W najnowszej debacie o kształcie europejskiej polityki bezpieczeństwa znów powrócił dobrze znany schemat: Donald Tusk staje się wygodnym celem dla tych, którzy chcą opowiedzieć prostą historię o rzekomej słabości „brukselskich elit”.
Łatwo więc znaleźć opinie – jak ta krążąca ostatnio w przestrzeni medialnej – iż Tusk „pozuje na antyputinowskiego jastrzębia”, choć wcześniej miał rzekomo współpracować z „prorosyjską” Angelą Merkel. Prawda, jak zwykle, jest bardziej złożona, a próba wtłoczenia jej w ramy publicystycznego uproszczenia więcej mówi o autorach takich narracji niż o roli Tuska w Europie.
W przekazie krytyków pobrzmiewa teza, iż to kooperacja z Niemcami i Francją – a więc także z Merkel – umożliwiła Rosji prowadzenie wojny na wyniszczenie. Stwierdzenie to pomija jednak najważniejszy fakt: europejska polityka energetyczna była owocem wieloletniego konsensusu, który obowiązywał na długo przed objęciem przez Tuska stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Co więcej, to właśnie za jego kadencji rozpoczął się proces odchodzenia od tej iluzji „taniego gazu z Rosji”. Tusk nie przypadkiem już w 2014 roku mówił o konieczności stworzenia „unii energetycznej”, przestrzegając Zachód przed uzależnieniem od surowców Kremla. Warto przypomnieć jego słowa sprzed lat: „Europa potrzebuje realnej niezależności energetycznej, opartej na solidarności i wspólnych inwestycjach”.
Dziś ten sposób myślenia stał się standardem. Historia przyznała mu rację – i dlatego w tej chwili Tusk, już jako polski premier, odważnie apeluje o jedność Zachodu w obliczu rosyjskiej agresji. Jego wpis na platformie X, szeroko komentowany w europejskich mediach, nie był – wbrew krytycznym sugestiom – próbą politycznej autopromocji, ale przypomnieniem fundamentalnej zasady, która od początku definiowała NATO: „fundamentem Sojuszu była solidarność, a nie egoistyczne interesy”.
Warto zauważyć, iż to właśnie dziś, kiedy europejska scena polityczna pęka pod naporem populistycznych nastrojów, głos Tuska staje się szczególnie istotny. Niezależnie od tego, czy mówimy o sprzeciwie wobec prorosyjskich mrzonek Orbána, czy o niezgodzie na „zmęczenie Ukrainą”, premier Polski reprezentuje stanowisko twarde, ale odpowiedzialne – takie, które rozumie wagę globalnych konsekwencji. Gdy krytycy zarzucają mu, iż „stwarza iluzję”, iż jego słowa coś znaczą, odpowiedź płynie z faktów: to właśnie Polska pod jego kierownictwem współtworzyła ostatnie unijne pakiety sankcyjne, a jego głos jest jednym z najczęściej przywoływanych przez europejskich liderów w dyskusjach o bezpieczeństwie.
Owszem, można próbować przesunąć ciężar odpowiedzialności z rzeczywistych aktorów prorosyjskiej polityki – takich jak węgierski premier Viktor Orbán – na Tuska. Można twierdzić, iż „nie budował Nord Streamu”, choć Orbán wielokrotnie blokował decyzje europejskie wzmacniające Ukrainę, a jego rząd pozostaje najbardziej prorosyjskim w UE. Jednak takie porównania wydają się raczej publicystyczną sztuczką niż poważną analizą. Trudno bowiem zestawiać polityka, który włącza się w działania Sojuszu, z tym, który wielokrotnie je sabotuje.
W tym sensie słowa Tuska – „mam nadzieję, iż nic się nie zmieniło” – są jednocześnie ostrzeżeniem i apelem. Ostrzeżeniem przed dryfem Zachodu w stronę wygodnej bierności. Apelem o powrót do podstawowej wartości, która pozwoliła przetrwać Europie najtrudniejsze dekady XX wieku: solidarności. To nie jest język politycznej pozy – to język odpowiedzialności.
Dobrze więc, iż ktoś wciąż przypomina, gdzie przebiega linia między wolnym światem a rosyjskim imperializmem. I dobrze, iż w tym momencie jest to głos Donalda Tuska.

2 godzin temu














