Powrót, na który nikt nie czeka. Ziobro to polityczny balast dla PiS

1 dzień temu

W Prawie i Sprawiedliwości rzadko panuje jednomyślność, ale w jednej sprawie zgoda jest niemal pełna: nikt nie odlicza dni do powrotu Zbigniewa Ziobry. Jego długotrwała nieobecność nie wywołała próżni, ale przyniosła zaskakujący spokój. Dla partii, która po utracie władzy próbuje ograniczać konflikty i odzyskać polityczną sterowność, Ziobro stał się symbolem problemów, których dziś PiS wolałoby już nie dźwigać.

Powrót Zbigniewa Ziobry z Węgier – realny lub tylko wyobrażony – nie budzi dziś w Prawie i Sprawiedliwości większych emocji. I to właśnie jest najbardziej znaczące. Jeszcze kilka lat temu lider Solidarnej Polski potrafił narzucać ton debacie wewnątrz obozu władzy, wymuszać korekty kursu, stawiać warunki. Dziś w PiS nikt na niego nie czeka. Nie z wrogości, ale z chłodnej kalkulacji: jego obecność przynosi partii więcej problemów niż politycznych zysków.

Nieobecność Ziobry – tłumaczona względami zdrowotnymi i długim pobytem na Węgrzech – zbiegła się z momentem, w którym PiS musi na nowo zdefiniować siebie jako partię opozycyjną. To czas, gdy każda kontrowersja kosztuje więcej niż w latach sprawowania władzy, a każdy wewnętrzny konflikt natychmiast staje się pożywką dla przeciwników. W tej sytuacji Ziobro jawi się w partii nie jako wzmocnienie, ale jako czynnik ryzyka.

W PiS mówi się o nim dziś bez sentymentu. „Zbyszek był potrzebny, kiedy trzeba było grać ostro” – słyszymy od jednego z polityków partii. – „Teraz ta ostrość obraca się przeciwko nam”. To trzeźwa diagnoza. Ziobro uosabia bowiem wszystko to, co dla PiS stało się politycznym balastem: niekończące się konflikty z Brukselą, symboliczny spór o praworządność, język konfrontacji, który mobilizował elektorat władzy, ale w opozycji działa jak odstraszacz.

Dla kierownictwa PiS problemem nie jest tylko sam Ziobro, ale także jego polityczna legenda. Jako były minister sprawiedliwości stał się twarzą reform, które dziś są systemowo demontowane przez nową większość. Każde jego publiczne wystąpienie – gdyby do nich wrócił – byłoby natychmiastowym przypomnieniem sporów, które PiS przegrało nie tylko w instytucjach europejskich, ale także w oczach części umiarkowanych wyborców. A to właśnie o tych wyborców partia musi dziś zabiegać.

Wbrew pozorom, Ziobro nie jest też figurą jednoczącą prawicę. Jego relacje z kierownictwem PiS od lat były napięte, a kooperacja opierała się bardziej na politycznym szantażu niż lojalności. W czasach rządów ten układ jeszcze działał – stawką była władza i realne wpływy. Dziś, gdy PiS znalazło się w opozycji, taka logika przestaje obowiązywać. Partia nie potrzebuje już twardego recenzenta z prawej strony, który publicznie podważa linię przyjętą przez Jarosław Kaczyński.

Nie bez znaczenia jest też kontekst międzynarodowy. W czasach, gdy PiS próbuje przekonywać, iż wyciągnęło wnioski z porażki i jest gotowe do bardziej pragmatycznej polityki europejskiej, Ziobro pozostaje symbolem kursu nieprzejednanego. Jego bliskie relacje z Viktor Orbán i polityczną linią Węgry tylko wzmacniają ten wizerunek. To nie jest dziś atut, ale obciążenie.

W PiS panuje też przekonanie, iż Ziobro – choćby osłabiony chorobą i nieobecnością – nie potrafi funkcjonować w tle. Jego powrót oznaczałby natychmiastowe pytania o odpowiedzialność za przeszłe decyzje, o rozliczenia, o potencjalne konflikty z nową władzą. Innymi słowy: zamiast budować narrację o przyszłości, partia znów musiałaby tłumaczyć się z przeszłości.

To dlatego nikt dziś w PiS nie wyczekuje Ziobry. Nie dlatego, iż zapomniano o jego roli, ale dlatego, iż polityczna arytmetyka jest nieubłagana. W opozycji liczy się zdolność do poszerzania elektoratu i redukowania konfliktów. Ziobro – niezależnie od intencji – symbolizuje coś dokładnie przeciwnego. I w tym sensie jego nieobecność jest dla PiS wygodna. Czas pokaże, czy okaże się także trwała.

Idź do oryginalnego materiału