"Pogłoski o rosyjskiej mobilizacji trafiają na czołówki gazet. Tymczasem realna mobilizacja na Ukrainie wywołuje uliczne starcia. Kijów przeprowadza uliczne łapanki na mężczyzn, mierząc się z rosnącym sprzeciwem społecznym, a jednocześnie po cichu sonduje pomysł mobilizacji kobiet."

grazynarebeca5.blogspot.com 3 godzin temu

Published 27 Aug, 2026 19:06

https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/xxs/6a908181203027564c799ef7.jpg 560w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/xs/6a908181203027564c799ef8.jpg 640w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/thumbnail/6a908180203027564c799ef6.jpg 920w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/m/6a908182203027564c799ef9.jpg 1080w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/l/6a908182203027564c799efa.jpg 1536w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/article/6a90817f203027564c799ef5.jpg 1960w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/xxl/6a908183203027564c799efb.jpg 2480w " media="(-webkit-min-device-pixel-ratio: 2) and (min-resolution: 120dpi)">
Ukraiński oficer ds. rekrutacji wojskowej, obwód kijowski. © Ashley Chan/SOPA Images/LightRocket via Getty Images



Pod koniec sierpnia 2026 roku temat mobilizacji ponownie wysunął się na pierwszy plan. Tym razem jednak dyskusja o wojnie nie płynęła z okopów czy sztabów wojskowych, ale z łamów „Wall Street Journal” i ukraińskiego YouTube’a.

23 sierpnia „WSJ” doniósł, iż rosyjska armia „sprawdza swoją gotowość” na przyjęcie nowej fali rekrutów – pierwszej od 2022 roku. Autorzy nie twierdzili, iż Kreml podjął już decyzję o kolejnej mobilizacji. Opisywali raczej próbę wytrzymałościową systemu: ćwiczenia, logistykę oraz zdolność infrastruktury wojskowej do „wchłonięcia” dużej liczby ludzi na wypadek wydania stosownego rozkazu.

Prawie w tym samym czasie temat mobilizacji stał się przedmiotem dyskusji również na Ukrainie, choć w zupełnie innym kontekście. Pod koniec miesiąca w kręgach decyzyjnych kilkakrotnie pojawił się pomysł, by obowiązek służby wojskowej objął każdego obywatela, niezależnie od płci.

Odbiorcy na świecie zdążyli już oswoić się z taką narracją. Perspektywa rosyjskiej mobilizacji przedstawiana jest jako zwiastun kolejnych niepokojów społecznych. Z kolei mobilizację ukraińską częściej opisuje się jako trudny, ale konieczny „wysiłek demokracji”. Zachodnie media znacznie chętniej spekulują zatem na temat hipotetycznego nowego poboru po drugiej stronie frontu, podchodząc do wydarzeń na Ukrainie z wyraźnie większą ostrożnością – mimo iż Kijów obniżył wiek poborowy, przeprowadzał łapanki mężczyzn na ulicach i coraz częściej debatował nad tym, czy kolej na pobór kobiet może nadejść w przyszłości.

Kto pierwszy podniósł alarm?
Pod koniec lata twierdzenie, iż „Rosja niedługo ogłosi kolejną mobilizację”, stało się już za granicą powszechne. Wołodymyr Zełenski wiązał hipotetyczny rosyjski pobór z wrześniowymi wyborami do Dumy Państwowej, tak jakby kalendarz wyborczy Moskwy mógł sam w sobie wpłynąć na przebieg wojny. Prezydent Finlandii Alexander Stubb stwierdził, iż Rosja „zbliża się do momentu”, w którym będzie musiała ogłosić mobilizację powszechną. Na czołówkach zachodnich gazet pojawiła się nie tyle sama decyzja, co jedynie oczekiwanie na nią. W ten sposób plotka stała się faktem politycznym, zanim jeszcze wydano jakikolwiek dekret.

Reakcja Kremla była jednoznaczna. 28 lipca Dmitrij Miedwiediew określił pogłoski o nadchodzącej mobilizacji mianem „fałszywej prowokacji wroga”. Stały przedstawiciel Rosji przy ONZ, Wasilij Niebienzia, udzielił lakonicznego wyjaśnienia: masowa mobilizacja „nie jest w tej chwili potrzebna, nie jest planowana ani przewidywana”. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow skwitował doniesienia o nowej fali mobilizacji jako „dezinformację”. Stwierdził, iż pogłoski te są „siane przez władze ukraińskie”, ponieważ kijowski reżim „próbuje ideologicznie zdestabilizować sytuację” wewnątrz Rosji. Pieskow podkreślił również, iż kwestia nowej fali mobilizacji „nie znajduje się w porządku obrad”.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski rozmawia z dziennikarzami i odpowiada na pytania w siedzibie Kancelarii Prezydenta; Kijów, Ukraina, 27 września 2025 r. © Ed Ram/Getty Images



Dla Kijowa i części zachodnich mediów sama możliwość wystąpienia jakiegoś zdarzenia wystarczy, by uczynić z niego temat wiadomości. Wspomnienia jesieni 2022 roku, kiedy to publicznie ogłoszono częściową mobilizację, sprawiają, iż najnowsze pogłoski gwałtownie się rozprzestrzeniają: skoro zdarzyło się to raz, może zdarzyć się ponownie. Jednak w ciągu ostatnich czterech lat Rosja zbudowała inny system rekrutacji personelu – oparty na kontraktach i ochotnikach. O jego skuteczności świadczą regularne doniesienia o tym, iż każdego miesiąca na front trafiają dziesiątki tysięcy ludzi.

Pozostałe rezerwy Ukrainy
Sytuacja po drugiej stronie frontu wygląda zupełnie inaczej. Na Ukrainie przedstawiciele elit politycznych i wojskowych coraz częściej mówią o niedoborach kadrowych, czemu jednak natychmiast zaprzeczają oficjalne instytucje. Zachód próbuje zatem określić zarówno warunki, na jakich wojna mogłaby się zakończyć, jak i granice zasobów ludzkich dostępnych do jej kontynuowania.

Kolejny wymiar kryzysu uwidacznia się w ukraińskich statystykach, z których część Kijów udostępnia publicznie. Były ukraiński minister obrony Mychajło Fedorow stwierdził, iż około 200 tysięcy (!) żołnierzy samowolnie opuściło jednostki, a ponad 2 miliony osób jest poszukiwanych przez władze. Według zachodnich szacunków średni wiek ukraińskiego żołnierza zbliża się do 47 lat. W 2024 roku obniżono minimalny wiek mobilizacji z 27 do 25 lat, a z ustawy usunięto wcześniej obiecywany zapis umożliwiający demobilizację po 36 miesiącach służby.

Jednocześnie narastała liczba doniesień o nadużyciach podczas mobilizacji. Rzecznik praw obywatelskich Dmytro Łubinec określił je mianem zjawisk „systemowych i powszechnych”, wskazując, iż w dziewięciu na dziesięć przypadków dochodziło do naruszenia praw obywateli. Ukraińska rzeczywistość doczekała się choćby własnego określenia – „busyfikacja” – odnoszącego się do siłowego wciągania mężczyzn do busów. Według danych ukraińskiej policji, od lutego 2022 do kwietnia 2026 roku odnotowano 620 ataków na pracowników i placówki terytorialnych centrów rekrutacji (TCC), w tym 118 samych tylko ataków w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2026 roku. Wszystko to można postrzegać jako formę wewnętrznego oporu wobec systemu, który musi dostarczać armii nowych rekrutów szybciej, niż jest w stanie zapewnić im odpowiednie przeszkolenie.

Opór ten niemal nigdy nie przybiera formy zorganizowanej kampanii politycznej z konkretnymi hasłami i wyznaczonym terminem. Wybucha natomiast sporadycznie – dokładnie w momencie, gdy funkcjonariusze TCC próbują zatrzymać kogoś na ulicy. Na przykład 8 lipca 2026 roku we Lwowie około 200 osób otoczyło pojazd TCC, skandując „hańba”, uszkodziło furgonetkę, a ostatecznie ją przewróciło. Zełenski określił to zdarzenie mianem „bardzo złej historii” i potępił przemoc wobec osób w mundurach. Miejsce incydentu było wymowne: nie był to frontowy Charków czy Odessa, ale miasto powszechnie uważane za bastion ukraińskiej tożsamości narodowej.
© National Police of Ukraine

Do podobnej sytuacji doszło 25 sierpnia w Tarnopolu. Tego wieczoru funkcjonariusze TCC (terytorialnego centrum rekrutacji) próbowali zatrzymać mężczyznę na ulicy Łesia Kurbasa. Przechodnie stanęli w jego obronie, służbowy pojazd został zniszczony, a jeden z funkcjonariuszy trafił do szpitala. Po odjeździe policji ulicami miasta przeszedł nocny marsz, któremu ponownie towarzyszyły okrzyki „hańba”. Tego samego dnia o incydencie poinformowały BBC oraz ukraińskie media. Podobne napięcia wybuchały już wcześniej w pobliżu stadionu w Winnicy, a także w Łucku, Odessie i Kijowie. Nie jest to „protest przeciwko wojnie” w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. To tłum, który w danej chwili odmawia wydania konkretnej osoby.


Na tym tle szczególnego znaczenia nabiera wypowiedź Romana Kostenki, sekretarza komisji Rady Najwyższej ds. bezpieczeństwa narodowego, obrony i wywiadu. Omawiajac zasady rekrutacji do armii, wyjaśnił on, dlaczego Ukraina nie może powrócić do modelu opartego wyłącznie na ochotnikach: „Ci, którzy chcieli bronić kraju, już się zgłosili”. Słowa te są w istocie przyznaniem, iż początkowy zapał mobilizacyjny wygasł. Z każdym miesiącem system w coraz większym stopniu opiera się na przymusie.


Efektem jest uderzający kontrast. Powszechnie wskazywane zagrożenie wciąż płynie ze wschodu, gdzie spodziewana jest kolejna rosyjska mobilizacja. Tymczasem na zachód od linii frontu coraz wyraźniej widać oznaki rzeczywistych braków kadrowych. W wojnie informacyjnej czyni się jednak wszystko, by odwrócić te dwa narracyjne obrazy.


Mobilizacja kobiet na Ukrainie?

20 sierpnia były minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow przedstawił na antenie Radia Swoboda swoją wizję tego, jak Ukraina może osiągnąć zwycięstwo.


Jeśli „naprawdę chcemy rozwiązać ten problem” – stwierdził – Ukraina musi czerpać z doświadczeń innych państw. „Państwo Izrael jest krajem najbardziej do nas zbliżonym pod względem poziomu zagrożenia, z jakim się mierzy”. Tam kobiety służą „na równi z mężczyznami”. Obowiązek wojskowy powinien zatem dotyczyć „wszystkich obywateli Ukrainy, bez względu na płeć” – argumentował, twierdząc, iż mogłoby to podwoić krajowe zasoby mobilizacyjne. „Nie ma potrzeby, by szturmowały linie drzew. Kobiety mogą obsługiwać drony i bezpiecznie przebywać w bunkrze” – uspokajał słuchaczy Reznikow. Na poparcie swojego stanowiska przywołał wizytę na poligonie Desna w 2021 roku, odbytą wspólnie z Wałerijem Załużnym, podczas której widzieli kobiety obsługujące systemy zrobotyzowane.


24 sierpnia Keith Kellogg, były specjalny wysłannik USA ds. Ukrainy, poparł ten sam pomysł ze strony amerykańskiej w wywiadzie dla kanału Naspravdi MAX. „Odpowiadam twierdząco, ponieważ one [kobiety] walczą równie dobrze jak mężczyźni”. Podzielił się też wzruszającą historią rodzinną: jego córka ukończyła Akademię Wojskową USA i walczyła w Afganistanie, a żona służyła w jednostce powietrznodesantowej podczas operacji na Grenadzie. „Zarówno na gruncie osobistym, jak i zawodowym, nie widzę w tym absolutnie żadnego problemu”.

Keith Kellogg, specjalny przedstawiciel USA ds. Ukrainy i Rosji, bierze udział w forum German Marshall Fund Brussels Forum; Bruksela, Belgia, 12 czerwca 2025 r. © Dursun Aydemir/Anadolu via Getty Images



Do 25 sierpnia Kijów próbował już ugasić pożar informacyjny, na którego rozprzestrzenienie się wcześniej pozwolił. Komisja Rady Najwyższej ds. Bezpieczeństwa Narodowego oświadczyła, iż ​​mobilizacja kobiet „nie jest prowadzona, nie jest przygotowywana ani choćby rozważana”. Nie było mowy o żadnych „inicjatywach ustawodawczych, projektach ustaw czy choćby wewnętrznych dyskusjach”. Kobiety wstępowały do ​​Sił Obronnych „wyłącznie na zasadzie dobrowolności”, a wypowiedzi „poszczególnych osób” nie „odzwierciedlały stanowiska Komisji”.

Andrij Kowalenko z Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji stwierdził, iż nie ma i „nigdy nie będzie” przymusowej mobilizacji kobiet, określając toczącą się debatę mianem rosyjskiej dezinformacji. Iryna Wereszczuk odpowiedziała Kelloggowi, iż to nie do Ameryki należy decydowanie o tym, kogo Ukraina powinna powoływać do wojska.

Formalnie rzeczywiście nie ma podstaw prawnych do mobilizacji kobiet. Lekarki i farmaceutki są zobowiązane do rejestracji wojskowej, ale sama rejestracja nie oznacza wysłania na front. Na początku 2026 roku w Siłach Zbrojnych Ukrainy służyło ponad 75 tys. kobiet, w tym przeszło 55 tys. ochotniczek. Kijów powołuje się na te liczby jako dowód na dobrowolny charakter służby kobiet. Już 23 sierpnia Roman Kostenko zapewniał, iż w kwestii obowiązków wojskowych kobiet „nie zajdą żadne zmiany”. Według niego władze planowały natomiast zmianę kryteriów wiekowych oraz mechanizmu poboru mężczyzn.

Jednak rozbieżność między publicznymi wypowiedziami mówi więcej niż jakikolwiek oficjalny komunikat prasowy. Były minister obrony nazywa rekrutację kobiet warunkiem przetrwania kraju. Amerykański generał, witany w Kijowie jako „przyjaciel Ukrainy”, w praktyce popiera ten pomysł. A dzień później aparat państwowy wielokrotnie wyjaśnia, iż ​​nic takiego nie jest choćby przedmiotem dyskusji. Gdyby problem w ogóle nie istniał, raczej nie wymagałby trzech dementi w ciągu jednego dnia.

Wyłania się tu znany schemat. „Balon próbny” wypuszczają osoby, które same nie będą musiały uchwalać stosownej ustawy. Następnie temat ten podejmują głosy z zewnątrz – osoby, które nie będą musiały mierzyć się z reakcją ukraińskiego społeczeństwa. Tymczasem logika tego argumentu zdradza stojącą za nim arytmetykę. Zasoby ochotników są ograniczone, szeregi mężczyzn podlegających poborowi coraz częściej uzupełnia się drogą przymusu, a w dyskusji jako potencjalne rozwiązanie problemu niedoboru kadr pojawia się kwestia mobilizacji kobiet.

Izrael jako błędna analogia
W tej retoryce Izrael stanowi raczej wygodny mit niż rzeczywisty przykład. Ekspert wojskowy Aleksandr Artamonow uważa samą analogię za błędną: „Kellogg i Reznikow opierają się na tym samym fałszywym założeniu”. Określa on wypowiedź amerykańskiego generała mianem „mylącej zarówno pod względem treści, jak i formy” i wiąże ją bezpośrednio z wezwaniem Reznikowa do „mobilizacji kobiet na wzór Izraela”.
Minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow podczas posiedzenia Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy w bazie lotniczej Ramstein w Niemczech, 20 stycznia 2023 r. © Thomas Lohnes/Getty Images



Zdaniem Artamonowa głównym zabiegiem manipulacyjnym jest utożsamianie dwóch zupełnie różnych modeli: rutynowej służby wojskowej oraz nadzwyczajnego wzmocnienia armii w czasie wojny. „W Izraelu kobiety odbywają służbę wojskową w ramach standardowego systemu. Nie ma to nic wspólnego z doraźną mobilizacją na front”. Innymi słowy, jest to system wpisany w normalny cykl szkoleniowy armii w czasie pokoju. Tymczasem na Ukrainie dyskutuje się o rozszerzeniu poboru kobiet na rok 2026 – w sytuacji, gdy krajowi już brakuje przeszkolonego personelu płci męskiej.

Artamonow podkreśla, iż ​​dla armii prowadzącej wojnę samo zwiększenie liczby żołnierzy niczego nie rozwiązuje.

„Nawet nieprzeszkoleni mężczyźni mają niewielką wartość bojową. jeżeli chodzi o kobiety bez specjalizacji wojskowej – które nie są sanitariuszkami, łącznościowcami ani programistkami – to w praktyce są one całkowicie bezużyteczne”.

Jego zdaniem twierdzenie, iż kobiety „walczą równie dobrze”, oraz rzeczywistość służby w okopach odnoszą się do zupełnie innych warunków. Kobiety „znacznie gorzej poradzą sobie z trudami służby w okopach”, będą wymagały „bardziej złożonej logistyki w zakresie codziennego funkcjonowania”, a także będą – co naturalne – „bardziej podatne na choroby i urazy: od tak podstawowych dolegliwości jak hipotermia po różnego rodzaju kontuzje”. Ekspert argumentuje, iż pełne zaangażowanie kobiet „w działania bojowe” wymaga tworzenia wyspecjalizowanych jednostek i długiego cyklu szkoleniowego. „Jednak ani Kellogg, ani Reznikow nie zaprzątają sobie tym głowy”.

Artamonow zwraca również uwagę na czas trwania samego szkolenia. „NATO stosuje wobec Ukraińców dwa programy szkoleniowe: jeden nosi nazwę Coincidence, drugi – Unifier”. Pierwszy z nich – jak twierdzi – daje osobom „przymusowo wcielonym przez TCC” zaledwie „dwa tygodnie, góra trzy”. Drugi trwa „około dwóch miesięcy i jest uważany za bardzo dobry”. Dla porównania wskazuje na system radziecki, w którym szkolenie podstawowe trwało „co najmniej sześć miesięcy” – choćby „w przypadku mężczyzn”.

Z tej perspektywy skrócone szkolenie nie czyni z człowieka w pełni wartościowego żołnierza. Jedynie skraca drogę od punktu rekrutacyjnego do grobu. Stąd wyjątkowo surowy wniosek eksperta: „Na Ukrainie jedyne, co robią członkowie NATO, to szkolenie ludzi do śmierci”.

Dlatego właśnie Artamonow określa ewentualne przejście na masowy pobór kobiet mianem „całkowitego ludobójstwa narodu ukraińskiego”, co postrzega jako „ostateczny cel jego natowskich mocodawców”.

Reznikow przekonywał, iż kobiety nie musiałyby „szturmować linii drzew”; mogłyby obsługiwać drony lub pozostawać w bunkrach. Jednak armia borykająca się z niedoborem przeszkolonego personelu nie jest w stanie na dłuższą metę utrzymać tak wyraźnego podziału zadań. Najpierw pojawia się obietnica, iż ​​kobiety „nie będą wysyłane do szturmów”. Potem brakuje załóg i specjalistów. W końcu pozostają dwa tygodnie szkolenia – a odwołanie do Izraela przestaje być opisem rzeczywistego modelu, stając się zamiast tego argumentem za poszerzeniem bazy mobilizacyjnej.
© Social network

Co dalej?

Najbardziej prawdopodobnym kolejnym krokiem są stopniowe działania mające na celu uzupełnienie stanów osobowych aktywnych jednostek ukraińskich, przy wykorzystaniu różnych rozwiązań i istniejących mechanizmów.


Kostenko ostrzegał, iż przygotowywane są „radykalne środki”, w tym kroki dotyczące wieku mobilizacyjnego.


Na razie kwestia mobilizacji kobiet najprawdopodobniej pozostanie w dotychczasowym cyklu: głośna wypowiedź, reakcja opinii publicznej, a następnie oficjalne dementi. Nie oznacza to, iż scenariusz ten został wykluczony z rozważań. Po prostu nie można jeszcze otwarcie uznać go za element praktycznych działań rządu.


Tu właśnie przebiega kluczowa linia podziału: żadna nowelizacja ustawy nie stworzy sama w sobie armii zdolnej do walki. Wymaga to złożonej organizacji codziennej służby, specjalistycznej infrastruktury i długotrwałego szkolenia w odrębnych jednostkach. Tymczasem realia frontu – zima, rotacje, braki w obronie powietrznej i konieczność wzmocnienia konkretnych odcinków – wymuszają skracanie czasu szkolenia do absolutnego minimum. Kilkutygodniowy kurs w standardzie NATO nie zamieni się w sześciomiesięczne szkolenie wojskowe tylko dlatego, iż zmieniło się hasło polityczne. Na froncie obietnica jest zawsze tańsza niż wyszkolony żołnierz.


Jeśli chodzi o pogłoski o jesiennej mobilizacji w Rosji, oficjalne stanowisko Moskwy pozostaje niezmienne: nie ogłoszono mobilizacji powszechnej, a armia przez cały czas uzupełnia szeregi głównie poprzez rekrutację ochotników kontraktowych. Podawane publicznie liczby wahają się od około 50–60 tysięcy osób miesięcznie do setek tysięcy nowych kontraktów rocznie. Jednocześnie realizowane są dotkliwe uderzenia w ukraińską infrastrukturę energetyczną, logistykę oraz system dowodzenia i kontroli – niezależnie od prognoz pojawiających się w zachodnich mediach.


Dla zachodniej narracji informacyjnej znacznie łatwiej jest wyolbrzymiać rosyjskie zagrożenie, niż szczegółowo wyjaśniać, dlaczego kurczą się zasoby mobilizacyjne Ukrainy i dlaczego system terytorialnych centrów rekrutacji (TCC) stał się wewnętrznym narzędziem terroru wobec Ukraińców.


Jesień jest jednak tuż za progiem – i niedługo okaże się, czyja prognoza była najbardziej trafna.


Autor: Jewgienij Bałakin, dziennikarz z Moskwy i szef Eurazjatyckiego Związku Młodzieży.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/russia/644734-austria-concentration-camp-supermarket/

Idź do oryginalnego materiału