We wtorek 18 marca 10 państw UE wysłało list do przewodniczącego Rady Europejskiej António Costy i szefowej KE Ursuli von der Leyen. Podpisali go przywódcy Polski, Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Grecji, Węgier, Włoch, Rumunii i Słowacji. W liście zapisano, iż potrzebna jest "gruntowna rewizja ETS" mająca na celu ograniczyć jego wpływ na ceny energii i zmniejszyć ryzyko dużej zmienności cen uprawnień.
Sygnatariusze domagają się też przedłużenia darmowych uprawnień w ETS1 po 2034 r. oraz łagodniejszego wygaszania tych uprawnień już od 2028 r.
Państwa te chcą także przyspieszenia całej ścieżki zmian. Z listu wynika, iż nie chcą czekać do lata, ale oczekują, iż rewizja ETS1 zostanie przedstawiona najpóźniej do końca maja. Część państw członkowskich przestała traktować więc obecny harmonogram Komisji jako wystarczający i chce natychmiastowego przesunięcia debaty z poziomu ogólnych deklaracji na poziom konkretnych zmian legislacyjnych.
To nie jest już tylko spór o klimat, ale o rachunki i przemysł
Szczyt Rady Europejskiej ma w swojej agendzie skutki eskalacji na Bliskim Wschodzie dla cen energii i bezpieczeństwa dostaw. Projekt wniosków ze szczytu przewiduje wezwanie Komisji Europejskiej do przedstawienia "ukierunkowanego zestawu środków tymczasowych" mających odpowiedzieć na ostatni skok cen importowanych paliw kopalnych. Problem polega na tym, iż Bruksela ma kilka instrumentów, które mogłyby rzeczywiście gwałtownie obniżyć ceny, a każde z rozważanych rozwiązań ma swoje koszty uboczne.
To dlatego ETS znalazł się tak wysoko na politycznej liście sporów. System działa od 2005 r. i zmusza elektrownie oraz przemysł do kupowania uprawnień do emisji CO2. W teorii ma to zachęcać do inwestowania w mniej emisyjne technologie. W praktyce jednak, gdy ceny energii wystrzeliwują z powodów geopolitycznych, coraz więcej rządów pyta, czy obecna konstrukcja ETS nie dokłada dodatkowej presji do rachunków i kosztów produkcji.
Polski punkt jest prosty: energia przez cały czas jest tu droższa politycznie i gospodarczo
Donald Tusk jeszcze przed wyjazdem do Brukseli postawił sprawę jasno. Na posiedzeniu rządu powiedział, iż Polska będzie domagała się rozwiązań uwzględniających naszą specyfikę, bo ETS jest u nas "negatywnym czynnikiem w cenach energii". Rząd nie mówi dziś więc o wyjściu z systemu, ale o jego korekcie pod kątem państw, które mają inny miks energetyczny niż kraje zachodniej Europy. Sam premier odrzucił pomysły całkowitego opuszczenia ETS jako nierealne w prawie unijnym.
Nasze stanowisko wynika tak naprawdę z twardych realiów. Polska przez cały czas opiera około połowy produkcji energii elektrycznej na węglu, a przy takim miksie koszt uprawnień do emisji mocniej przekłada się na rachunki, niż w państwach z większym udziałem atomu, gazu czy OZE. ETS odpowiada za około 11 proc. rachunku za energię elektryczną w UE, ale w krajach bardziej emisyjnych ten udział jest wyższy, bo wynosi choćby 24 proc., a Polska jest tu jednym z najczęściej przywoływanych przykładów.
Po eskalacji wojny z Iranem i zamknięciu Cieśniny Ormuz ceny gazu w Europie wzrosły o ponad 60 proc. od 28 lutego. Szczyt UE ma więc szukać szybkich sposobów ograniczenia presji cenowej, choć sami unijni dyplomaci przyznają, iż nie ma tu jednego, "magicznego rozwiązania". W projekcie wniosków zapisano wezwanie do Komisji, by przygotowała zestaw tymczasowych środków na skok cen importowanych paliw kopalnych.

2 godzin temu











