
Niemniej też nie jest pozwoleniem na samowolę‼️
W obronie działań Anny Korwin-Piotrowskiej w Trybunale Konstytucyjnym pojawia się coraz bardziej rozbudowana argumentacja prawna. Jej istotą jest przekonanie, iż w sytuacji nadzwyczajnej, gdy dotychczasowe kierownictwo instytucji doprowadza do jej paraliżu, należy zastosować szczególne mechanizmy ratunkowe, choćby jeżeli ustawy nie przewidują wprost takiego scenariusza. Przywołuje się kompetencje dorozumiane, stan wyższej konieczności konstytucyjnej, odpowiednie stosowanie przepisów dyscyplinarnych, akcesoryjność upoważnień, zasadę "nemo plus iuris" oraz zagrożenie autokratycznym legalizmem.
Wszystko brzmi bardzo uczenie, dopóki nie zaczniemy analizować, co te pojęcia rzeczywiście znaczą, jakie wynikają z nich konsekwencje i czy mają zastosowanie do konkretnych wydarzeń. Bo nie wystarczy przywołać łacińskiej sentencji albo ogólnej zasady prawnej. Trzeba jeszcze wykazać, iż prowadzi ona do określonego wniosku, a nie tylko sprawia, iż ten wniosek wygląda bardziej naukowo.
Prawo rzeczywiście nie jest samobójczym paktem. Państwo powinno być zdolne do obrony przed własną destrukcją, a instytucje publiczne muszą mieć mechanizmy pozwalające przeciwdziałać nadużyciom władzy. Tylko iż z tego nie wynika przecież, iż każdy, kto uzna się za obrońcę państwa, może sam przyznać sobie kompetencje, których nie dostał od ustawodawcy. W przeciwnym razie nie mielibyśmy państwa prawa, ale państwo ludzi, którzy potrafią najskuteczniej przekonywać, iż ratują ojczyznę.
Przyjrzyjmy się więc najważniejszym argumentom prawnym przedstawianym na obronę operacji przejęcia kierowania Trybunałem Konstytucyjnym.
📐 Staż liczony łącznie, czyli nieprzerwanie?
Jednym z warunków przejęcia obowiązków prezesa TK w trybie art. 12 ust. 4 ustawy o organizacji Trybunału jest odpowiednio długi staż sędziowski. W tym kontekście pojawił się problem Wojciecha Sycha, który wcześniej pracował w Sądzie Najwyższym. Przyjęto interpretację, według której okres ten nie powinien być wliczany do stażu określającego pierwszeństwo w zastępowaniu prezesa, dzięki czemu najdłuższy wymagany staż miałaby Anna Korwin-Piotrowska.
Art. 11 ust. 2 rzeczywiście wymienia określone kategorie pracy zaliczane do stażu i nie wymienia wprost Sądu Najwyższego. To poważny argument za literalnym nieuwzględnianiem tego okresu, choć trudno uznać za racjonalne rozwiązanie, w którym awans do najwyższego sądu w Polsce miałby powodować, iż wcześniejsze doświadczenie sędziowskie przestaje się liczyć przy ustalaniu stażu.
Znacznie ciekawszy jest jednak argument, iż ustawowe pojęcie stażu liczonego łącznie oznacza nieprzerwany staż określonego rodzaju. Przecież liczenie okresów łącznie oznacza ich sumowanie, a nie wymaganie ciągłości! To dwa różne pojęcia. Nie można dopisywać do ustawy dodatkowego warunku nieprzerwanego stażu, o ile ustawodawca go nie przewidział, i nazywać tego twardą matematyką urzędniczą.
Jednak choćby gdybyśmy bez zastrzeżeń uznali, iż Korwin-Piotrowska ma najdłuższy ustawowy staż, przez cały czas nie oznaczałoby to, iż mogła przejąć kierowanie Trybunałem. Najdłuższy staż jest bowiem tylko jednym z warunków zastępstwa, a nie samodzielnym źródłem kompetencji. Nie daje on prawa do zawieszania przełożonych ani do dowolnego pomijania wcześniej upoważnionych sędziów.
⚖️ Kompetencje dorozumiane, czyli prawo do wszystkiego, co uznamy za konieczne?
Najważniejszy argument zwolenników przejęcia TK opiera się na doktrynie "implied powers", czyli kompetencji dorozumianych. W sytuacji nadzwyczajnej, gdy instytucja państwowa nie może prawidłowo wykonywać swoich konstytucyjnych zadań, konieczne ma być zastosowanie mechanizmów pozwalających przywrócić jej funkcjonowanie, choćby jeżeli ustawodawca nie opisał dokładnie takiego przypadku.
Kompetencje dorozumiane rzeczywiście są znanym pojęciem teorii prawa. Jednak nie oznaczają one, iż organ władzy publicznej może samodzielnie rozszerzać swoje uprawnienia, ilekroć uzna to za niezbędne. W pewnych okolicznościach można wyprowadzać kompetencje pomocnicze z kompetencji już istniejących. Nie można natomiast bez wykazania odpowiedniej podstawy wyprowadzać z ogólnego obowiązku dbania o funkcjonowanie państwa prawa do pozbawiania innych organów ich ustawowych uprawnień.
W polskim prawie publicznym obowiązuje zasada legalizmu wyrażona w art. 7 Konstytucji. Nie jest to żaden prymitywny formalizm, ale jedno z podstawowych zabezpieczeń przed samowolą władzy. Skoro organy państwa mogą stosować przymus wobec obywateli i innych podmiotów, ich kompetencje muszą mieć podstawę prawną. Samo przekonanie, iż określone działanie jest pożyteczne albo konieczne, takiej podstawy nie zastępuje.
Pojawia się argument o ponad tysiącu zaległych spraw w Trybunale Konstytucyjnym. Niech będzie choćby jedenaście tysięcy! Czy z tego wynika, iż dowolny sędzia może ogłosić, iż dotychczasowy prezes nie wykonuje obowiązków, a on sam przejmuje kierowanie instytucją? Oczywiście nie. Zaległości mogą świadczyć o poważnych nieprawidłowościach, mogą uzasadniać odpowiedzialność kierownictwa, postępowania dyscyplinarne i zmiany organizacyjne, ale nie są magicznym mechanizmem automatycznie przekazującym władzę.
Art. 12 ust. 4 ustawy o organizacji TK przewiduje zastępstwo prezesa przez sędziego o najdłuższym stażu w przypadku niemożności upoważnienia wiceprezesa lub innego sędziego. Trzeba więc wykazać nie tylko odpowiedni staż, ale przede wszystkim wystąpienie tej niemożności. o ile istniały wcześniejsze upoważnienia, należy zbadać ich ważność i zakres, a nie po prostu uznać, iż przestały obowiązywać, ponieważ przeszkadzają w zastosowaniu wybranej konstrukcji prawnej.
🚨 Wniosek prokuratora to nie wyrok, a podejrzenie to nie zawieszenie!
Szczególnie interesująca jest teza, iż uprawnienie Korwin-Piotrowskiej do przejęcia kierowania TK istniało jeszcze przed wydaniem zarządzeń o odsunięciu Święczkowskiego i Sochańskiego. Miało ono wynikać z postępowań prowadzonych przez prokuraturę, które rzekomo automatycznie pozbawiły dotychczasowe kierownictwo możliwości bezstronnego sprawowania funkcji.
Jednak od kiedy to wszczęcie śledztwa albo złożenie wniosku o uchylenie immunitetu powoduje automatyczne zawieszenie sędziego w czynnościach służbowych?
30 października Prokurator Generalny skierował do TK pięć wniosków o uchylenie immunitetów Święczkowskiego i Sochańskiego. Do 3 listopada Prokuratura Krajowa informowała już o siedmiu takich wnioskach. Zarzuty przedstawiane przez prokuraturę są poważne i powinny zostać rzetelnie rozpoznane. Jednak wniosek o zgodę na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności karnej jest właśnie wnioskiem! Nie jest wyrokiem, nie jest uchwałą o uchyleniu immunitetu i nie jest decyzją o odsunięciu od obowiązków.
Art. 23 ustawy o statusie sędziów TK przewiduje, iż zgodę na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności karnej wyraża Zgromadzenie Ogólne. Sama decyzja prokuratora o wystąpieniu z wnioskiem nie zastępuje tej procedury.
Gdyby przyjąć, iż samo wszczęcie postępowania przez Prokuratora Generalnego może pozbawiać prezesa Trybunału możliwości sprawowania funkcji, to minister będący jednocześnie Prokuratorem Generalnym otrzymałby niezwykle skuteczne narzędzie wpływania na kierownictwo konstytucyjnego organu państwa. Wystarczyłoby wszcząć odpowiednie postępowanie, aby uruchomić mechanizm odsuwania niewygodnego sędziego od obowiązków.
Po co w takim razie immunitet, niezależne postępowania dyscyplinarne i ustawowe gwarancje niezawisłości? Przecież po to ustanowiono te zabezpieczenia, żeby decyzja przedstawiciela władzy wykonawczej nie mogła automatycznie pozbawiać sędziego jego uprawnień!
🔁 Odpowiednie stosowanie przepisów nie oznacza dowolnego ich przerabiania!
Art. 30 ustawy o statusie sędziów TK rzeczywiście odsyła w sprawach dyscyplinarnych nieuregulowanych w tej ustawie do odpowiedniego stosowania przepisów Prawa o ustroju sądów powszechnych. Nie można więc po prostu twierdzić, iż art. 130 tej ustawy w ogóle nie ma związku z sędziami Trybunału. Trzeba natomiast ustalić, które elementy tego przepisu można zastosować odpowiednio i jakie kompetencje rzeczywiście z tego wynikają.
Art. 130 § 1 przewiduje możliwość natychmiastowego odsunięcia sędziego od czynności w wyjątkowych okolicznościach. Jednak § 2 odrębnie reguluje odsunięcie prezesa sądu, powierzając tę kompetencję Ministrowi Sprawiedliwości.
Oczywiście minister nie może na tej podstawie dowolnie zawieszać prezesa Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ Trybunał nie jest sądem powszechnym. Jednak z tego, iż minister nie ma takiej kompetencji wobec prezesa TK, nie wynika przecież automatycznie, iż posiada ją inny sędzia!
Odpowiednie stosowanie przepisu wymaga ustalenia, które elementy jego konstrukcji można przenieść do innego ustroju organizacyjnego i jak należy je dostosować. Nie oznacza dowolnego pomijania szczególnych przepisów kompetencyjnych i zastępowania wskazanego w ustawie organu inną osobą tylko dlatego, iż takie rozwiązanie wydaje się celowe.
Jest też argument późniejszej kontroli przez sąd dyscyplinarny. Tylko iż kontrola następcza nie zastępuje pierwotnej podstawy kompetencyjnej. Sąd może ocenić zasadność i legalność zastosowanego środka, ale samo istnienie późniejszej kontroli nie sprawi, iż osoba nieuprawniona była uprawniona już w chwili wydawania decyzji.
Dlatego zasadnicze pytanie pozostaje niezmienne: z jakiego zdarzenia prawnego, istniejącego przed wydaniem zarządzenia o odsunięciu Święczkowskiego, wynikała kompetencja Korwin-Piotrowskiej do zastępowania prezesa?
o ile odpowiedzią jest samo odsunięcie Święczkowskiego, którego dokonała Korwin-Piotrowska, to mamy błędne koło. A jeżeli odpowiedzią jest wcześniejsza niemożność wykonywania przez niego obowiązków, to trzeba wykazać, kiedy, dlaczego i na podstawie jakiej normy prawnej taka niemożność powstała.
Nie można uzasadniać kompetencji do zawieszenia prezesa skutkiem zawieszenia, które zostało dokonane na podstawie tej kompetencji!
📜 Akcesoryjność i "nemo plus iuris", czyli łacina zamiast argumentu!
Kolejna koncepcja głosi, iż skoro Święczkowski został odsunięty od wykonywania obowiązków, to automatycznie wygasły wszystkie wcześniej udzielone przez niego upoważnienia, w tym dla Sochańskiego oraz Piotrowicza. Uzasadnia się to akcesoryjnością pełnomocnictw i łacińską zasadą "nemo plus iuris".
Tyle iż zasada "nemo plus iuris in alium transferre potest quam ipse habet" oznacza, iż nikt nie może przenieść na drugą osobę więcej praw, niż sam posiada. Nie oznacza natomiast, iż każda późniejsza zmiana sytuacji prawnej osoby udzielającej upoważnienia automatycznie unicestwia wszystkie dokonane przez nią wcześniej czynności.
To są zupełnie różne twierdzenia!
W prawie publicznym upoważnienie często jest udzielane w ramach kompetencji organu, a nie jako osobiste pełnomocnictwo prywatnego człowieka. Orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego pokazuje, iż choćby zmiana osoby sprawującej funkcję organu nie musi powodować wygaśnięcia wcześniej udzielonych upoważnień administracyjnych. Nie można oczywiście mechanicznie przenosić tych rozstrzygnięć na TK, ale pokazują one, iż nie istnieje żadna uniwersalna zasada automatycznego wygaśnięcia wszystkich upoważnień wraz z odsunięciem osoby, która je podpisała.
Co więcej, samo zarządzenie przerwy w czynnościach służbowych nie jest równoznaczne z wygaśnięciem kadencji prezesa. Art. 10 ust. 3 ustawy o organizacji TK określa przypadki przedterminowego wygaśnięcia tej kadencji, a miesięcznej przerwy w czynnościach wśród nich nie wymienia.
Trzeba więc odróżnić trzy sytuacje: ustanie mandatu sędziego, wygaśnięcie kadencji prezesa i czasowe odsunięcie od wykonywania czynności. Nie można traktować ich tak, jakby automatycznie wywoływały identyczne konsekwencje prawne.
Osobną kwestią jest upoważnienie Stanisława Piotrowicza, opatrzone datą 28 kwietnia 2026 roku i ujawnione przez Święczkowskiego dopiero 2 listopada. Brak widocznego numeru kancelaryjnego i pieczęci oraz późne ujawnienie dokumentu uzasadniają pytania o jego historię. Możliwe, iż istniał już w kwietniu, ale nie był przechowywany w oficjalnym obiegu kancelaryjnym. Możliwe również, iż sporządzono go później. Bez niezależnego potwierdzenia nie można przesądzić żadnego z tych wariantów.
o ile jednak upoważnienie było ważne i rzeczywiście obowiązywało już przed 30 października, to powstaje dodatkowy problem dla konstrukcji prawnej Korwin-Piotrowskiej. Trzeba bowiem wyjaśnić, dlaczego pominięto nie tylko Sochańskiego, ale także wcześniej upoważnionego Piotrowicza, którego nie objęto zarządzeniem o przerwie w czynnościach.
👮 Art. 126 Konstytucji, czyli pomylenie prezydenta z rządem!
W obronie działań policji powołuje się również konstytucyjny obowiązek władzy wykonawczej zapewnienia ochrony instytucjom państwa, wskazując przy tym art. 126 Konstytucji.
Tylko iż art. 126 dotyczy Prezydenta Rzeczypospolitej, a nie Rady Ministrów! To prezydent jest tam określony jako gwarant ciągłości władzy państwowej oraz organ czuwający nad przestrzeganiem Konstytucji.
Zadania rządu związane z bezpieczeństwem i porządkiem publicznym określa art. 146 ust. 4 pkt 7. Niemniej i ten przepis nie daje Radzie Ministrów prawa do rozstrzygania dzięki policji sporów o to, kto zgodnie z prawem kieruje Trybunałem Konstytucyjnym.
Policja może zabezpieczać budynek, zapobiegać przemocy i wykonywać inne ustawowe zadania. Nie oznacza to jednak, iż może dowolnie wybrać jedną ze stron nierozstrzygniętego sporu kompetencyjnego, a następnie używać swoich uprawnień do narzucenia jej interpretacji prawa drugiej stronie.
Oczywiście samo istnienie sporu nie oznacza, iż policja ma bezczynnie czekać na wyrok sądu. o ile występuje zagrożenie bezpieczeństwa, funkcjonariusze muszą reagować. Jednak ich działania powinny mieć własną podstawę prawną, a ograniczanie dostępu określonym osobom do konstytucyjnego organu państwa wymaga szczególnie starannego uzasadnienia.
o ile uniemożliwienie Święczkowskiemu i Sochańskiemu wejścia do Trybunału oparto na zarządzeniach Korwin-Piotrowskiej, trzeba wykazać zarówno skuteczność tych zarządzeń, jak i podstawę prawną zastosowanych przez policję środków. Sam fakt, iż jedna strona konfliktu uważa swoje decyzje za legalne, nie przesądza jeszcze ich legalności.
A przecież spór o kompetencje Korwin-Piotrowskiej jest realny, toczy się między prawnikami i nie został rozstrzygnięty przez adekwatny organ w sposób usuwający zasadnicze wątpliwości. Władza wykonawcza powinna więc zachować szczególną powściągliwość w podejmowaniu działań, które mogłyby faktycznie przesądzić wynik tego sporu.
Bo o ile o tym, kto ma rację w sporze prawnym, decyduje ostatecznie nie prawo, ale to, po czyjej stronie stoi uzbrojona policja, to mamy do czynienia z zastępowaniem państwa prawa państwem siły!
🏛️ Autokratyczny legalizm, czyli kto naprawdę niszczy państwo prawa?
Ostatnim argumentem jest odwoływanie się do autokratycznego legalizmu i pełzającego zamachu stanu. Według tej koncepcji dotychczasowe kierownictwo TK wspierane przez prezydenta miało doprowadzić do paraliżu instytucji, a działania zmierzające do zmiany kierownictwa stanowią konieczną operację ratunkową.
Tylko iż jest to argument polityczny, a nie wykazanie legalności konkretnych zarządzeń. Można prowadzić spór o to, czy prezydent prawidłowo postępował wobec nowo wybranych sędziów. Można krytykować Święczkowskiego za sposób kierowania Trybunałem. Można choćby uważać, iż całe dotychczasowe kierownictwo powinno zostać wymienione. Jednak z żadnej z tych ocen nie wynika jeszcze, iż Korwin-Piotrowska miała kompetencję do samodzielnego odsunięcia prezesa i wiceprezesa!
Co więcej, argument o autokratycznym legalizmie działa w obie strony. o ile władza wykonawcza może uznać, iż konstytucyjny organ działa niewłaściwie, poprzeć jedną ze stron konfliktu wewnątrz tego organu i zapewnić jej faktyczną kontrolę nad budynkiem, to taki mechanizm wymaga szczególnie starannego zbadania pod kątem zasady podziału władz.
Niezależnie od tego, kto aktualnie rządzi i jak szlachetne deklaruje intencje.
Samo zabezpieczenie budynku przez policję nie dowodzi oczywiście zamachu stanu. Niemniej faktyczne opanowanie budynku nie jest również równoznaczne z uzyskaniem legalnej kompetencji do kierowania instytucją. Władza faktyczna i władza prawna to dwa odrębne pojęcia. Można posiadać klucze do gabinetów, dostęp do komputerów, ochronę policji i możliwość podpisywania zarządzeń, a mimo to nie mieć prawnej kompetencji do wykonywania określonych czynności.
I odwrotnie — można być legalnie urzędującym prezesem, którego fizycznie nie wpuszczają do jego własnego gabinetu.
❗ Błędne koło, którego nie da się usunąć łacińskimi sentencjami!
Cała konstrukcja prawna obrony przejęcia kierowania TK opiera się na nieustannym przechodzeniu od opisu sytuacji uznawanej za niedopuszczalną do twierdzenia, iż określona osoba musiała mieć prawo ją naprawić.
Skoro Trybunał był sparaliżowany, ktoś musiał zareagować. Skoro Święczkowski został oskarżony, musiał utracić możliwość wykonywania obowiązków. Skoro utracił tę możliwość, musiały wygasnąć wcześniejsze upoważnienia. Skoro wygasły upoważnienia, Korwin-Piotrowska musiała zostać zastępcą prezesa. A skoro została jego zastępcą, mogła zawiesić prezesa, którego zawieszenie miało uzasadniać jej zastępstwo!
I tak wracamy do punktu wyjścia: mam prawo cię zawiesić, bo jestem twoim zastępcą, a jestem twoim zastępcą, bo cię zawiesiłam!
Żadna łacińska sentencja, żadna teoria kompetencji dorozumianych ani żaden stan wyższej konieczności nie usuwają takiej zależności, o ile nie wskaże się niezależnej, wcześniejszej podstawy prawnej objęcia zastępstwa.
To jest najważniejsza kwestia całego sporu. Nie chodzi o to, czy Święczkowski był dobrym prezesem, czy Korwin-Piotrowska ma lepsze kwalifikacje, czy w Trybunale zalega tysiąc spraw i czy rząd ma dobre intencje. Chodzi o ustalenie, kto, kiedy i na jakiej podstawie prawnej nabył konkretne kompetencje.
o ile Święczkowski lub Sochański popełnili przestępstwa, powinni ponieść odpowiedzialność przewidzianą prawem. o ile kierownictwo TK naruszało obowiązki, należy zastosować przewidziane ustawami procedury. o ile przepisy są wadliwe i nie pozwalają skutecznie reagować na sytuacje kryzysowe, należy je naprawić. Jednak nie można zastępować brakującej podstawy prawnej własnym przekonaniem, iż określone działanie jest konieczne.
Bo państwo prawa nie polega na tym, iż władzę sprawują ludzie deklarujący dobre intencje, ale na tym, iż choćby ludzie o najlepszych intencjach nie mogą robić wszystkiego, co uznają za słuszne.
Prawo rzeczywiście nie jest samobójczym paktem. Niemniej tym bardziej nie może być paktem, na mocy którego każdy samozwańczy ratownik państwa otrzymuje nieograniczone uprawnienia do jego ratowania.
Nie można przywracać praworządności przez samodzielne przyznawanie sobie władzy, której ustawa nam nie dała!
Grzegorz GPS Świderski
]]>https://Twitter.com/gps65]]>
]]>https://t.me/KanalBlogeraGPS]]>












