Gdy w Prawie i Sprawiedliwości opadają kolejne zasłony iluzji, a partyjna narracja coraz częściej rozmija się z rzeczywistością, jedno wydaje się dziś przesądzone: Mateusz Morawiecki nie będzie kandydatem PiS na premiera. Choć przez lata był twarzą rządów tej formacji, jej najbardziej rozpoznawalnym menedżerem i – w zamyśle Jarosława Kaczyńskiego – „technokratą od trudnych reform”, dziś staje się politykiem zbędnym. Wypchniętym na margines, ale wciąż niebezpiecznym dla własnego obozu.
To moment, w którym warto zapytać nie tylko o przyszłość samego Morawieckiego, ale także o kondycję PiS. Bo sposób, w jaki partia żegna się ze swoim byłym premierem, mówi wiele o partyjnym stylu uprawiania polityki: instrumentalnym, bezlitosnym i pozbawionym elementarnej lojalności.
Morawiecki był projektem. Importowanym z biznesu, wykreowanym na „nową jakość” i sprzedanym wyborcom jako dowód, iż PiS potrafi rządzić nowocześnie. W praktyce stał się jednak idealnym wykonawcą decyzji prezesa. To on firmował najbardziej kontrowersyjne reformy, tłumaczył łamanie standardów, bronił centralizacji władzy i usprawiedliwiał chaos legislacyjny. Jego specjalnością było mówienie o „innowacyjnej gospodarce” językiem, który przykrywał rosnące zadłużenie i fiskalny populizm.
Dziś rachunek wraca. Morawiecki przegrał nie tylko wybory, ale także walkę o zaufanie własnego środowiska. W partii coraz częściej słyszy się, iż „zużył się” i „nie ma już nośności”. To brutalne, ale typowe dla PiS. Prezes nie znosi przegranych. A przegrany – w tej logice – nie ma przyszłości.
Co więc zrobi Morawiecki?
Pierwszy scenariusz to polityczna wegetacja. Pozostanie w partii, będzie wygłaszał lojalne przemówienia, uczestniczył w komisjach i czekał, aż sytuacja się odwróci. Tyle iż nic nie wskazuje na to, by Kaczyński planował jego powrót do pierwszej ligi. Przeciwnie – wykluczenie Morawieckiego z gry o przywództwo ma być sygnałem dla innych: nie ma alternatywy dla prezesa, są tylko zastępcy do wymiany.
Drugi scenariusz to próba budowy własnej frakcji. Były premier wciąż ma kontakty, rozpoznawalność i zaplecze wśród części aparatu państwowego. Mógłby stać się ośrodkiem oporu wobec młodszych pretendentów do władzy. Problem w tym, iż jego polityczna tożsamość jest słaba. Morawiecki nigdy nie był liderem z wizją, ale menedżerem cudzych decyzji. Trudno na tym zbudować autentyczne przywództwo.
Trzeci scenariusz to ucieczka w międzynarodowe salony. Bruksela, banki, instytucje finansowe – to środowiska, w których Morawiecki czuje się znacznie pewniej niż na partyjnych wiecach. Nie byłby pierwszym politykiem PiS, który po utracie wpływów odkrywa nagle europejski pragmatyzm. Problem polega na tym, iż jego wiarygodność na Zachodzie została poważnie nadwyrężona przez lata obrony działań, które podkopywały praworządność.
W każdym z tych wariantów jedno jest pewne: Morawiecki pozostaje symbolem porażki PiS. Porażki nie tylko wyborczej, ale także instytucjonalnej i moralnej. Jego rządy to czas inflacji, zadłużenia, chaosu prawnego i erozji zaufania do państwa. A zarazem czas, w którym premier mówił o „stabilności” i „rozwoju”, podczas gdy fundamenty tej stabilności były systematycznie podkopywane.
PiS natomiast pokazuje, iż nie potrafi rozliczać własnych błędów. Zamiast refleksji – personalne roszady. Zamiast strategii – walka frakcji. Zamiast odpowiedzialności – narracja o „zdradzie elit” i „niezrozumieniu społecznym”.
Odrzucenie Morawieckiego jako kandydata na premiera nie jest więc aktem odnowy. Jest raczej kolejnym dowodem na to, iż partia Kaczyńskiego konsumuje własnych liderów, nie oferując nic w zamian poza kolejną odsłoną tego samego kryzysu.
A Morawiecki? Najprawdopodobniej spróbuje jeszcze raz. Bo w polityce PiS nie ma emerytur – są tylko dłuższe i krótsze okresy niełaski. I czekanie, aż prezes znów zmieni zdanie.

1 godzina temu









