Pokój i bezpieczeństwo – czy zagłada?
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” 2 czerwca 2026 michalkiewicz
Pan Jacek „wyznaczył małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył” – tak Telimena w „Panu Tadeuszu” wyjaśnia Sędziemu Soplicy sytuację materialną Zosi, którą z woli tegoż Pana Jacka, czyli Jacka Soplicy, się opiekuje. Ale nie będziemy się tu zajmowali sprawami majątkowymi na ówczesnej Litwie, które – mówiąc nawiasem – są niezwykle smakowite o czym można przeczytać m.in. w mojej książce „Anschluss. Targowica urządza się przy Napoleonie” – tylko sytuacją naszego nieszczęśliwego kraju.
Jest ona podobna do tej opisanej w Liście św. Pawła do Tessaloniczan: „kiedy bowiem będą mówić „pokój i bezpieczeństwo” – tak niespodziewanie przyjdzie na nich zagłada”. Czyż nie tak właśnie było, kiedy nasi Umiłowani Przywódcy, dekując się za żywą tarczą wojsk amerykańskich, zaczęli zabawiać się, już choćby nie w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską, ale w szarpanie ruskiego tygrysa za ogon? Bo trzeba nam wiedzieć, iż rotacyjny amerykański kontyngent wojskowy w Polsce pełni rolę „żywej tarczy”.
Kombinacja jest taka: jeżeli Putin zastrzeliłby choćby jednego Amerykańca, to byłby to casus belli, po którym Ameryka zastosowałaby art. 5 traktatu waszyngtońskiego i ostateczne zwycięstwo znalazłoby się w zasięgu ręki. Warto tedy przypomnieć brzmienie art. 5 tego traktatu:
„Strony zgadzają się, iż zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej, będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim i dlatego zgadzają się, iż jeżeli taka napaść nastąpi, to każda z nich, w ramach wykonywania prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego na mocy art. 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie samodzielne, albo w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej ws celu utrzymania lub przywrócenia bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.”
Jak widzimy , art. 5 zawiera jeden istotny warunek uruchomienia zapisanych w nim procedur sojuszniczych. Jest nią „zbrojna napaść” na przynajmniej jednego sojusznika. jeżeli natomiast sojusznik sam na kogoś napadnie – jak to miało miejsce w przypadku izraelsko-amerykańskiego uderzenia na złowrogi Iran – to nie ma traktatowego powodu, by te sojusznicze procedury uruchamiać.
Podobna sytuacja może spotkań i nasz nieszczęśliwy kraj, jeżeli zechciałby zadośćuczynić marzeniu ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, który od samego początku wojny próbuje wciągnąć do niej państwa Europy Środkowej, zwłaszcza mocarstwa Bałtyckie. Byłaby to sytuacja dla Polsce bardzo groźna, bo z uwagi na brzmienie art. 5, Polska nie padłaby ofiarą żadnej „zbrojnej napaści”, a tylko włączyła się do wojny, która już trwa. W tej sytuacji bardzo możliwe, iż i amerykańskie wojsko choćby nie ruszyłoby się z koszar, bo chociaż rozlokowane jest na terytorium naszego bantustanu, to przecież rządowi tubylczemu nie podlega, tylko rządowi własnemu, a ten mógłby nakazać chwalebną powściągliwość.
W ogóle wyjaśnienia wymagałaby również kwestia, czy rząd polski mógłby nakazać naszej niezwyciężonej armii uruchomienie rozmaitych broni – bo przynajmniej ja nie wiem, ile z nich Amerykanie mogliby wyłączyć, czynią je nieprzydatnymi do użycia na polu walki – gdyby ze względów politycznych rząd amerykański uznał to za korzystne. Drugi wniosek, jaki trzeba wyciągnąć z art 5 traktatu waszyngtońskiego, to ten, iż nie zawiera on żadnego automatyzmu reakcji. Każdy z sojuszników, może udzielić „napadniętemu” takiej pomocy, jaką w danej sytuacji uzna za odpowiednią, „łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Użycie „siły zbrojnej” jest więc tylko jedną z możliwych reakcji, taką samą, jak na przykład wystosowanie wobec napastnika tak zwanego „ostrego protestu”.
Oczywiście Polska przystępując w grudniu 1999 roku do NATO nie miała najmniejszego wpływu na treść traktatu waszyngtońskiego, który stanowił dla nas rodzaj „umowy przez przystąpienie” – bez możliwości kształtowania jej warunków. Ale lubi się, co się ma, więc nie ma co kręcić na to nosem tym bardziej, iż USA i Rosja, w roku 1997, a więc na dwa lata przed rozszerzeniem NATO na wschód, zawarły tzw. „porozumienia paryskie”, zawierające „środki budowy zaufania”. Amerykanie obiecali tam, iż zachodnia broń jądrowa nie będzie przesuwana na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej tj, między RFN a NRD i iż na terytorium państwo nowo przyjętych do NATO, nie będą zakładane „stałe bazy” Sojuszu – za Moskwa nie zgaszała sprzeciwu wobec przyłączenia do NATO.
Najwyraźniej ustalenia te przez cały czas traktowane są jako obowiązujące, co możemy wnioskować na tej podstawie, iż obecność wojsk amerykańskich w Polsce ma charakter „rotacyjny”. I właśnie na tym tle wybuchła burza w szklance wody, kiedy okazało się, iż USA „opóźniły rotację” 4 tysięcy żołnierzy, w dodatku w sytuacji, gdy prezydent Donald Trump zaczął się odgrażać, iż gwoli ukarania Niemiec, zmniejszy liczbę Amerykanów tam stacjonujących. Wprawdzie Niemcy mi się nie zwierzają, ale wydaje mi się, iż – chociaż oficjalnie kręcą nosem na tę karę – to w sytuacji, gdy nikt ich nie widzi, zacierają ręce z uciechy, iż oto rysuje się szansa na uchylenie bodajże ostatniego skutku wojny przegranej przez Adolfa Hitlera. Kiedy bowiem w 1949 roku w obliczu presji Stalina na Europę Zachodnią, Amerykanie zdecydowali się odbudować państwo niemieckie z trzech zachodnich stref okupacyjnych, czyli tzw. „trizonii”, Niemcy przez cały czas pozostawały krajem okupowanym – aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec, potocznie zwany „traktatem 2 plus 4”.
Traktat ten znosił okupację Niemiec, a chociaż amerykańskie wojska przez cały czas pozostały na swoich dotychczasowych miejscach, to już nie jako wojska okupacyjne, tylko stacjonujące na podstawie porozumień. Tak czy owak – jednak stacjonujące, więc jeżeli – niechby choćby „za karę” – Stany Zjednoczone by je stamtąd ewakuowały, to by znaczyło, iż i ten ostatni skutek wojny przegranej przez Adolfa Hitlera zostaje usunięty, dzięki czemu Niemcy nie musiałby w polityce międzynarodowej zachowywać daleko posuniętej ostrożności, zwłaszcza po roku 2039, kiedy to Bundeswehra ma zostać najsilniejszą armią w Europie.
Opóźnienie rotacji – jak to nazwali skonfundowani Amerykanie – wywołało coś w rodzaju paniki wśród naszych Umiłowanych Przywódców, którzy zrozumieli, iż wcale nie jest bezpiecznie. Toteż do Waszyngtonu udała się warszawska pielgrzymka wiceministrów obrony narodowej, którzy próbowali, jeżeli nie namówić amerykańskich twardzieli, by nie opóźniali rotacji, to przynajmniej dowiedzieć się czegoś konkretnego na ten temat – ale poza deklaracjami wiceprezydenta Vance’a, iż Ameryka nas „kocha” oraz, iż Polska obroni się sama, – oczywiście przy wydatnej pomocy amerykańskiej – chyba nie uzyskali ani jednego, ani drugiego. Oczywiście pogłębiało to uczucie jaskółczego niepokoju wśród naszych Umiłowanych Przywódców. Odprężenie nastąpiło dopiero, gdy prezydent Donald Trump – podobno powołując się na przyjaźń z panem prezydentem Karolem Nawrockim – napisał na Twitterze, iż skieruje do naszego nieszczęśliwego kraju nie 4 tysiące, a 5 tysięcy żołnierzy. Słowem – „więcej przyrzec raczył” – z czego oczywiście się radujemy, o jakże to się nie radować?
A skoro już jesteśmy przy prezydencie Donaldzie Trumpie, to zdaje się już skapował, iż premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela, co to „jest związany” z ideą „wielkiego Izraela”, czyli od Nilu do Eufratu, wpuścił go razem z całą Ameryką w kanał, nakazując mu niezwłoczne zaatakowanie złowrogiego Iranu. Okazało się jednak, iż złowrogi Iran jest twardszym orzechem do zgryzienia, niż wydawało się to prezydentowi Trumpowi, więc w stosunkach amerykańsko-irańskich zapanowała sytuacja patowa.
Na domiar złego, nie tylko Amerykanie, ale i reszta świata zobaczyła, iż prezydent Trump słucha się Izraela, choćby kosztem wciągania Ameryki w motywowane żydowskimi fantasmagoriami awantury. W tej sytuacji trudno było uwierzyć w buńczuczne deklaracje prezydenta Trumpa, iż uczyni Amerykę znowu wielką w sytuacji, gdy Żydowie wodzą go za nos, a ogon wywija psem. Jakaś dobra dusza wszystko to prezydentu Trumpu uświadomiła, a w tej sytuacji podjął on desperacką próbę uwolnienia Ameryki spod żydowskiej okupacji, o której już dawno wspominał Patryk Buchanan, nazywając Waszyngton – amerykańską stolicę, której obywatel Żurek Waldemar prawdopodobnie nie odróżnia od stanu Waszyngton – „terytorium okupowanym przez Izrael”.
Czy ta narodowo-wyzwoleńcza operacja uda się prezydentowi Trumpowi – to wcale nie jest pewne – bo jest to znacznie trudniejsze od operacji pojmania Mikołaja Maduro w Wenezueli, trudniejsze od rzucenia na kolana Kuby, trudniejsze od przejęcia Grenlandii, a choćby – od przezwyciężenia pata w stosunkach ze złowrogim Iranem tym bardziej, iż stary, żydowski grandziarz finansowy Jerzy Soros podobno znowu mobilizuje miliony, czy choćby miliardy dolarów na kampanię przeciwko Donaldowi Trumpowi, w której po stronie Izraela mogą stanąć wszyscy amerykańscy i światowi Żydowie, którzy wiedzą, iż bez wykorzystania siły Stanów Zjednoczonych fantasmagorie o „wielkim Izraelu” trzeba będzie odłożyć ad calendas Graecas.
Stanisław Michalkiewicz

8 godzin temu









