W serialu „Ranczo”, który był świetnym lustrem polskiej polityki i społeczeństwa, jest taka scena, gdy senator Kozioł robi zebranie kierowanej przez siebie Polskiej Partii Uczciwości i zastanawia się, jakie ministerstwa zgarnąć w ramach budowanej koalicji. Wszyscy chcą obsadzić wymiar sprawiedliwość, policję i służby, bo to skuteczne narzędzie rządzenia i trzymania za twarz opozycji. Nikt za to nie chce ministerstwa zdrowia, „bo na zdrowiu każda partia się w Polsce wyłoży”. No to właśnie jesteśmy świadkami, jak się wykłada Koalicja Obywatelska.
Zaczęło się od ujawnienia przez media, iż 28-letni Dawid Kacprzyk, lekarz bez specjalizacji, za to „goldenboj” KO, jako koordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Warszawskim Szpitalu Południowym zarobił w ciągu roku 1,6 miliona złotych. Tłusta suma wynika z faktur, jakie Kacprzyk wystawiał lecznicy za suto płatne godziny, których realnie nie przepracował, gdyż jeździł w trakcie dyżurów na posiedzenia rady dzielnicy i gwiazdorzyć w telewizji.
Niepokojący jest już sam fakt zatrudnienia na odpowiedzialnym stanowisku młokosa bez specjalizacji, za to z politycznymi plecami. Jeszcze większe oburzenie wywołuje fakt, iż zaprzyjaźnieni politycy i znajomi królika mieli być tam przyjmowani poza kolejką, w dodatku w specjalnym saloniku VIP. W środę wieczorem powiało jeszcze większą grozą, bo były ordynator lecznicy oskarżył Kacprzyka wprost o doprowadzenie do śmierci pacjentów i fałszowanie medycznej dokumentacji. Sprawą zajmuje się prokuratura.
W ślad za sprawą Kacprzyka media się połapały, iż mogą zajrzeć do przysłowiowych garaży polskich lekarzy, bo część z nich to są radni, których ustawa obliguje do ujawnienia majątku. No i wylało się. Od kilku dni się dowiadujemy, iż pobory Kacprzyka nie są w systemie wyjątkiem, bo powyżej miliona złotych obrotny lekarz może zarobić i w Pierdziszewie Dolnym. A im biedniejszy szpital i bardziej w potrzebie, tym więcej można tam wynegocjować. W tym polowaniu na kontrakty najgrubszego zwierza dziennikarze ustrzelili w Zielonej Górze (ponad cztery miliony złotych wyciągnięte z publicznego sytemu za masowe szczepienie pacjentów w 2021 roku).
Nie było w ostatnich latach sprawy, która miałaby taki ładunek społecznego oburzenia i taki potencjał do festiwalu populizmu, którego już jesteśmy świadkami. Bo przecież ci, którzy najgłośniej dziś krytykują kominowe zarobki części medyków, załatwianie po znajomości terminów czy nieuzasadnione awanse partyjnej młodzieży, byli w tych konkurencjach prawdziwymi specjalistami i to przez równe osiem lat rządzenia. Skrajne upolitycznienie debaty o służbie zdrowia będzie zresztą największą przeszkodą na drodze do naprawy systemu, bo jeżeli prawica dostrzegła w zarobkach lekarzy czy zamykaniu szpitalnych oddziałów PR-owe złoto, to będzie temat grzać w wielu odsłonach do przyszłorocznych wyborów, a nie próbować naprawiać system ponad podziałami. Taka jest logika politycznej wojny i pewnie to samo zrobiłaby KO, gdyby dziś była w opozycji.
Szkoda, bo naprawiać naprawdę jest co. Zacznijmy od kwestii zarobków, bo w realiach ciężko zadłużonych szpitali budzą one największe społeczne emocje. Lekarze w mojej opinii powinni zarabiać dużo – to ciężka i odpowiedzialna praca, wymagająca mozolnej edukacji i nieustannego dokształcania. Świetnie pamiętam czasy, gdy młodzi polscy medycy uciekali na Zachód tuż po studiach, a choćby uczyli się na potęgę szwedzkiego, bo u nas przez długie lata skazani byli na klepanie biedy. Feudalne relacje w szpitalach powodowały, iż świetnie zarabiała tylko starszyzna, ale często na „kopertach” i na prywatnych praktykach. Tak kręcił się system w PRL i jeszcze przez długie lata wolnej Polski. I to było chore.
Wiele wskazuje na to, iż dotykamy właśnie drugiej ściany. Owszem, w każdym znanym mi systemie publicznym lekarze są blisko wierzchołka finansowej piramidy i uważam, iż tak powinno być. U nas jednak pensje odjechały nie tylko w relacji do innych zawodów, ale choćby nominalnie – w porównaniu ze znacznie bogatszymi od nas krajami Europy. Podam konkretny przykład. W berlińskiej klinice Charite, jednej z najlepszych w Europie, lekarz ze specjalizacją zarabia średnio około ośmiu tysięcy euro. Oznacza to, iż bierze on z publicznego systemu kilka razy mniej niż Kacprzyk bez specjalizacji, w takim sobie szpitalu, w kraju o kilka razy niższych zarobkach. Co ważne, tenże niemiecki lekarz, w pierwszych latach pracy, zarabia prawie tyle samo ile niemiecki nauczyciel, a gdy zdobędzie specjalizację – średnio pięćdziesiąt procent więcej. Tymczasem w Polsce medycy na kontraktach potrafią zarobić w miesiąc tyle, ile nauczyciele przez cały rok.
Oczywiście, nie wszyscy polscy lekarze zarabiają milion złotych rocznie. Pensje z jednego szpitalnego kontraktu oscylują częściej wokół kwoty pół miliona (mówimy o jednym miejscu pracy, lekarze w Polsce mogą dorabiać w kilku miejscach). Największe kominy robią u nas medycy, którzy albo pompują ponad zdrowy rozsądek ogólne godziny pracy, albo mają kontrakty zadaniowe, czyli zarabiają na procentach od wykonanych zabiegów. To finansowy crème de la crème systemu. Tutaj rekordziści potrafią wystawiać miesięcznie faktury przekraczające 200 tysięcy złotych, ale to nie są w systemie przypadki powszechne.
Temat kominowych pensji lekarzy nie stałby się numerem jeden polskich newsów, gdyby ludzie nie słyszeli na każdym kroku, iż szpitale nie mają pieniędzy, w związku z czym muszą zamykać oddziały i się konsolidować. Gdyby chorzy nie musieli czekać długimi miesiącami, a choćby latami na wizyty u specjalistów i na ważne zabiegi. Spora część oczywiście nie czeka, tylko idzie do sektora prywatnego, który rozwija się w Polsce w imponującym tempie. W miastach i na ich obrzeżach rosną kliniki, w których jest i nowocześnie, i profesjonalnie, i w standardzie VIP (bez partyjnej legitymacji). Widzą to pracodawcy, którzy już od lat oferują swoim pracownikom prywatne ubezpieczenie medyczne, jako coraz bardziej istotny bonus i rekrutacyjny magnes.
Nie jestem ekspertem od systemu zdrowia ale widzę, iż to nam się wszystko już od ładnych kilku lat rozjeżdża. Konstytucja gwarantuje nam powszechną i bezpłatną opiekę medyczną, ale coraz więcej pacjentów jest w systemie prywatnym, a w tym publicznym finanse podlegają rynkowym zasadom. Szpitale biją się o najlepiej płatne usługi, a świadczący je medycy szachują dyrektorów, co pompuje pensje poza granice opłacalności, a czasem i zdrowego rozsądku.
Gdy rząd próbuje konsolidować lecznice, w których coraz częściej nie ma kto leczyć (demografia im też nie pomaga), podnosi się krzyk środowiska i politycznej opozycji. W efekcie podatnicy z roku na rok płacą do publicznego systemu po kilkadziesiąt miliardów więcej, ale kilka z tego wynika, bo są powiatowe szpitale, w których pensje personelu pochłaniają i dziewięćdziesiąt procent budżetu. Czuję, iż już dawno powinniśmy spojrzeć na ten system z lotu ptaka i dokonać odważnych zmian. Dosypywanie monet do dziurawego wiadra niczego nie zmieni.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

2 godzin temu









![Trzecia linia Kolejki Elki w budowie. Prace są na zaawansowanym etapie [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-06/DJI_20260608093655_0380_D.jpg)





