1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17:00 w Warszawie wybuchło Powstanie Warszawskie — największe zbrojne wystąpienie okupowanej Europy przeciw niemieckiemu najeźdźcy. Przez 63 dni żołnierze Armii Krajowej i ludność cywilna walczyli o wolną stolicę, licząc na pomoc, która nie nadeszła. Powstanie zakończyło się klęską militarną, śmiercią blisko 18 tysięcy powstańców i choćby 180 tysięcy cywilów oraz niemal całkowitym zburzeniem miasta. Mimo to pozostaje jednym z najważniejszych symboli polskiego dążenia do niepodległości.
Geneza — akcja „Burza" i dramatyczna decyzja
Latem 1944 roku front wschodni przesuwał się na zachód. Armia Czerwona wkraczała na przedwojenne ziemie polskie, a jej czołowe oddziały zbliżały się do Wisły. Dowództwo Armii Krajowej realizowało wówczas plan o kryptonimie „Burza" — miał on polegać na wystąpieniu przeciw wycofującym się Niemcom tuż przed nadejściem Sowietów, tak aby to Polacy witali Armię Czerwoną jako gospodarze własnego kraju i legalna władza Rzeczypospolitej.
Sytuacja polityczna była jednak dramatyczna. Po ujawnieniu w 1943 roku zbrodni katyńskiej Związek Sowiecki zerwał stosunki z rządem RP na uchodźstwie. 22 lipca 1944 roku w Lublinie ogłoszono manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego — podporządkowanej Moskwie namiastki władzy, która miała zastąpić legalne państwo polskie. Dla przywódców Polski Podziemnej stawką była nie tylko walka z Niemcami, ale i pokazanie światu, iż o losie stolicy decydują sami Polacy.
Decyzję o wybuchu powstania podjęto 31 lipca 1944 roku, po dotarciu do dowództwa wiadomości o sowieckich czołgach na przedpolach warszawskiej Pragi. Komendant Główny AK gen. Tadeusz Komorowski „Bór" wyznaczył godzinę „W" na 1 sierpnia, na godzinę 17:00. Bezpośrednie dowództwo nad siłami w mieście objął gen. Antoni Chruściel „Monter".
Nad decyzją ciążyła presja czasu. W ostatnich dniach lipca moskiewska Radiostacja imienia Kościuszki wzywała warszawiaków, by chwytali za broń przeciw Niemcom. Front był tuż za rzeką, a dalsze zwlekanie groziło podwójnym ryzykiem: iż Niemcy zdążą zorganizować twardą obronę, albo iż wkraczający Sowieci zastaną miasto bierne i potraktują Polaków wyłącznie jak pokonaną ludność, nie zaś gospodarzy kraju. Dowództwo Polski Podziemnej stanęło przed dramatycznym wyborem między ryzykiem otwartej walki a upokorzeniem bezczynności.
Godzina „W" — 1 sierpnia 1944
O oznaczonej godzinie do walki ruszyło od 40 do 50 tysięcy zaprzysiężonych żołnierzy Armii Krajowej. Ich największą słabością było uzbrojenie — broń palną miał zaledwie co dziesiąty powstaniec. Reszta szła do boju z granatami, butelkami z benzyną i nadzieją na zdobycie broni na wrogu.
Pierwsze godziny przyniosły mieszane rezultaty. Powstańcy opanowali znaczną część Śródmieścia, Woli, Starego Miasta, Żoliborza, Mokotowa i Powiśla, zdobywając wiele niemieckich obiektów. Nie udało się jednak wykonać zadań kluczowych: nie zdobyto mostów na Wiśle, lotniska na Okęciu, dworców ani najsilniej bronionych gmachów. Miasto zostało podzielone na odizolowane od siebie enklawy oporu, między którymi łączność utrzymywano z najwyższym trudem — często podziemnymi kanałami.
Walka dzielnica po dzielnicy
Niemcy gwałtownie przystąpili do kontrataku, a dowodzenie akcją pacyfikacyjną Heinrich Himmler powierzył generałowi Erichowi von dem Bachowi. Na Wolę skierowano osławione formacje — grupę bojową Reinefartha, pułk Dirlewangera złożony z kryminalistów oraz kolaboracyjną brygadę RONA Kamińskiego. W dniach 5–7 sierpnia doszło tam do rzezi Woli: mordu na dziesiątkach tysięcy bezbronnych cywilów, obliczanego na 40–60 tysięcy ofiar.
Bohatersko broniło się Stare Miasto. Przez cały sierpień garstka powstańców odpierała ataki wspierane przez czołgi, artylerię i lotnictwo, w mieście zamienianym w gruzy. Po miesiącu walk, na przełomie sierpnia i września, Starówka padła, a jej obrońcy w większości ewakuowali się kanałami do Śródmieścia. To ono stało się głównym ośrodkiem oporu i siedzibą powstańczego dowództwa.
We wrześniu ciężkie walki toczyły się na Powiślu i Czerniakowie, gdzie próbowano nawiązać kontakt z forsującymi Wisłę żołnierzami. Do samego końca broniły się także Żoliborz i Mokotów. Każda z dzielnic walczyła w praktyce osobno, a niemiecka przewaga w broni ciężkiej systematycznie spychała powstańców na coraz mniejszy obszar.
Miasto, które żyło walką
Przez 63 dni Warszawa była wolnym skrawkiem Polski, rządzącym się własnym rytmem. Nad barykadami powiewały biało-czerwone flagi, a znakiem rozpoznawczym zrywu stała się „kotwica" — symbol Polski Walczącej malowany na murach. Powstańcy nosili biało-czerwone opaski, często jedyny element ich „munduru", oraz zdobyczne panterki i hełmy.
Mimo grozy walk toczyło się życie. Ukazywała się prasa powstańcza — z „Biuletynem Informacyjnym" na czele — a radiostacja „Błyskawica" nadawała komunikaty i audycje również w językach obcych, informując świat o losie miasta. Najmłodsi pełnili służbę w harcerskiej Poczcie Polowej, roznosząc listy między dzielnicami pod ostrzałem. Działały szpitale polowe i kuchnie, kręcono kroniki filmowe, odprawiano msze, a choćby zawierano powstańcze śluby. To codzienne trwanie w cieniu śmierci było świadectwem, iż Warszawa walczyła nie tylko bronią, ale i samą wolą normalnego, wolnego życia.
Nadzieja i osamotnienie — Sowieci i alianci
Powstanie wybuchło w nadziei na rychłe wsparcie. Tymczasem Armia Czerwona, stojąca u progu Warszawy, wstrzymała ofensywę i przez tygodnie pozostawała bierna na prawym brzegu Wisły. Józef Stalin nazwał zryw awanturą garstki przestępców i odmawiał realnej pomocy — dla Moskwy zniszczenie niepodległościowej Armii Krajowej rękami Niemców ułatwiało późniejsze podporządkowanie Polski.
Zachodni alianci próbowali pomagać z powietrza. Z baz we Włoszech, spod Brindisi, startowały samoloty z zaopatrzeniem — z polskimi, brytyjskimi i południowoafrykańskimi załogami. Loty odległe o półtora tysiąca kilometrów w jedną stronę okupione były ciężkimi stratami, a znaczna część zrzutów spadała na tereny opanowane przez Niemców. Dopiero 18 września Stalin zgodził się na jedną operację z udziałem amerykańskich „latających fortec" — ale zrzut z dużej wysokości sprawił, iż większość zasobników również trafiła w niemieckie ręce.
Od połowy września próby forsowania Wisły podejmowali żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego gen. Zygmunta Berlinga. Desant na Czerniaków i Powiśle, słabo wsparty i spóźniony, załamał się po kilku dniach krwawych walk. Warszawa pozostała sama.
Kapitulacja i zagłada miasta
Wyczerpanie sił, brak amunicji, żywności i wody oraz tragiczne położenie ludności cywilnej przesądziły o losie zrywu. W nocy z 2 na 3 października 1944 roku w Ożarowie podpisano akt kapitulacji. Ważnym jego elementem było uznanie powstańców za kombatantów — dzięki temu żołnierze AK trafili do niewoli na prawach jenieckich, a nie jako „bandyci", jak traktowano ich wcześniej.
Ludność cywilną wypędzono z miasta. Przez obóz przejściowy Dulag 121 w Pruszkowie przeszło kilkaset tysięcy warszawiaków — część skierowano na roboty przymusowe do Rzeszy, część do obozów koncentracyjnych, resztę rozproszono po Generalnym Gubernatorstwie. Opustoszałą stolicę Niemcy zaczęli metodycznie niszczyć. Specjalne oddziały palenia i wysadzania kwartał po kwartale obracały w gruz kamienice, kościoły, pałace i archiwa. Planowo niszczono także dziedzictwo narodu — biblioteki, muzea i zabytki, w tym Zamek Królewski. W efekcie działań wojennych i tej celowej dewastacji zburzeniu uległo około 85 procent zabudowy lewobrzeżnej Warszawy, a miasto, które przed wojną liczyło ponad milion mieszkańców, przestało istnieć.
Bilans i pamięć
Cena była ogromna. W walkach poległo około 16–18 tysięcy powstańców, a drugie tyle odniosło rany. Znacznie tragiczniejszy był los ludności cywilnej — zginęło jej od 150 do choćby 200 tysięcy, w większości wymordowanej w masowych egzekucjach lub pod gruzami. Stolica przestała istnieć jako żywe miasto, a jej bezcenne dziedzictwo kultury zostało w dużej części bezpowrotnie zniszczone.
Sens Powstania Warszawskiego do dziś bywa przedmiotem gorących sporów historyków — o to, czy przy takich stratach zryw był konieczny i czy miał szanse powodzenia. Nie podlega jednak dyskusji jego wymiar moralny: był to akt woli wolności całego pokolenia, które wolało walczyć o niepodległą Rzeczpospolitą, niż biernie czekać na narzuconą z zewnątrz zależność.
Gorzki był też los powstańców po klęsce. Tysiące trafiły do niemieckich obozów jenieckich, a ci, którzy wrócili do kraju, po wojnie doświadczyli prześladowań ze strony komunistycznej władzy, dla której żołnierz Armii Krajowej był wrogiem. Przez dziesięciolecia PRL prawda o Powstaniu bywała przemilczana lub fałszowana, a bierność Sowietów starannie pomijana. Pełny obraz tamtych wydarzeń mógł powrócić do zbiorowej świadomości dopiero po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku.
Dziś, każdego 1 sierpnia o godzinie 17:00, w całej Polsce na minutę zawodzą syreny, a życie na chwilę zamiera. To hołd dla „godziny W" i dla tych, którzy 81 lat temu stanęli do nierównej walki. Ich pamięć pielęgnują pomniki, powązkowskie mogiły i otwarte w 2004 roku Muzeum Powstania Warszawskiego — miejsca, w których kolejne pokolenia Polaków uczą się, iż wolność nie jest dana raz na zawsze.











