Czy w 2029 roku AfD wygra wybory i dojdzie w Berlinie do władzy? EUtopijna perspektywa na alternatywy dla Niemiec. I dla reszty świata.
– Przygotowujemy się na przejęcie władzy przez AfD – mówi mi szefowa działu kultury i społeczeństwa dużej niemieckiej gazety codziennej. – I w sumie nie wiem, czy to dobrze, czy źle…
Aktualnie Alternatywa dla Niemiec dysponuje w Bundestagu 152 mandatami (20 procent głosów w ostatnich wyborach) i jest drugim największym klubem parlamentarnym. Sondaże wskazują, iż gdyby wybory odbyły się dziś, partia wygrałaby z wynikiem 30 procent. Pikanterii dodaje sprawie fakt, iż AfD obserwuje niemiecki kontrwywiad. Federalny Urząd Ochronny Konstytucji podejrzewa ją o ekstremizm.
W końcu czerwca 2026 roku atmosfera w Berlinie, ale też na przykład we Frankfurcie nad Menem, gdzie spędzam kilka dni, jest ponura. Rząd kanclerza Merza bije rekordy niezadowolenia. Deklaruje je aż 83 procent respondentów. To najgorszy wynik, odkąd prowadzone są tego typu badania.
Tymczasem na stacji kolejki dojazdowej w centrum stolicy finansowej kraju zwraca moją uwagę nowa seria plakatów werbunkowych Bundeswehry. Na zdjęciu młodziutka kobieta o orientalnych rysach twarzy, w panterce, na drugim planie niepozorny chłopak w okularach, tło jednorodne, neutralne. Napis głosi „Pokolenie służby wojskowej. Z tobą jest nas wiele”. Poniżej wielkimi literami „Dyscyplina to nie my? Watch us” i tekstbox „Nowy serial. Oglądaj teraz”, logo YouTube’a, Instagrama, TikToka oraz, oczywiście, Bundeswehry.
Kilka dni po rozmowie z redaktorką gazety biorę udział w walnym zebraniu regionalnej sekcji jednej z największych niemieckich central związków zawodowych Verdi. Przed wejściem do okazałego budynku na lewym brzegu Szprewy dostaję ulotkę w obronie berlińskiego dziennikarza Hüseyina Doğru. Doğru oskarżany jest o rozpowszechnianie rosyjskiej propagandy oraz pracę dziennikarską za pieniądze Moskwy i został objęty drastycznymi sankcjami.
– Jak jesteś dziennikarzem za pieniądze z USA, to nikt cię nie sankcjonuje, prawda? – rzuca jeden z uczestników oglądając ulotkę. – Ale jak za moskiewskie, z dnia na dzień blokują ci konto i nie masz na czynsz.
Witający zgromadzonych działacz ostro krytykuje rządowe przymiarki do wydłużenia ośmiogodzinnego dnia pracy i podniesienia wieku emerytalnego. Gruby temat to także zmiany w systemie ubezpieczeń społecznych. Chodzi między innymi o transfer części zgromadzonych środków na rynki kapitałowe. Nikt nie robi tajemnicy z faktu, iż oszczędności emerytalne Niemców znajdą się w zasięgu niesławnego Black Rock Inc. Dla przypomnienia, Friedrich Merz był do niedawna szefem rady nadzorczej niemieckiego oddziału Black Rock.
Nasza wojna
Bez względu na protesty związkowców (nieśmiałe, bo przecież o miejsca pracy trzeba dbać) i poziom niezadowolenia społecznego (rekordowy), Berlin nie tylko nie szczędzi wysiłków na poprawę wizerunku niemieckiej armii, ale konsekwentnie przestawia gospodarkę na tryb wojenny. Przykładowo, koncern Volkswagena ogłasza właśnie, iż w ciągu najbliższych 3 lat zlikwiduje do 100 000 miejsc pracy. W samych tylko Niemczech zagrożone zamknięciem są cztery ogromne zakłady. Jednocześnie pojawiają się pogłoski, iż zamówienia Bundeswehry oraz współprace z międzynarodowymi koncernami zbrojeniowymi (Izrael, Ukraina) to szansa na zachowanie miejsc pracy. Szansa ponoć jedyna.
Na ostatnim spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych państw związkowych minister obrony Niemiec, Boris Pistorius, przedstawia swoją wizję sytuacji. Mówi, iż Niemcy „są w tej chwili tak bardzo zagrożone, jak jeszcze nigdy od czasów drugiej wojny światowej”. Nie wiem, może to ja się już w tym wszystkim gubię, ale do tej pory myślałem, iż w czasie drugiej wojny światowej to Niemcy zagrażały reszcie świata, a nie odwrotnie…
Tego rodzaju wypowiedzi niemieckich polityków nie pojawiają się w próżni. Okładka popularnego tygodnika Der Spiegel z 18 czerwca przedstawia zadowolonych żołnierzy Wehrmachtu, w tle słupy ciemnego dymu oraz tytuł „Nasza wojna przeciwko Rosji”. Nasza wojna? Przeciwko Rosji (a nie ZSRR)?
Już w 2025 roku prestiżowe niemieckie forum ekspertów do spraw bezpieczeństwa publikuje tak zwaną zieloną księgę ZMZ 4.0 (cywilno-wojskowa kooperacja w kryzysie wojennym). Jej autorzy przewidują, iż w razie przesunięć zgrupowań niemieckiego wojska w kierunku flanki wschodniej NATO wybuchną protesty społeczne. Blokowanie mostów, demonstracje, sabotaż. Należy je „stłumić w zarodku”. W tym celu trzeba już teraz rozszerzyć kompetencje żandarmerii wojskowej, stworzyć „dedykowane formacje policji” oraz z góry zapobiegać „podatności społecznej” na „wrogą propagandę”.
Nieodzowny ból
Moją uwagę zwraca także postawa kościołów niemieckich. W marcu tego roku episkopat i tak zwana unia samodzielnych ewangelickich kościołów krajowych (EKD) podała do wiadomości ekumeniczny dokument roboczy poświęcony zagadnieniom opieki duszpasterskiej „na wypadek sytuacji obronnej”. Można w nim wyczytać, iż spodziewane obowiązkowe powołanie rezerwistów oraz przywrócenie służby zasadniczej zwiększą zapotrzebowanie na opiekę duszpasterską w wojsku. Trzeba stworzyć odnośne struktury kościelne. Również w zakresie opieki nad „rannymi żołnierkami i żołnierzami” w szpitalach, kurortach i klinikach rehabilitacyjnych. Oraz godnego pochówku poległych.
Jednocześnie dokument jasno określa, przezornie powołując się na konwencje międzynarodowe, iż opieka duszpasterska nad jeńcami wojennymi należy do ich „narodów macierzystych”. Co innego personel więzienny i obozowy, o który kościoły chcą się „zatroszczyć”.
Mowa jest także o „zdezorientowanej ludności cywilnej”, która w obliczu działań zbrojnych będzie wymagała opieki. Akapit Empowerment systemowy precyzuje, co to znaczy: podczas nabożeństw zwracać uwagę na cierpienie jako „nieodzowny element ludzkiego bytu” oraz modlić się wstawienniczo za „naszą wspólnotę” oraz naszych walczących.
Drobiazgowość kościelnych rozważań przeraża mnie. Jednocześnie na dwudziestu pięciu stronach dokumentu słowo pokój jako „centralny motyw chrześcijaństwa” (jak skądinąd zauważają autorzy) pojawia się jedynie w dwóch pierwszych akapitach.
Władza się obroni?
Warto przypomnieć jeszcze jedno aktualne wydarzenie, w historii niemieckiego parlamentaryzmu bezprecedensowe. Powstała w 2024 roku nowa partia polityczna BSW uzyskała w wyborach do Bundestagu zaledwie rok później spektakularne 2 472 947 głosów. Taki był oficjalny wynik. Zgodnie z nim BSW zabrakło nieco ponad 9,5 tysiąca głosów, aby wejść do parlamentu (4,981% przy pięcioprocentowym progu). Z biegiem czasu zgromadzono dowody poważnych nieprawidłowości w komisjach wyborczych. BSW zgłosiła wniosek o ponowne przeliczenie głosów w skali całego kraju.
Drobny niuans: Gdyby BSW weszło do Bundestagu, koalicyjny rząd kanclerza Merza straciłby większość i tym samym musiałby ustąpić. Dziesięć miesięcy po wyborach Bundestag niemal jednomyślnie odrzucił wniosek. Za głosowała tylko… AfD. Zamiast dążyć do maksymalnej transparencji i pokazać, iż do żadnej pomyłki nie doszło, partie rządzące i ich de facto sojusznicy wysłali społeczeństwu klarowny sygnał: demokracja i zaufanie do jej najważniejszych instytucji (parlament) nie są ważne.
Tak wygląda krajobraz społeczno-polityczny Niemiec, w których wspomniana gazeta przygotowuje się do przejęcia władzy przez AfD. I nie tylko ona. Spór wokół BSW, skądinąd dziś pogrążonej w kryzysie, potencjalnie dodał Alternatywie kolejne miliony wyborców. Wybory parlamentarne przewidziane są co prawda dopiero na 2029 rok, ale póki co niezadowolenie społeczne wydaje się pogłębiać a popularność partii rośnie.
Z dzisiejszej perspektywy Niemcy, w których wygrywa AfD, to kraj o zmilitaryzowanej gospodarce, aparacie bezpieczeństwa uwikłanym w inwigilację partii politycznych i nastawionym na siłowe tłumienie potencjalnych protestów społecznych, w tym na rzecz pokoju, ze związkami zawodowymi i kościołami w zasadzie gotowymi na wojnę. Dochodzą do tego głęboka nieufność licznych grup społecznych wobec struktur państwa, obywatele rozdarci między strachem przed wojną a nową wizją historii, w której uśmiechnięty Wehrmacht prowadzi naszą wojnę przeciwko Rosji, zagrażającej, wraz z resztą świata (sic!), bezpieczeństwu Niemiec.
Demokracja umiera powoli
Czego w tej sytuacji spodziewać się po AfD? W dniach 26-27 czerwca w Berlinie klub poselski AfD zaprasza na pierwszy kongres na rzecz demokracji. Hasło przewodnie to Wolność słowa – media – prawa człowieka. Na powitanie z ekranu a później na żywo poseł Stephan Brandner zachęca do dobrych manier i pluralizmu, „jak przystało na kongres demokratyczny”. Brandner określa kongres jako rodzaj eksperymentu. „Ciekawe co ostatecznie z niego wyniknie”, mówi jakby na zachętę.
Z offu i trochę bez kontekstu pojawia się video na temat niemieckich NGO-sów. Występuje w nim inny poseł partii, który mówił o „bagnie” i finansowanym z podatków „świecie równoległym”, który „nie służy dobru naszej demokracji (…), ale dba o własne interesy”. Cierpi to, „co powinno być najważniejsze, czyli poszanowanie konstytucji oraz wierność przesłaniu na budynku Reichstagu Narodowi niemieckiemu”. Powraca także kwestia sankcji unijnych wobec osób takich, jak wspomniany Doğru: nakładane poza wymiarem sprawiedliwości mają naruszać kardynalną zasadę trójpodziału władzy.
Jako pierwsza na kongresie przemawia Alice Weidel, współszefowa partii:
– Bywają kongresy, co do których sam fakt ich zwołania budzi głęboką troskę – mówi. – Nasz jest jednym z nich (…). Kto by się spodziewał, iż zorganizujemy kongres, na którym przyjdzie nam pochylić się nad stanem demokracji. (…) Demokracje umierają powoli. Zanim znikną instytucje, upada pokładane w nich zaufanie. (…) Zaufanie buduje się przez neutralność, transparencje i równość zasad. Tymczasem wielu ludzi ma dziś wrażenie, iż co prawda ich poglądy formalnie uchodzą za dopuszczalne, ale w praktyce nie są mile widziane. Poddawani publicznym naciskom stają się ofiarami wykluczenia i zniesławienia. Wymaga to nie tylko naszej uwagi, ale również aktywnego sprzeciwu.
Zagranicznymi mówcami są między innymi były prezydent Czech Vaclav Klaus, szwajcarski dziennikarz i polityk Roger Köppel, a także aktualny przewodniczący czeskiego parlamentu Tomio Okamura. Występuje także Hans-Georg Maaßen, były szef kontrwywiadu. Tego samego, który obserwuje AfD. Dochodzi do kuriozalnej sytuacji. Pozdrawia on z mównicy swoich byłych podwładnych na służbie i półżartem udziela im instrukcji. Co ciekawe, Maaßen jest oskarżany o to, iż w czasie urzędowania doradzał AfD, jak uniknąć kłopotów z kontrwywiadem, którym sam kierował (sic!).
Wreszcie na mównicę trafia inny polityk AfD, Petr Bystron:
– Wbrew pozorom – twierdzi Bystron – wybory w Niemczech nie są fair.
Bystron sięga do roku 2017. Argumentuje, iż media, w tym publiczne, chlubią się prowadzeniem kampanii przeciwko AfD, legalnej przecież partii politycznej. Jakim prawem? To rażący dowód manipulacji wyborczych. I braku neutralności instytucji publicznych. Innym przykładem jest oczywiście urząd, którym kierował Maaßen. I wreszcie sam kanclerz. Wbrew obietnicom wyborczym w wystąpieniu z okazji zaprzysiężenia rządu. Merz większość czasu poświęca nie swojemu państwu, ale Ukrainie.
– Czy po to go wybrano? – pyta Bystron.
EUtopijna perspektywa
Dla przypomnienia, EUtopia to nie zbiór recept, co zrobić, żeby świat był lepszy. EUtopijna przestrzeń komunikacyjna odwołuje się do więzi społecznych i mądrości zbiorowej. Wspiera budowanie sprawczości obywateli w oparciu o marzenia i potrzeby. Promuje otwarte formy komunikacji – uważnej, nastawionej na współistnienie, która ani sztucznie nie rozdziela emocji i refleksji, ani nie antagonizuje sfer życia prywatnego i publicznego. To wreszcie uspołecznienie w łączności z ciałem i przyrodą. W kontekście nawyków poznawczych to szacunek dla wieloznaczności, skromność paradygmatu poszlakowego oraz ostrożność wobec tak zwanych źródeł i ewidencji.
EUtopijna praktyka zaczyna się tam, gdzie władza traktuje obywateli serio. Wsłuchuje się w nasze lęki, pyta o marzenia, potrzeby, życiowe cele. I angażuje się w tworzenie narzędzi powszechnej partycypacji. W szczególności nie wyklucza nas z kształtowania kluczowych obszarów życia społecznego i politycznego. W tym reagowania na pełnoskalowe kryzysy takie jak wojny, pandemie czy zagrożenia hybrydowe.
Świat jako dobre miejsce to politycy, którzy kierują się tymi przesłankami zarówno tworząc programy wyborcze, jak i w trakcie wypełniania powierzonych im funkcji. Krzewią przy tym relacje oparte na zaufaniu oraz poszanowaniu autonomii obywateli wobec państwa. Zachowują powściągliwość regulacyjną.
Konkretnie: temat militaryzacji i możliwej wojny w Europie to Rosja, która zaatakowała Ukrainę, być może na tym nie poprzestanie i trzeba mieć się czym bronić – oczywiście, można tak na to patrzyć. Pisałem w ramach tego cyklu, iż w zależności od tego, gdzie ustanowić punkt startowy systemu, sprawa okazuje się jednak bardziej złożona.
Współczesne granice Rosji i Ukrainy (a także Ukrainy i Polski, Polski i Niemiec etc.) nie powstały na mocy demokratycznego konsensusu. W ich wytyczaniu nie uczestniczyli mieszkańcy odnośnych ziem. Decydowali sowieccy politycy, a wcześniej alianci w czasie drugiej wojny światowej. A jeszcze wcześniej Piłsudski, Lenin, delegaci w Wersalu. I tak dalej.
Za każdym razem miliony ludzi musiały zmienić miejsce zamieszkania lub podporządkować się temu czy innemu ustrojowi, bez pytania o zdanie. Transformacje ostatniej dekady dwudziestego wieku i później zakonserwowały głębokie krzywdy. W tym kontekście granice sprzed 2014 nie są żadnym ideałem. Czy ich przywrócenie jest dobrym narzędziem pokoju w regionie?
EUtopia zachęca, aby to z tego poziomu budować trwały pokój. Zacząć od pytania o to, jak wytyczyć dobre granice i jak przywrócić warunki dobrostanu ludzi, którzy żyją w ich ramach.
Odblask wolności
Dodatkowo, historia dwudziestego wieku uczy ostrożności co do intencji wojujących stron. Ilustruje to epizod z historii Polski i Ukrainy wczesnych lat dwudziestych. Jak wiadomo, w połowie maja 1920 roku w Winnicy Józef Piłsudski spotyka się ze swoim ówczesnym ukraińskim odpowiednikiem, Symeonem Petlurą. Tydzień wcześniej wojska polskie wkraczają do opuszczonego przez bolszewików Kijowa. Jak głosi legenda, forpoczta dociera do centrum tramwajem. Następnie w mieście odbywa się defilada.
Komentując te wydarzenia w radzie miejskiej w Winnicy Piłsudski stwierdza:
– W błysku naszych bagnetów i naszych szabel nie powinniście widzieć nowego narzucania cudzej woli. Chcę, abyście w nim widzieli odbłysk swej wolności…
Jednocześnie list naczelnika do ówczesnego premiera Leopolda Skulskiego datowany na dzień wkroczenia wojsk polskich do Kijowa nie pozostawia złudzeń. Za obecnością wojska polskiego w Ukrainie przemawiają względy ekonomiczne, w szczególności „niechybnie wojsko [polskie] tu się utrzyma wprost z kraju [Ukrainy], nie leżąc żadnym ciężarem na kraju [Polsce], no i będzie zabezpieczać zawsze możność wykorzystania dla Polski bogactw Ukrainy”. Skąd pewność, iż dziś też przede wszystkim nie zabezpieczamy sobie bogactw Ukrainy?
Jak wiadomo, ówczesna rzeczywistość napisała inny scenariusz. Polacy nie utrzymali się w Kijowie. W sierpniu bolszewicy znaleźli się pod Warszawą. Potem w Rydze II RP i Sowieci dokonali faktycznego rozbioru Ukrainy.
Aktualny spór władz Polski i Ukrainy o pamięć historyczną ilustruje, jak gwałtownie z wielkich przyjaciół i powinności rzekomo z najwyższej moralnej półki, rodzi się rozczarowanie, sceptycyzm, a choćby pogardliwe wywyższanie i de facto zmiana frontu. Jak się wydaje, dotyczy to polityków, ale też na przykład… Szczepana Twardocha. Twardoch dopiero co z dumą ogłaszał, jak to pomaga „zamocować pod drona termobaryczny granat, a potem patrzy, jak pilot wrzuca go do rosyjskiego okopu” [Gazeta Wyborcza], a teraz beszta „ukraińskich przyjaciół”, żeby nie lekceważyli Polski, bo bez niej „Ukraina nie wejdzie do UE”, co więcej, „w ogóle nie zbliży się do Europy ani gospodarczo, ani mentalnie”(sic!). I poucza: „Najmilsi, traktaty i pieniądze. Pamiętajcie o tym” [Facebook]. Nie wiem, może Twardoch ostatnio też po prostu zajrzał do listu Piłsudskiego?
W tym kontekście przypominam sobie piosenkę Maxa Korzha, którego zeszłoroczny koncert na Narodowym w Warszawie skończył się pamiętną awanturą. W piosence Swój dom Max śpiewa po rosyjsku tak: „W naszym pokoleniu wszyscy się rozumieliśmy, bez granic i paszportów (…). Co wy, kurwa, narobiliście, sami chyba dobrze nie wiecie (…), wszystkie te bestie, które podsycały kocioł nienawiści, wszyscy ci miłośnicy historii, którzy w imię dumy przyzwolą na wszystko, przecież ludzie chcieli normalnie żyć, uśmiechać się i cieszyć każdym dniem”. Maxa Korzha słuchają miliony ludzi, Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie i inni. W tym również ci, co odmawiają określenia się po którejś ze stron.
Nadzieje
Bez trwałego pokoju nie ma dobrostanu społecznego. W pierwszym odcinku cyklu pisałem o EUtopijnym funduszu pokoju. Czyli o światowym konkursie na znalezienie rozwiązania konfliktu ukraińsko-rosyjskiego. Zadedykowaniu zasobów przeznaczanych na zbrojenia na rodzaj nagrody dla kogoś (człowieka lub instytucji), kto wpadnie na lepszy pomysł i osiągnie sukces. O zaangażowanie globalnej mądrości zbiorowej, aby znaleźć wyjście.
Wracając do Niemiec i AfD, pewna berlińska politolog znana ze swoich ciętych komentarzy, podzieliła się ze mną obawą:
– Pamiętasz, co zrobił Merz zaraz po wyborach 2025 roku? Wiedząc, iż w nowym parlamencie nie będzie miał koniecznej większości, złamał obietnicę z kampanii i przegłosował zwiększenie zadłużenia wewnętrznego w parlamencie, który de facto już nie urzędował. W ogóle bym się nie zdziwiła, gdyby zrobił jeszcze raz to samo. Wyobraź sobie, iż w roku 2029 rzeczywiście AfD wygra wybory. Merz na odchodnym sprowokuje wojnę z Rosją. I przekaże władzę AfD, niech sobie radzą.
Mam ogromną nadzieję, iż kanclerz Merz ostatecznie jest człowiekiem dobrego serca, a pani politolog miała zły dzień.
Czy odziedziczywszy zmilitaryzowane Niemcy AfD wróci na drogę pokoju, jak dziś zapowiadają jej politycy? Czy zawróci rozpędzoną gospodarkę wojenną? A może skieruje niemiecką broń w innym kierunku? W którym? Albo rzeczywistość napisze zupełnie inny scenariusz i jeszcze przed kolejnymi wyborami w Niemczech Europa środkowa nagle się odmieni, okaże się wymarzonym dobrym miejscem, życiem w pokoju i dobrostanie, będzie promienieć na resztę świata? Tego nam życzę, zamykając rozmowy o EUtopii na łamach „Liberté!”.

1 dzień temu











