Updated 29 May, 2026 20:45
Autor: Tarik Cyril Amar – niemiecki historyk związany z Uniwersytetem Koç w Stambule; badacz Rosji, Ukrainy i Europy Wschodniej, historii II wojny światowej, kulturowej zimnej wojny oraz polityki pamięci.
@tarikcyrilamartarikcyrilamar.substack.com

Jako zatwardziały lewicowiec, żywiący nieposkromioną, intuicyjną sympatię do prawdziwych, przyzwoitych konserwatystów – termin ten wyklucza, rzecz jasna, bezkręgowych centrystów głównego nurtu – nieustannie poszukuję przedstawicieli tego starego i szacownego gatunku politycznego. Przede wszystkim bowiem rozmowa z nimi dostarcza znacznie więcej satysfakcji niż dyskusje z „uwokowanymi” liberałami, wyblakłymi socjaldemokratami czy histerycznymi podżegaczami wojennymi w niemieckim wydaniu (kamuflażowych) Zielonych.
Prawdziwi, przyzwoici konserwatyści mają zwykle wiele do powiedzenia – na przykład o tak istotnych kwestiach jak religia, kultura czy rodzina – i warto ich posłuchać, niezależnie od tego, czy zgadzamy się z ich poglądami, czy też nie. I w przeciwieństwie do ponurych, doktrynerskich i często neurotycznych centrystów, prawdziwi konserwatyści nierzadko cechują się spokojną pewnością siebie, płynącą z autentyczności; dzięki temu stać ich na tolerancję, poczucie humoru, a choćby pokorę.
Niestety, wydaje się, iż na Zachodzie tacy przyzwoici konserwatyści znajdują się – jeżeli nie na skraju wyginięcia – to przynajmniej w poważnym niebezpieczeństwie. I, co ironiczne, ich najgorszymi wrogami nie są ludzie mojego pokroju – często aż nazbyt bezsilna lewica.
Tym, czego przyzwoici konserwatyści powinni obawiać się najbardziej, są ich własni współkonserwatyści – ale ci z gatunku nieprzyzwoitych. W Stanach Zjednoczonych – i nie tylko tam – owa nieprzyzwoitość przybiera specyficzną formę: mianowicie bezwolnego, głęboko niepatriotycznego ulegnięcia interesom obcego, a przy tym – jak się okazuje – ludobójczego państwa oraz jego potężnego lobby: Izraela.
Doskonałym tego przykładem jest Thomas Massie – wybitny i wpływowy amerykański kongresmen ze stanu Kentucky. Massie właśnie poniósł porażkę z rąk – w istocie – własnego politycznego plemienia. Po siedmiu kolejnych kadencjach w Kongresie, sprawowanych w barwach Partii Republikańskiej od 2012 roku – i po tym, jak w prawyborach (wstępnych głosowaniach decydujących o tym, kto będzie reprezentował partię) zwykle „z łatwością mknął ku zwycięstwu” – przegrał właśnie ostatnie prawybory, a tym samym, w praktyce, utracił swoje miejsce w Kongresie.
Prawybory realizowane są często, ale te konkretne wzbudziły wyjątkowe zainteresowanie. I słusznie. Miały one wyraźnie wielkie znaczenie dla całego kraju, skoro sam prezydent USA Donald Trump zadał sobie trud, by zainicjować i wesprzeć rywala Massiego; w ten sposób to skromne, lokalne głosowanie – w dość odległym okręgu, w niezbyt eksponowanym stanie – przekształcił w osobisty test lojalności. „Wszyscy, którzy są ze mną” – zdawał się mówić Trump – „całujcie mój pierścień i nie ważcie się głosować na Massiego-buntownika!”.
W tym sensie porażka Massiego w starciu z w dużej mierze nieznanym i politycznie niedojrzałym debiutantem, Edem Gallreinem, stanowi zwycięstwo Trumpa. Po raz kolejny człowiek, który stworzył ruch MAGA – a następnie go zdradził – dowiódł, iż potrafi powstrzymać, a przynajmniej zakłócić kariery polityczne tych Republikanów, którzy mu się sprzeciwiają. Po długiej i pełnej wzajemnej niechęci relacji Trump wygrał ten „rozwód”: już w trakcie swojej pierwszej kadencji domagał się – w istocie – usunięcia Massiego z Partii Republikańskiej. W okresie poprzedzającym jego drugą kadencję Trump publicznie nazywał go „PRZEGRANYM” i „DARMOZJADEM” (pisząc wielkimi literami, zgodnie ze swoim zwyczajem), domagając się usunięcia go z urzędu.
Jednak walka między narcystycznym prezydentem – którego niemal każda sytuacja inna niż pełne, bezwarunkowe poddanie się wprawiała w nawykową furię – a niezależnie myślącym kongresmenem, który sprzeciwiał się temu prezydentowi w wielu kluczowych kwestiach (takich jak polityka Trumpa wobec pandemii COVID-19, ustawa „Big and Beautiful” czy kwestia wojny z Iranem), stanowi zaledwie część tej historii. I wcale nie tę najważniejszą.
Tym, co w rzeczywistości kosztowało Massiego utratę mandatu, jest – jednym słowem – Izrael. A ściślej rzecz ujmując: otwarte stawienie czoła lobby izraelskiemu oraz ta swoista, wypaczona relacja, jaka łączy owo lobby z większością amerykańskiej elity politycznej. Mowa wszak o kraju, którego prezydent otwarcie chwali się swoimi wskaźnikami poparcia nie we własnej ojczyźnie – gdzie, trzeba przyznać, nie ma się w tej chwili czym pochwalić – ale właśnie w Izraelu; miejscu, w którym – jak żartuje sam Trump – mógłby ubiegać się o stanowisko premiera, gdy tylko zakończy swoją misję w Stanach Zjednoczonych.
Według Tuckera Carlsona – będącego zresztą wysoce wpływowym konserwatywnym buntownikiem, występującym zarówno przeciwko Trumpowi, jak i lobby izraelskiemu – Massie jest jedynym Republikaninem w Kongresie (spośród obecnych 217), który nigdy nie przyjął pieniędzy od tego lobby. Zdaniem samego Massiego nie wynikało to jednak z braku ofert: jak relacjonuje, lobby od lat próbowało go „kupić”. Konsekwentne odmawianie sprawiło natomiast, iż stał się celem działań zmierzających do usunięcia go z urzędu. Niestety – przynajmniej na razie – działania te zakończyły się sukcesem.
Tym razem lobby izraelskie naprawdę nie szczędziło grosza. Megyn Kelly – podobnie jak Massie i Trump amerykańska konserwatystka (choć obecnie) pozostająca w opozycji do Trumpa – również poświęciła obszerny fragment swojego niezwykle popularnego programu porażce Massiego. Przy łącznym koszcie przekraczającym 32 miliony dolarów, były to najdroższe prawybory do Kongresu w historii Stanów Zjednoczonych. Według Kelly, z tej wręcz obscenicznej sumy – stanowiącej nowy lokalny rekord w długiej amerykańskiej tradycji „najgorszej demokracji, jaką można kupić za pieniądze” – 9 milionów dolarów pochodziło od AIPAC, czyli instytucjonalnego trzonu lobby izraelskiego (przynajmniej w sferze publicznej), a kolejne 7 milionów od specjalnie powołanego w tym celu tzw. Super PAC-u. Była to w istocie machina służąca do kupowania wyborów i manipulacji, za pośrednictwem której realizowano bezczelną interwencję miliarderów – takich jak Miriam Adelson czy Paul Singer – będących jednocześnie głównymi filarami lobby izraelskiego.
Czym Massie zasłużył sobie na tak wrogą „hojność”? Massie nie jest, rzecz jasna, „antysemitą”, choć – co było do przewidzenia – ten oszczerczy zarzut został przeciwko niemu wykorzystany. Nie jest choćby konsekwentnym przeciwnikiem Izraela – państwa o charakterze ludobójczego apartheidu.
Prawdziwe „grzechy” Massiego są zdumiewająco proste: Massie – z pewnym, choć ograniczonym sukcesem – walczył o przejrzystość w sprawie skazanego przestępcy seksualnego, potężnie powiązanego z Izraelem agenta wpływu, a z całą pewnością nie ofiary samobójstwa – Jeffreya Epsteina. Argumentował również, iż Ameryka jest pogrążona w tak horrendalnym zadłużeniu, iż powinna zaprzestać wspierania innych państw – w tym Izraela, stanowiącego największe i strategicznie kontrproduktywne obciążenie dla jej zasobów.
W dzisiejszej Ameryce to wystarczy: domaganie się, by Amerykanie mieli prawo poznać prawdę o przestępcy posiadającym rozległe powiązania, który zajmował się kupowaniem i szantażowaniem amerykańskich elit, oraz by uznali, iż nie mają obowiązku oddawać swoich podatków na rzecz Izraela. Innymi słowy: domaganie się przestrzegania amerykańskich interesów narodowych. Fakt, iż Massie konsekwentnie sprzeciwiał się również polityce Trumpa, zmierzającej do marnowania amerykańskich żyć, bogactwa oraz pozycji międzynarodowej (zasobu i tak już mocno uszczuplonego) poprzez uleganie izraelskim naciskom na atak na Iran, jedynie wzmocnił determinację jego wrogów, by go zniszczyć – przynajmniej politycznie.
Nie musi to jednak oznaczać końca tej historii. Massie zapowiedział już bowiem, iż pozostały mu czas w Kongresie wykorzysta do zdemaskowania kolejnych osób powiązanych z Jeffreyem Epsteinem i jego zbrodniami. Nie wykluczył również startu w wyborach prezydenckich w 2028 roku. Co ciekawe, nie wykluczył tego także Tucker Carlson.
Na chwilę obecną Trump – a za jego pośrednictwem izraelskie lobby – wciąż utrzymuje swój niszczycielski uścisk na amerykańskiej polityce. Dopóki ten uścisk ostatecznie nie zelżeje, Amerykanom brakuje nie tylko prawdziwej demokracji, ale choćby elementarnej suwerenności. najważniejsze pytanie stojące przed tym narodem jest proste: czy bezwstydne manipulowanie ich polityką przez lobby obcego państwa będzie przez cały czas przybierać na sile, czy też – nareszcie – sprowokuje reakcję zwrotną, która przywróci Stanom Zjednoczonym przynajmniej niezależność? A być może także szansę na przetrwanie w roli przyzwoitego konserwatysty w głównym nurcie amerykańskiej polityki.
Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w niniejszym felietonie są wyłączną własnością autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/640754-us-conservatives-israel-lobby/







