Od 1 lutego w Wadowicach ma zostać zawieszona działalność oddziałów ginekologiczno-położniczego oraz noworodków i wcześniaków. Decyzja lokalnego szpitala wpisuje się w ogólnopolski trend zamykania porodówek, który coraz wyraźniej pokazuje skalę kryzysu demograficznego w Polsce.
Powiatowy szpital w Wadowicach poinformował, iż w ciągu ostatnich czterech lat oddziały te wygenerowały blisko 40 mln zł strat. Jak podkreślono w komunikacie przekazanym PAP, decyzja była trudna, ale zdaniem dyrekcji, konieczna.
„Jest to decyzja trudna, ale niezbędna, aby umożliwić sprawne prowadzenie inwestycji, a później zapewnić dalszy rozwój szpitala w obszarach, które są dziś najbardziej potrzebne lokalnej społeczności” – wskazano w stanowisku placówki.
Drastyczny spadek liczby urodzeń
Jeszcze dziesięć lat temu w Wadowicach rodziło się niemal 1,5 tys. dzieci rocznie. W 2020 r. było to około 1 tys., a w 2025 r. – już tylko 566 porodów. To właśnie demografia, obok problemów finansowych i prowadzonych inwestycji, stała się jednym z kluczowych argumentów za zawieszeniem działalności porodówki.
Szpital zwrócił uwagę, iż w tej chwili realizuje inwestycje w ramach programu „dekarbonizacja pawilonu C”, co wymaga opuszczenia części pomieszczeń, w których działa ginekologia. Jednocześnie podkreślono, iż świadczenia stacjonarne z zakresu ginekologii i położnictwa mają przejąć ościenne placówki – m.in. w Suchej Beskidzkiej, Chrzanowie, Oświęcimiu czy Myślenicach. W Wadowicach pozostanie jedynie poradnia ginekologiczno-położnicza z opieką ambulatoryjną.
Polska mapa bez porodówek
Wadowice nie są wyjątkiem. Z danych GUS wynika, iż tylko w 2024 r. na oddziałach ginekologiczno-położniczych ubyło 585 łóżek, czyli ponad 4 proc. Jeszcze większy spadek dotknął neonatologię. Trend ten nie zatrzymał się w 2025 r. i jak wskazują eksperci, nic nie zapowiada jego odwrócenia.
W skali kraju liczba urodzeń spada od lat. W 2024 r. urodziło się blisko 252 tys. dzieci, podczas gdy w 2022 r. było ich ponad 305 tys. Dla porównania, w latach 80. XX wieku rodziło się w Polsce ponad 700 tys. dzieci rocznie. Współczynnik dzietności w 2024 r. wyniósł zaledwie 1,099, a przyrost naturalny był ujemny.
„Izby porodowe” zamiast oddziałów
W odpowiedzi na zamykanie porodówek Ministerstwo Zdrowia zaproponowało rozwiązanie awaryjne. W szpitalach bez oddziałów położniczych, ale posiadających izbę przyjęć lub SOR, mają powstać tzw. izby porodowe, w których poród mógłby zostać odebrany przez położną w nagłych sytuacjach.
„Miejsce ma być doraźne w przypadku nagłych sytuacji, gdyby ciężarna transportowana przez zespół ratownictwa medycznego (…) nie mogła bezpiecznie dojechać do szpitala położniczo-ginekologicznego” – mówił wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski.
Resort zdrowia podkreśla, iż takie porody zdarzają się w Polsce sporadycznie – od pięciu do dziewięciu rocznie – jednak projekt budzi kontrowersje.
Spór o bezpieczeństwo i odpowiedzialność
Część środowisk krytykuje pomysł „porodów na SOR-ach”. Fundacja Ogólnopolski Strajk Kobiet ostrzega przed przerzucaniem odpowiedzialności systemowej na położne i wskazuje na zagrożenia dla kobiet rodzących.
Z kolei ekspertka Związku Powiatów Polskich Bernadeta Skóbel zaznacza, iż takie rozwiązanie należy traktować jako zabezpieczenie awaryjne.
„Lepiej, żeby w szpitalu była położna na wszelki wypadek, niż żeby jej nie było. Tak trzeba czytać przepisy resortu zdrowia” – podkreśliła w rozmowie z PAP.
Kryzys, którego nie da się przemilczeć
Zamykanie porodówek to nie tylko problem organizacyjny czy finansowy. To także widoczny znak głębokiego kryzysu demograficznego, w którym dzieci rodzi się coraz mniej, a całe regiony tracą infrastrukturę związaną z narodzinami nowego życia.
Decyzje takie jak ta podjęta w Wadowicach pokazują, iż spadek liczby urodzeń ma realne konsekwencje – dla rodzin, lokalnych społeczności i przyszłości systemu ochrony zdrowia. W tle pozostaje pytanie, czy państwo jest dziś gotowe nie tylko reagować na skutki demografii, ale realnie wspierać życie ludzkie od samego początku.
jb
Źródło: PAP

2 dni temu