Premier z marzeń. PiS i Sasin liczą stołki, na które nie mają szans

15 godzin temu

Jest w tym coś niemal ujmująco groteskowego. Prawo i Sprawiedliwość, partia, która od dwóch lat pozostaje w opozycji i nie wykazuje żadnych realnych zdolności koalicyjnych, już dziś zastanawia się, kto miałby zostać jej przyszłym premierem. Jakby w polityce wystarczyło dobrać odpowiednią twarz do plakatu, a reszta – większość parlamentarna, zdolność rządzenia, społeczna legitymacja – ułożyła się sama.

Jacek Sasin w TVN24 z pełną powagą mówił o „dwóch panach na B” – Zbigniewie Boguckim i Tobiaszu Bocheńskim. „Obaj są na pewno bardzo ciekawą propozycją personalną” – zapewniał były wicepremier. I dodawał: „I na jednego, i na drugiego chętnie bym postawił, gdyby to była moja decyzja”.

To zdanie można czytać jak esencję obecnego PiS: partia, która od lat myli personalia z polityką, a marketing z realnym sprawowaniem władzy. Bo przecież problemem PiS nie jest dziś brak nazwisk. Problemem jest brak umiejętności przekonania większości wyborców, iż ten obóz ma jeszcze coś sensownego do zaproponowania.

Sasin idzie jednak dalej i stwierdza: „Nie ma sensu takie obstawianie. Wygra kandydat Prawa i Sprawiedliwości”. W tym jednym zdaniu zawiera się cała logika świata, w którym PiS wciąż funkcjonuje – świata, w którym zwycięstwo jest stanem naturalnym, a porażka jedynie chwilową anomalią.

Tyle iż rzeczywistość jest inna. PiS przegrał władzę nie z powodu złej pogody wyborczej, ale dlatego, iż jego styl rządzenia wyczerpał się politycznie i społecznie. Konfliktowość, centralizacja, instrumentalne traktowanie instytucji państwa i prawa – to wszystko złożyło się na zmęczenie, które trudno zagłuszyć nową twarzą na czele kampanii.

A jednak w partii wciąż dominuje myślenie, iż wystarczy dobra „lokomotywa wyborcza”. „Obaj doskonale nadają się na bycie lokomotywą wyborczą partii” – mówi Sasin o Boguckim i Bocheńskim. Jakby wyborcy byli pasażerami, których da się dowolnie przepiąć do innego wagonu, byle silnik wyglądał świeżo.

Trudno nie zauważyć ironii: Sasin, jeden z symboli nieudolności rządów PiS, dziś z pozycji politycznego weterana poucza, jak wygrywa się wybory. Ten sam Sasin, który przez lata był twarzą państwowych porażek, dziś deklaruje z rozbrajającą szczerością: „Jak się jest w polityce, to nie tylko po to, żeby być premierem. Mam luz w tej sprawie”.

Być może rzeczywiście ma luz. Bo nie musi już ponosić odpowiedzialności za decyzje, które kosztowały państwo miliardy i reputację. Może za to snuć opowieści o przyszłych premierach, nie przejmując się drobiazgami w rodzaju matematyki sejmowej.

Sasin dodaje jeszcze: „Polacy chętnie głosują na konkretną twarz, a nie na programy partyjne, polityczne, loga partyjne”. To zdanie brzmi jak wyznanie wiary w polityczną pustkę. A jednocześnie jak dowód, iż PiS kilka zrozumiał ze swojej porażki. Bo wyborcy nie odwrócili się od PiS dlatego, iż zabrakło im sympatycznych twarzy. Odwrócili się dlatego, iż mieli dość stylu rządzenia i skutków tej władzy.

W tym sensie rozważania o przyszłym premierze są dziś nie tylko przedwczesne, ale i nieco komiczne. To jak wybieranie kapitana na statek, który nie ma załogi i dryfuje bez mapy. Można się spierać, czy lepszy byłby Bogucki czy Bocheński, ale pytanie zasadnicze brzmi inaczej: dokąd ten statek miałby w ogóle płynąć?

Na razie PiS sprawia wrażenie partii, która bardziej wierzy w magię nazwisk niż w konieczność realnej zmiany. A Jacek Sasin pozostaje jednym z jej najbardziej konsekwentnych narratorów – politykiem, który z pełną powagą opowiada bajki o władzy, której już nie ma.

Idź do oryginalnego materiału