POMNIKI GRABARZA GDAŃSKA: PROLOG „AD PERSONAM”

polskawolna.pl 21 godzin temu
Dla większości gdańszczan otumanionych przez usłużne media eks-prezydent Gdańska Paweł Adamowicz to „Bob Budowniczy”. Nieliczni ale bardziej krytyczni określali go mianem „Budynia”. Niżej podpisany konsekwentnie pozostaje przy określeniu Grabarz, w dodatku – bez cudzosłowu. Natomiast odpowiedź na pytanie czy te oczy mogły kłamać pozostawiam Czytelnikom

Mam przeczucie graniczące z pewnością, iż mój żal po śmierci byłego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza jest daleko większy niż to samo uczucia targające jego żoną Magdaleną Adamowicz oraz jego bratem Piotrem Adamowiczem. Ów duet jakoś bowiem potrafił odbudować się po tej tragedii, a choćby przetworzyć ją na korzyść swoją i swoich rodzin, sięgając do rozwiązania sprawdzonego wcześniej przez rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej z 2010 roku, na czele z dwiema wdowami po Przemysławie Gosiewskim, określanym cokolwiek złośliwie choć nie bezzasadnie jako kapciowy eks-prezydenta III/IV RP Lecha Kaczyńskiego. Wspomniane rozwiązanie to tzw.

NEKROFILIA POLITYCZNA

polegająca na wykorzystaniu znanego polityka-nieboszczyka do przejęcia po nim pałeczki i budowania własnej kariery politycznej. W taki właśnie sposób wybitnymi polityczkami Prawa i Sprawiedliwości zostały Małgorzata i Beata Gosiewskie. Bardziej zauważalna jest pierwsza z nich. Mimo, iż była pierwszą czyli porzuconą żoną Gosiewskiego, w okresie rządów PiS dotarła aż do funkcji wicemarszałka Sejmu, gdzie poziom jej inteligencji najlepiej określiła wyrażona publicznie gotowość – niestety, nie zrealizowana – do ruszenia czołgiem na Moskwę. To może tłumaczyć dlaczego nieboszczyk Gosiewski zdecydował się na ożenek z Beatą, zdecydowanie mniej eksponującą swoje walory umysłowe na rzecz zdobywania kolejnych szczebli kariery. Po śmierci męża została radną, następnie senatorem, a w 2014 roku uzyskała mandat deputowanej do Parlamentu Europejskiegoz ówczesnym wynagrodzeniem podstawowym w wysokości około 35 tys. zł netto plus liczne bonusy, co stanowi całkiem niezły wdowi zachówek.

Pozostali PiS-owscy beneficjenci po ofiarach katastrofy smoleńskiej to m.in. Jacek Świat, mąż Aleksandry Natalii-Świat, a od 2011 roku do dzisiaj poseł wszystkich kadencji oraz Andrzej Melak, brat Stefana Melaka. Po jego śmierci kilkakrotnie ale bezskutecznie ubiegał się o mandat posła. Tego zaszczytu doświadczył dopiero w w latach 2016-19, zastępując zmarłego parlamentarzystę PiS Artura Górskiego.

W powyższym wykazie nie można pominąć Jarosława Kaczyńskiego. Wprawdzie brat zmarłego prezydenta RP był politykiem znanym jeszcze przed rokiem 2010, choćby z racji funkcji senatora, a następnie posła wielu kadencji (z obecną włącznie) oraz premiera i prezesa Prawa i Sprawiedliwości, to jednak po katastrofie smoleńskiej przejął rolę absolutnego lidera w dziele legendowania jej okoliczności, co zabetonowało scenę polityczną III/IV RP na wiele lat z żałosnymi konsekwencjami tego stanu dla Polaków, skazanych na znoszenie POPiS-owych ustawek.

Ponieważ Małgorzata Adamowicz i jej szwagier Piotr mogą poczuć się obrażeni przypisywaniem im chęci podążenia śladami wrażych PiS-owców, więc śpieszę podać casus posmoleńskiej nekrofilii politycznej z ich obozu. Dotyczy on osoby niejakiej Barbary Nowackiej, córki tragicznie zmarłej w katastrofie Tu-154 Izabeli Jarugi-Nowackiej. Wybitna feministka i absolwentka uczelni kierowanej przez swojego tatusia Jerzego Nowackiego stosunkowo gwałtownie po śmierci matki zasiliła grono liderów/liderek lewicy, a dzisiaj jest jedną z kluczowych postaci Koalicji Obywatelskiej. Ba, w tzw. waginecie Donalda Tuska już trzeci rok pełni odpowiedzialną funkcję „ministry” edukacji. Niestety, także te lata nie wpłynęły na wzrost jej inteligencji o czym świadczy m.in. stwierdzenie podczas międzynarodowej konferencji, iż obozy koncentracyjne zbudowali… polscy naziści. Bez obaw – ten godny użytecznej idiotki wyskok wcale nie osłabi jej pozycji jako naczelnej edukatorki polskich dzieci i młodzieży. Wprost przeciwnie. W koalicji zdominowanej przez tzw. Voksdeutsche Partei Nowacka może liczyć na pewne utrzymanie swojego stanowiska.

W przekazie mediów głównego ścieku nieutulona w żalu wdowa po Adamowiczu (co widać na zdjęciu z prawej) uchodzi za „twarz walki z mową nienawiści czyli hejtem oraz dezinformacją w przestrzeni publicznej”. Ponadto „angażuje się w inicjatywy promujące praworządność i wolność mediów na forum UE”. Niżej podpisany ma zatem prawo sądzić, iż nie zrobi wyjątku od swoich przekonań i nie zaciągnie go przed oblicze tzw. wymiaru sprawiedliwości. Zwłaszcza, iż córkę europosłanki jakby świadomie wprowadzanej do kontynuowania politycznej nekrofilii po prezydencie Gdańska pokazuję całkowicie incognito. Dla jasności – czynię to jednak nie ze strachu ale powodowany wyłącznie katolickim miłosierdziem nakazującym oszczędzenie dziecku ewentualnych, negatywnych konsekwencji działalności jego matki.
Piotr Adamowicz, brat eks-prezydenta często deklaruje swoje wileńskie korzenie i gdańską tożsamość. Szkoda, iż nie raczy wspomnieć o kraju, którego obywatele fundują mu poselskie wynagrodzenie, przekraczające wielokrotnie to, co może otrzymać absolwent liceum bez społecznie użytecznego zawodu.

Podobnie zresztą – choć z innych powodów – pewna swojej pozycji jest Magdalena Adamowicz, od śmierci męża (2019) europosłanka PO z aktualnym wynagrodzeniem podstawowym w wysokości blisko 40 tys. zł „na rączkę” plus liczne bonusy oraz Piotr Adamowicz, od śmierci brata poseł PO na Sejm RP z wynagrodzeniem podstawowym w wysokości około 13 tys. zł „na rękę” plus liczne bonusy, co w wypadku osoby bez zawodu. o wykształceniu tylko średnim ogólnym trudno uznać za marne apanaże. Co interesujące – częsta obecność starszej córki zmarłego prezydenta Gdańska w towarzystwie matki na kolejnych rocznicach oraz innych, pozarocznicowych i niekoniecznie związanych z P. Adamowiczem, uroczystościach pozwala domniemywać, iż w tym przypadku nekrofilia polityczna będzie kontynuowana na sposób dynastyczny.

Pora odpowiedzieć na pytanie dlaczego mój żal z powodu nagłej śmierci P. Adamowicza pozostaje nieutulony do dzisiaj? Ponieważ jest to żal gdańszczanina i dziennikarza, który miał nadzieję doczekać obiektywnego i skrupulatnego rozliczenia włodarza miasta za to, co z nim zrobił w okresie swoich ponad 20-letnich rządów jako prezydent, a wcześniej – dodatkowych czterech lat w, również niemarginalnej, roli przewodniczącego Rady Miasta.

Zwłaszcza, iż w 2018 roku, poprzedzającym gwałtowne zejście Adamowicza z tego świata nad jego głową zaczęły gromadzić się

CZARNE CHMURY.

Prokuratura nie tylko sięgnęła do akt sprawy umorzonej wcześniej ale wzbogaciła je o nowe, istotne wątki dotyczące prezydenta. W nowym oskarżeniu zarzucono Adamowiczowi podanie nieprawdy w pięciu oświadczeniach podatkowych, zwłaszcza niewpisania dwóch z siedmiu posiadanych mieszkań oraz znacznych kwot pieniędzy (326 tys. zł w 2011 roku i 124 tys. zł w 2012 roku), zatajenia informacji o dochodach uzyskiwanych z wynajmu mieszkań w kwocie łącznej 45 tys. zł oraz posiadania jednostek uczestnictwa w jednym z funduszy inwestycyjnych o wartości prawie 30 tys. zł. Te „przeoczenia”, jakże zaskakujące w odniesieniu do prawnika i zarządcy blisko półmilionowego miasta, miały zubożyć wpływy podatkowe Skarbu Państwa o 130 tys. zł.

Zapowiadało się zatem na interesujący proces zwłaszcza, iż prokurator z Poznania przygotował się do roli oskarżyciela wyjątkowo sumiennie, a pani sędzia choć z Gdańska grzecznie ale konsekwentnie punktowała infantylizm, by nie powiedzieć prymitywizm wybiegów stosowanych przez obrońców prezydenta, w tym gwiazdę wybrzeżowej palestry.

Potrzeba uważnej lektury akt sprawy była dla mnie tak oczywista, jak postawienie kropki na końcu zdania, Dodatkowo zmotywowany zostałem relacją znajomego dziennikarza, bezpośrednio obserwującego proces, w której aż roiło się od wymieniania „smaczków” i zaskakujących wolt na sali sądowej. Co ważne, praktycznie wszystkie podważały narrację przyjętą przez pełnomocników oskarżonego, pogrążając go jeszcze bardziej. Przegrana co najmniej w pierwszej instancji wisiała nad głową Adamowicza niczym miecz Damoklesa.

Z trudem wprawdzie ale dotarłem do sygnatury akt sprawy i 27 października 2025 roku osobiście zarezerwowałem je w czytelni Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe, okazując pracownikowi legitymację prasową i ustalając termin wizyty dopiero na 7 listopada 2025 roku, aby dać czas personelowi na kwerendę w archiwach.

Niestety, już następnego dnia zostałem poinformowany o odmowie udostępnienia akt. Powód? „Osoba wskazana we wniosku nie jest stroną postępowania”. Sęk w tym, iż ja w takiej roli nie występowałem, podkreślając wyraźnie i dokumentując swój status jako dziennikarza, mającego również ustawowo zagwarantowany dostęp do akt. Na adresowany tym razem do prezes Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe wniosek o udostępnienie akt sprawy wraz z informacją, iż reprezentowane przeze mnie wydawnictwa są zarejestrowane na moje nazwisko w XV Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Gdańsku, otrzymałem odpowiedź z dnia 3 listopada 2025 roku, a w niej ponowne podkreślenie, iż nie jestem stroną postępowania z takim oto, dodatkowym uzasadnieniem:

„… Jednocześnie informuję, iż nie uzasadnił Pan swojego wniosku poprzez wskazanie jakiego rodzaju artykuł jest przygotowywany, a nadto nie dołączył Pan żadnego dokumentu potwierdzającego, iż jest Pan osobą wykonującą zawód dziennikarza oraz poświadczenia o powiązaniu w jakikolwiek sposób z tytułami prasowymi wskazanymi we wniosku. Dlatego też w mojej ocenie brak jest podstaw do udostępnienia akt.”

Pod tym dokumentem podpisała się sędzia Agnieszka Rojewska, wiceprezes Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe. Nie bardzo wiedziałem, jak wytłumaczyć powyższe stanowisko; wtórnym analfabetyzmem autorki nie potrafiącej przeczytać ze zrozumieniem moich argumentów, czy raczej sumiennym wykonywaniem zadania powierzonego jej przez jawnych przełożonych lub tajnych mocodawców. Aby to zweryfikować złożyłem odwołanie do Pani Rojewskiej w wersji obszerniejszej i z wypunktowaniem bezzasadności użytych przez nią tez. Poniżej treść pisma z 5 listopada 2025 roku.

„Odnosząc się do Pani pisma z dnia 03 listopada 2025 r. informującego o odmowie udzielenia mi dostępu do akt sprawy, oświadczam:

Po pierwsze:

Nie rozumiem sformułowania, iż nie jestem stroną postępowania w sprawie i nie występuję w niej w żadnym innym charakterze, skoro zamawiając w czytelni akta poinformowałem o swoim statusie dziennikarza, okazując jednocześnie pracownikowi legitymację prasową. Co ważne – ten fakt został odnotowany we wniosku.
Na wszelki wypadek dołączam do tej korespondencji skan legitymacji prasowej wraz ze skanami dokumentów rejestracyjnych obydwu moich tytułów prasowych.

Po drugie:

Żądanie, abym uzasadnił swój wniosek „poprzez wskazanie jakiego rodzaju artykuł jest przygotowywany” zakrawa na działania stricte cenzorskie. Jest bowiem oczywistym, iż dziennikarz zbiera materiały do artykułu prasowego. Aby jednak zadośćuczynić Pani – jawnie bezprawnym – zapędom (patrz m.in: art. 65b KW) informuję, iż moim celem jest przygotowanie rzetelnej, opartej na materiałach źródłowych, relacji z przebiegu procesu w ww. sprawie….

Po trzecie:

Doprawdy nie wiem, jak interpretować zarzut o nie dołączeniu dokumentu potwierdzającego wykonywanie zawodu dziennikarza oraz braku poświadczenia o powiązaniu „w jakikolwiek sposób” z tytułami prasowymi wskazanymi we wniosku, skoro legitymację prasową okazałem przy składaniu wniosku, a w dokumentach rejestracyjnych obydwu tytułów występuję z imienia i nazwiska jako ich wydawca i redaktor naczelny od lat czternastu. Drobnego argumentu w postaci blisko 50-letniej pracy dziennikarskiej oraz autorstwa blisko dwóch tysięcy publikacji, dostępnych w wersji zarówno papierowej jak i internetowej nie będę rozwijał.

Oczywiście, jeżeli Pani Prezes sobie tego życzy mogę udowodnić swój dziennikarski status opisując i rozpowszechniając powyższe problemy z dostępem do informacji. Osobiście wolałbym jednak poświęcić swój czas na coś bardziej twórczego. Tak stanie się z pewnością, gdy mój wniosek zostanie rozpatrzony zgodnie z prawem czyli pozytywnie”.

Przy okazji – sędzia A. Rojewska od wielu lat jest, podobnie jak kilkuset wybrzeżowych sędziów i sędzi, odbiorcą moich podpisanych e-maili z linkami do publikacji poświęconych wymiarowi sprawiedliwości… Aż korci zapytać: taka głupia czy o drogę pyta?

Pozostaje faktem, iż moje pismo pozostało bez pozytywnego efektu, podobnie zresztą jak kolejne odwołania skierowane do Pani Magdaleny Hyli, prezes Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe czyli bezpośredniej przełożonej Pani Rojewskiej oraz Pani Joanny Łaguny, prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku. Pismo do Prezes SO wysłane 22 listopada 2025 roku miało charakter formalnego sprzeciwu z powołaniem się na podstawy prawne, a ponadto wzbogacone zostało o jasno podany motyw mojego zainteresowania osobą Adamowicza. Poniżej jego treść:

Niniejszym składam sprzeciw wobec załączonego Zarządzenia SSR Magdaleny Hyli, Prezes Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe w Gdańsku, odmawiającego mi dostępu do akt sprawy o sygn.(…)jako bezpodstawnego w sensie wykładni prawnej art. 156 par. 1 k.p.k.

Uzasadnienie

SSR M. Hyla motywując swoją decyzję sięga do ww. artykułu. chociaż nie ma w nim żadnego sformułowania o możliwości odmowy dostępu wraz z podaniem jej przyczyn. Tymczasem taka odmowa łamie bezpośrednio prawo dziennikarza do uzyskiwania informacji zawarte w art. 4 ust. 1 Prawa prasowego i zagrożona jest sankcjami zawartymi zarówno w art. 191 ust. 1 Kodeksu karnego, jak i art. 65b Kodeksu wykroczeń.

Dostęp do wskazanych akt sprawy traktuję jako niezbędny do poznania okoliczności i powodów, które skłoniły byłego prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza do wyjątkowej spolegliwości wobec lobby deweloperskiego konsekwentnie dewastującego historyczną zabudowę Gdańska, zwłaszcza w obrębie Głównego Miasta. Mam nadzieję, iż SSR M. Hyla nie ma żadnego interesu, aby to lobby otaczać szczególną opieką w postaci choćby embarga na dostęp do akt sądowych, mających bezpośredni związek z osobą tak życzliwą deweloperom.

Najskuteczniej takowe przypuszczenie usunie to, czego domagam się od wielu tygodni, czyli dostępu do akt sprawy o sygnaturze jw.

Biorąc pod uwag powyższe, liczę na jak najszybsze i pozytywne rozpatrzenie mojego wniosku.”.

Zarówno te jak i pozostałe pisma nie odniosły żadnego skutku. Pocieszające jest tylko to, iż domniemanie o wtórnym analfabetyzmie SSR A. Rojewskiej okazało się bezzasadne czego, niestety, nie da się powiedzieć o jednolitym sędziowskim froncie obrony wiekopomnego Pawła „Santo Subito” Adamowicza. Dziennikarskie doświadczenie każe mi jednak być pewnym, iż ta cenzorska bariera też w końcu runie, a na obrazie byłego prezydenta Gdańska zaczną pojawiać się

RYSY CORAZ LICZNIEJSZE I GŁĘBSZE,

w tym dotyczące jego cech osobowościowych o tak tragicznych i praktycznie nieodwracalnych skutkach dla zabudowy Gdańska, nawiązującej do najlepszych czasów w jego historii.

Ilekroć wychodzę np. na Most Zielony i patrzę na północną część Wyspy Spichrzów wypełnioną betonowo-szklanymi „toy-toyami”, jakby drwiącymi z linii zabudowy, ograniczonej wysokości i estetyki kamieniczek po drugiej, starannie odtworzonej stronie ul. Stągiewnej, tylekroć zastanawiam się, co powodowało osobnikiem nie tylko przyzwalającym ale często inspirującym tak wielką dewastację prastarego grodu nad Motławą; korzyści materialne, chęć przypodobania się tajemniczym dyrygentom, osobiste kompleksy wykształciucha bez społecznie użytecznego zawodu czy – uwaga! utajona nienawiść do wszystkiego, co wiąże się ze świetnością, co znaczy polskością tego miasta? Nienawiść, korzenie której sięgać mogą Wilna, skąd przybyli rodzice Adamowicza w ramach desantu stalinowskiego, zwanego kłamliwie repatriacją. Tego wariantu z pewnością nie przekreślają deklaracje obydwu Adamowiczów Pawła i Piotra, iż noszą w sobie tożsamość wileńską i gdańską, nic nie wspominając o swojej tożsamości narodowej. A może być różna, niekoniecznie polska. Na przykład litewska, ukraińska lub białoruska. Żydowską raczej wykluczam z powodu „ostatecznego rozwiązania” zrealizowanego przez Niemców i kolaborujących z nimi litewskich szaulisów w podwileńskich Ponarach.

Tak wygląda pomnik Pawła „Santo Subito” Adamowicza w centralnym miejscu północnej części Wyspy Spichrzów, zapełnionej betonowo-szklanymi atrapami historycznych budynków…
… a to jego fundatorzy, dziwnym trafem beneficjenci uwiecznionego na wieki wieków gospodarza Gdańska.

„Santo Subito” Adamowicz doświadcza pośmiertnie w Gdańsku wielu dowodów wdzięczności ze strony znacznej części jego mieszkańców, w tym radnych, swoich byłych podwładnych oraz… deweloperów za rzekome zasługi dla miasta; alei swojego imienia, pomnika na Wyspie Spichrzów, urny z prochami wyeksponowaną w Bazylice Mariackiej, licznych tablic i murali na ścianach domów, a choćby „kapliczek” na biurkach lub nad biurkami wielu magistrackich urzędników.

Najwyższa zatem pora, aby dorzucić pomniki kolejne, jeszcze bardziej efektowne choć niekoniecznie równie chwalebne. Mówiąc krótko – ciąg dalszy nastąpi.

Tekst i zdjęcia:
Henryk Jezierski
(12.03.2026)

POLECAMY:

Najbardziej demaskatorska książka ukazująca kulisy „transformacji” PRL w III/IV RP, jej sprawców oraz ofiary. Jej autor to gdański dziennikarz od 1978 roku, znany m.in. z łamów tygodników „Polityka”, „Czas”, „Wybrzeże” oraz „Dziennika Bałtyckiego” i „Głosu Wybrzeża”.
To nie są wspomnienia ale dokonywane na bieżąco reporterskie zapisy wydarzeń wraz z komentarzami, które przetrwały 30-letnią próbę czasu i przez cały czas pozostają aktualne.
Tytułowy felieton nawiązuje do starannie skrywanych okoliczności śmierci „Wielkiego Bronisława” – gudłaja dla którego zoologiczna nienawiść do Polski i Polaków była głównym motorem napędowym plugawego życia. Nie jest to bynajmniej jedyny „bohater” III/IV RP zrzucony z cokołu przez autora.
Cena 29 zł (z kosztami przesyłki), sprzedaż na platformie OLX.

Kup, przeczytaj, ORIENTUJ SIĘ

Idź do oryginalnego materiału