Przemówienie Marco Rubio w Monachium brzmiało jak ciągłość, a nie jak zmiana paradygmatu, którą kiedyś obiecywał Waszyngton. Jednak pod łagodniejszą retoryką kryło się ostrzejsze przesłanie – więź transatlantycka staje się warunkowa, a Europa Środkowa ponownie stoi przed trudnymi wyborami.
***
Europejskie odczytania przemówienia Sekretarza Stanu USA Marca Rubio na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa w dużej mierze się zbiegły. Otrzymaliśmy bardziej zrozumiały znak ciągłości, a nie zmianę paradygmatu, którą chwalił się wiceprezydent J.D. Vance w 2025 roku.
Oczywiście, retoryka Rubio była łagodniejsza, a oklaski cieplejsze niż we wcześniejszych komunikatach do Europy. Ale fundamenty pozostają. jeżeli rozdźwięk się nie pogłębia, to jest bardziej widoczny. Ton może czasem stać się treścią. Nie tym razem.
Wyciągnięta dłoń Rubia wydawała się pojednawcza, ale była najeżona warunkami. Więź transatlantycka brzmi teraz mniej jak dziedzictwo, a bardziej jak kontrakt. Wiadomość Rubio była jasna: zaakceptujcie wojny kulturowe i dyskurs cywilizacyjny – a partnerstwo przetrwa. Sprzeciw – a nasza ręka opadnie.
Krucha ideologia w przebraniu
Choć lukrowane, przemówienie krążyło wokół znanych żalów. Rubio zarzucał europejskim rządom to, co przedstawiał jako cywilizacyjne zmęczenie – nadmierną regulację, kulturowe zwątpienie w siebie, spadek demograficzny i odwrót od tradycji. Europa, w jego ujęciu, ryzykuje wymazanie samej siebie. Jednak przemówienie pełniło również funkcję interwencji wewnętrznej.
Był w nim również element pominięcia historycznego. Rubio ubolewał nad liberalizmem, ignorując jego republikańskie korzenie. Neoliberalna deregulacja, wolny handel i globalne rozprzestrzenianie się liberalnego internacjonalizmu były działaniami obu partii, często kierowanymi przez republikanów. Republikańskie administracje popierały i utrwalały porządek oparty na zasadach oraz promowały te same doktryny, które doprowadziły USA do Afganistanu i Iraku. Pomijanie tej historii oznacza wybiórczą narrację.
Równie wymowne było to, co zostało przemilczane. Ukraina została ledwie wspomniana; wojna Putina nie doczekała się omówienia, podobnie jak szersze zagrożenie dla bezpieczeństwa Europy ze strony Rosji. Zamiast tego Rubio rozwodził się nad rzekomym upadkiem cywilizacyjnym Europy, czując jednocześnie na karkach zimny oddech rosyjskiego agresora. Ukraina, gdzie setki tysięcy ludzi zginęło lub zostało rannych, miliony przesiedlono, a niezliczone zabytki i obiekty kulturowe zostały uszkodzone lub zniszczone, to nie tylko pole bitwy, ale miejsce zagłady europejskiego dziedzictwa, o którym Rubio rozprawiał bez przerwy. Jej los został w dużej mierze pominięty w jego przemówieniu.
Następny ciąg wydarzeń był równie wymowny. Po debiucie w Monachium Rubio poleciał do Europy Środkowo-Wschodniej, aby pocieszyć członków klubu Donalda Trumpa, takich jak Viktor Orbán. „Wasz sukces jest naszym sukcesem” – to przesłanie dotarło nie tylko do Węgier, ale i do innych nieliberalnych populistów. Upewniło również Europejczyków, iż sojusz transatlantycki stał się uzależniony od kulturowej i politycznej „harmonii” z Ameryką MAGA. Geopolityka w świecie MAGA jest podporządkowana kruchej ideologii i politycznym rentom, które z niej wynikają. Obsesja administracji Trumpa na punkcie Europy Środkowej to chwilowy, warunkowy szał.
Iluzja ważności
Rubio opisał Stany Zjednoczone jako „dziecko Europy”, przywołując wspólne dziedzictwo w nostalgicznym tonie – patetycznym, jak mogliby to ująć jego niemieccy gospodarze. Jednak wśród przytoczonych postaci i osiągnięć zabrakło Europy Środkowej – jej demokratycznych zmagań, tradycji intelektualnych i wkładu diaspory w wielkość Ameryki pominięto.
Być może to pominięcie było celowe. Postaci takie jak Kopernik wytrącają z równowagi płaskoziemców; Miłosz i Kołakowski dezorientują silnych ludzi; Havel i jego wezwanie do „życia w prawdzie” – jak przypomniał nam Kanadyjczyk Mark Carney w Davos zaledwie kilka tygodni wcześniej – wytrącają z równowagi zwolenników polityki performatywnej. Ci, jak Kundera, swoją ironią obnażają absurdy władzy: żart spada na tych, którzy mylą spektakl z siłą. A ci, jak urodzony na Ukrainie Malewicz, który w sztuce przekracza ideologię, denerwują każdego, kto wciela kulturę w służbę propagandy. Przypomnienie tych postaci oznaczałoby odzyskanie wizji Europy, która odrzuca zarówno imperialną siłę, jak i polityczną nieuczciwość w kraju.
Nic takiego nie zostało powiedziane. A milczenie odzwierciedla uporczywą trudność w uznaniu Europy Środkowej za współautora Zachodu, a nie jego przypis.
Region od dawna walczy o uznanie swojej przynależności do Zachodu. Dziś stoi przed dylematem. Państwa bałtyckie i Polska nie mogą odciąć się od Waszyngtonu. Geografia to uniemożliwia, a ich bezpieczeństwo przez cały czas zależy od NATO i ostatecznie od gwarancji USA. Jednak niepokoją się one sojuszem transatlantyckim, który mógłby osłabić jedność europejską lub wzmocnić pozycję przywódców postrzeganych jako zbyt blisko Moskwy.
Europa Środkowa utknęła pomiędzy, niepewna, czy jest adorowana, czy po prostu wykorzystywana.
Trudne wybory przed nami
Podczas gdy Europa debatuje nad zmniejszeniem ryzyka związanego ze Stanami Zjednoczonymi i dążeniem do większej autonomii strategicznej, region stoi na niepewnym gruncie. Jego dobrobyt jest nierozerwalnie związany z Unią Europejską; jego bezpieczeństwo przez cały czas zależy od Ameryki. Potrzebuje zarówno spójnej Europy, jak i wiarygodnych Stanów Zjednoczonych. Poluzowanie atlantyckiej kotwicy byłoby lekkomyślne: Europa nie pozostało gotowa – jeżeli w ogóle kiedykolwiek – na zastąpienie amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. Interesy nie zawsze będą zbieżne.
Region nie potrzebuje narracji, które romantyzują kolebki cywilizacyjne i jednocześnie redukują je do ideologicznych przyczółków.
—
Foto.: U.S. Department of State, cropped by the RPN team, flickr.
—
Artykuł został opublikowany w jęz. angielskim 27 lutego na Visegrad Insight.

2 godzin temu














