Jeszcze kilka lat temu Zbigniew Ziobro uchodził za jednego z najpotężniejszych ludzi w państwie. Minister sprawiedliwości, prokurator generalny, lider własnej frakcji, nieformalny „szeryf” obozu władzy. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, iż mamy do czynienia z politykiem, dla którego w polskiej polityce zwyczajnie zabrakło miejsca. I to nie tylko w szeroko pojętym centrum sceny – także w Prawie i Sprawiedliwości.
Ziobro zawsze funkcjonował jako outsider wewnątrz systemu. Sojusznik Jarosława Kaczyńskiego, ale nigdy jego człowiek. Partner, ale nie podwładny. Ta dwuznaczność była przez lata źródłem jego siły. Umożliwiała twarde negocjacje, wymuszanie ustępstw, blokowanie decyzji niezgodnych z interesem „ziobrystów”. Jednak to, co w czasach rządów PiS uchodziło za przejaw sprawczości, po utracie władzy zamieniło się w polityczne obciążenie.
„Ziobro jest symbolem konfliktu, a nie rozwiązań” – mówi jeden z polityków dawnego obozu Zjednoczonej Prawicy. „Dziś PiS potrzebuje kogoś, kto będzie odbudowywał, a nie podpalał”.
Problem w tym, iż Ziobro nie potrafi – i być może nie chce – zmienić roli. Jego styl pozostaje konfrontacyjny, oskarżycielski, podszyty poczuciem misji. Wciąż mówi językiem wojny kulturowej, jakby Polska była na progu kolejnego „przełomu ustrojowego”. Tymczasem wyborcy są zmęczeni permanentnym konfliktem. Chcą stabilności, a nie kolejnych rewolucji.
Jeszcze niedawno jego zaplecze polityczne wydawało się solidne. Dziś jest cieniem dawnej formacji. Solidarna Polska została wchłonięta przez PiS, a jej dawni działacze szukają miejsca bliżej głównego nurtu. Ziobro pozostał bez realnej armii. „Nie ma struktur, nie ma ludzi, nie ma narracji, która porywałaby szerszy elektorat” – ocenia politolog.
W samym PiS narasta dystans. Dla nowego kierownictwa partii Ziobro jest kłopotliwym dziedzictwem epoki, którą wielu chciałoby już zamknąć. „To polityk, który przyciąga wszystkie najcięższe skojarzenia z rządami PiS: konflikt z Unią, upolitycznienie prokuratury, wojny z sędziami” – słyszymy w rozmowach kuluarowych. W strategii „normalizacji” i poszerzania elektoratu takie symbole działają jak hamulec.
Co więcej, Ziobro przestał być użyteczny także jako straszak. Dawniej jego twarda retoryka mobilizowała najwierniejszy elektorat. Dziś choćby ten elektorat coraz częściej wzrusza ramionami. „Ile razy można słuchać tego samego?” – pytają wyborcy. „Gdzie są efekty?”.
Nie bez znaczenia są też kwestie osobiste i wizerunkowe. Wieloletnie kontrowersje, oskarżenia o nadużycia władzy, spory z instytucjami europejskimi i krajowymi – wszystko to obciąża jego nazwisko. W polityce, która coraz bardziej opiera się na emocjach i zaufaniu, Ziobro stał się figurą nieufności.
Paradoks polega na tym, iż Ziobro sam współtworzył system, który dziś go wypycha. Skoncentrowany na sile instytucjonalnej, zaniedbał kapitał społeczny. A gdy instytucje przestały być po jego stronie, okazało się, iż nie ma już dokąd wrócić.
„Dla Ziobry nie ma dziś miejsca choćby w PiS” – mówi jeden z partyjnych strategów. „Jest zbyt radykalny dla umiarkowanych i zbyt niewiarygodny dla radykalnych”.
To brutalna diagnoza, ale trudno się z nią nie zgodzić. Polityka zna wiele powrotów, ale wymaga umiejętności zmiany. Tymczasem Ziobro pozostał politykiem wczorajszym, uwięzionym w sporach sprzed dekady.
Jeśli coś symbolizuje jego obecne położenie, to właśnie ta bezadresowość. Nie jest już twarzą twardej prawicy, ale nie potrafi być jej nową wersją. Nie jest reformistą, ale też nie jest skutecznym buntownikiem. Został sam – między dawną władzą a nową rzeczywistością.
A w tej przestrzeni, jak pokazuje doświadczenie III RP, długo się nie da funkcjonować.

15 godzin temu








