Policzek z Nowogrodzkiej. Partyjni weterani czują się zdradzeni

4 godzin temu

Sugestia Jarosława Kaczyńskiego, iż kolejnym premierem z ramienia Prawa i Sprawiedliwości powinien zostać „młody polityk”, wywołała w partii reakcję znacznie gwałtowniejszą, niż można było się spodziewać. Wbrew oficjalnym zapewnieniom o „spokoju” i „naturalnej sukcesji”, na Nowogrodzkiej zawrzało. Bo ta deklaracja została odebrana nie jako wizja odnowy, ale jako policzek wymierzony w starą gwardię PiS — ludzi, którzy przez lata dźwigali partię, wygrywali kampanie i realizowali polecenia prezesa bez zadawania pytań.

W zamkniętych rozmowach politycy z wieloletnim stażem nie kryją irytacji. „To brzmi tak, jakbyśmy nagle stali się balastem” — mówi jeden z doświadczonych parlamentarzystów. Inny dodaje: „Prezes przez lata blokował jakiekolwiek samodzielne kariery, a teraz nagle odkrywa młodość jako receptę na kryzys”. To poczucie krzywdy jest powszechne. W PiS lojalność była walutą, a cierpliwość — obowiązkiem. Teraz wielu działaczy ma wrażenie, iż rachunek wystawiono im jednostronnie.

Słowa Kaczyńskiego padły w momencie szczególnie wrażliwym. Partia wciąż nie otrząsnęła się po utracie władzy, a wewnętrzne napięcia narastają. Odsunięcie Mateusza Morawieckiego od realnej gry o przyszłe przywództwo zostało przez część aparatu odebrane jako sygnał, iż żadne zasługi nie gwarantują już bezpieczeństwa. „Skoro Morawiecki nie ma szans, to kto z nas może spać spokojnie?” — pytają retorycznie partyjni weterani.

Jeszcze większą frustrację budzi fakt, iż hasło „młodego premiera” nie zostało poparte żadnym planem ani kryteriami. Na giełdzie nazwisk pojawiają się Przemysław Czarnek, Patryk Jaki, Tobiasz Bocheński czy Zbigniew Bogucki — politycy relatywnie młodsi, ale przecież od lat funkcjonujący w ścisłym partyjnym obiegu. Dla starej gwardii to dowód, iż nie chodzi o żadną realną zmianę pokoleniową, ale o kolejne przetasowanie lojalnych wykonawców.

W kuluarach słychać też bardziej gorzkie komentarze. „Przez lata mówiono nam: nie wychylajcie się, decyzje zapadają na górze. Teraz ta sama góra mówi: czas na świeżą krew” — ironizuje jeden z byłych ministrów. To poczucie, iż prezes próbuje ratować partię kosztem tych, którzy byli jej fundamentem, rodzi gniew, ale i strach. Bo w PiS sprzeciw wobec Kaczyńskiego rzadko bywał opłacalny.

Co istotne, irytacja starej gwardii nie oznacza otwartego buntu. To raczej cicha, duszona złość, wyrażana półsłówkami i kontrolowanymi przeciekami. Jednak choćby taka forma niezadowolenia jest dla PiS nowością. Partia, która przez lata imponowała monolitem i żelazną dyscypliną, zaczyna pękać na poziomie emocji i ambicji.

Sugestia Kaczyńskiego odsłoniła coś jeszcze: brak zaufania do własnego zaplecza. Zamiast odwołać się do doświadczenia i odbudować wiarygodność, prezes sięga po retorykę „nowego otwarcia”, które w praktyce niczego nie rozwiązuje. Stara gwardia widzi w tym nie strategię, ale paniczny gest. I właśnie dlatego jest wściekła — bo po latach lojalności dowiaduje się, iż jej czas, zdaniem prezesa, właśnie minął.

Idź do oryginalnego materiału