zaproszenie dla Karola Nawrockiego do udziału w Radzie Pokoju ds. Strefy Gazy, wystosowane przez Donalda Trumpa, miało być prawdopodobnie gestem prestiżowym. W praktyce okazało się testem politycznej dojrzałości – i to takim, którego obecny prezydent może nie zdać. Zwłaszcza że, jak wynika z informacji agencji Bloomberg, w tym samym gremium mieliby zasiadać m.in. Władimir Putin i Aleksander Łukaszenka. A do tego wszystkiego rachunek: 3,5 mld zł.

W debacie publicznej gwałtownie pojawiły się emocje, głównie skupione na samym fakcie obecności Putina i Łukaszenki. To zrozumiałe, ale niepełne. Bo pytanie zasadnicze brzmi inaczej: czy udział w tej Radzie leży w interesie Polski? I właśnie w tym miejscu głos Bronisława Komorowskiego brzmi najrozsądniej – i najostrzej zarazem.

– „Poza wątpliwym towarzystwem, za to zaproszenie trzeba zapłacić 3,5 mld zł i nie wiadomo, czym ta Rada Pokoju miałaby się zajmować. Są jakieś granice śmieszności” – mówi Komorowski bez dyplomatycznych półtonów. – „Płacić tyle pieniędzy za towarzystwo Putina i Łukaszenki byłoby przekroczeniem tych granic, ośmieszeniem tak siebie, jak własnego kraju”.

To nie jest głos obrażonego komentatora ani polityka szukającego taniego efektu. To głos byłej głowy państwa, która wie, iż w dyplomacji symbolika bywa równie ważna jak realne decyzje. Udział w gremium, którego status, kompetencje i cele są mgliste, a którego realnym beneficjentem finansowym byłby Trump, trudno uznać za inwestycję w bezpieczeństwo czy pozycję międzynarodową Polski.

Komorowski idzie dalej. – „Nie wiemy, jakie to jest gremium, jakie ma umocowania, oprócz dostarczenia pieniędzy dla Trumpa. To za mało, by uznać to za działanie w interesie państwa” – podkreśla. I dodaje: – „Po co narażać się na niezręczność, gdy o pokoju ma z nami współdecydować Putin. I jeszcze trzeba za to słono płacić. Niedobry pomysł, bardzo niedobry”.

Na tym tle postawa prezydenta Nawrockiego wygląda jak podręcznikowy przykład politycznego kluczenia. Z jednej strony deklaratyczna krytyka Kremla i Mińska, z drugiej – wyraźna niechęć do odmówienia Trumpowi. Komorowski trafnie diagnozuje ten rozdźwięk: – „Znalazł się w sytuacji trudnej, jako polityk bezkrytyczny i basujący Trumpowi, a teraz chce się podzielić odpowiedzialnością za decyzję z polskim rządem”.

To niepokojące, bo prezydent nie jest od dzielenia odpowiedzialności w sprawach zasadniczych, ale od jej ponoszenia. jeżeli Nawrocki zacznie konsultować oczywistości, to nie z troski o konsensus, ale z obawy przed konsekwencjami własnej decyzji. A te byłyby poważne: obecność w jednym politycznym kadrze z przywódcami, których Polska jednoznacznie uznaje za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa.

– „Przebywanie w takim towarzystwie jest wbrew interesom państwa polskiego” – podkreśla Komorowski. – „Bo tych dwóch przywódców Polska definiuje jako zagrożenie”. Trudno o jaśniejszą rekomendację.

Wbrew pozorom, odmowa Trumpowi nie byłaby aktem wrogości, ale elementarną asertywnością. Państwo poważne nie płaci miliardów za udział w niejasnym gremium, nie legitymizuje agresorów i nie myli dyplomacji z klubem towarzyskim. jeżeli Nawrocki zdecyduje inaczej, potwierdzi najgorsze obawy: iż prezydentura ta bardziej reaguje na zagraniczne gesty niż na polski interes.

Komorowski mówi wprost to, co Pałac Prezydencki zdaje się omijać: są zaproszenia, które wypada odrzucić. choćby – a czasem zwłaszcza – wtedy, gdy wysyła je Donald Trump.

Idź do oryginalnego materiału