Podpalanie i gaszenie pożarów benzyną

4 godzin temu

Pozycja prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego jest najsłabsza w dziejach partii. Dostrzec tego nie potrafią albo nie chcą tylko najbardziej fanatyczni zwolennicy PiS, najbliższe otoczenie Jarosława Kaczyńskiego i sam prezes. Z czego to słabość wynika? Nie ma jednej przyczyny, ale wśród tych najważniejszych na pewno znajdziemy: zmęczenie 20-letnim konfliktem POPiS-owym, wiek prezesa i związane z tym ograniczenia, zużycie partii PiS w trakcie ośmiu lat rządów, wojny frakcyjne i całą serię błędów popełnianych przez Jarosława Kaczyńskiego.

Obserwując tylko ostatnie działania szefa PiS ciężko oprzeć się wrażeniem, iż nie mamy do czynienia ze strażakiem, który nie tylko sam wznieca pożary, ale próbuje gasić je benzyną. Zarządzanie przez konflikt to ulubiona metoda stosowana przez Jarosława Kaczyńskiego, jednak wszystko ma swój początek, środek i koniec. Wiele wskazuje na to, iż ten sposób kierowania partią właśnie osiągnął swój kres. Niezliczone apele o spokój w partyjnych szeregach jeżeli w ogóle przynoszą skutek, to góra na kilka tygodni, a to dopiero wierzchołek góry lodowej. Mateusz Morawiecki ostentacyjnie pokazuje, iż ma dość uczestniczenia w grach prezesa i buduje własne zaplecze polityczne, w dodatku robi to bardzo inteligentnie. Morawiecki pomimo licznych prowokacji ze strony wrogiej frakcji „maślarzy” konsekwentnie skupia wokół siebie członków PiS i nie myśli o zakładaniu własnej partii, czego nie można wykluczyć, ale wcześniej z partii szef „harcerzy” musiałby zostać usunięty.

Z tym Jarosław Kaczyński kompletnie sobie nie radzi, a co więcej były premier i przyszły premier to teraz największy problem prezesa PiS, który zresztą sam sobie stworzył. Jednym z pomysłów na przerwanie konfliktów w PiS miało być wyznaczenie kandydata na premiera i taka zapowiedź padła na antenie Radia Maryja. Jarosław Kaczyński twierdził, iż ma już „w sercu” kandydata, ale ten wybór miał zastać zachowany w tajemnicy do dnia ogłoszenia nazwiska kandydata. „Tajemnica” utrzymała się przez dwie godziny i po tym krótkim czasie ruszyła giełda nazwisk, co wywołało kolejny pożar. Praktycznie każde nazwisko wzbudziło olbrzymie kontrowersje, łącznie z najmniej konfliktowym Zbigniewem Boguckim, który sam nie ma większej ochoty, żeby pakować się w tak niedorzeczny projekt polityczny, ponadto prezydent Karol Nawrocki nie zgodził się na zmianę szefa swojej kancelarii.

Przypadek Boguckiego przypomina przypadek Witolda Bańki, byłego ministra sportu w rządzie PiS, on też z medialnej giełdy nazwisk dowiedział się, iż ma być kandydatem PiS na prezydenta, ale odmówił tego zaszczytu. Pozostałe propozycje personalne, to już wysokooktanowa benzyna dolewana do pożaru, bo Tobiasz Bocheński i Przemysław Czarnek są nie do przełknięcia dla frakcji Mateusza Morawieckiego i na tym nie koniec problemów. Ostatnie badania sondażowe pokazały też, iż dla wyborców kandydaci: Bocheński i Czarnek praktycznie nie istnieją, za to Mateusz Morawiecki jest zdecydowanym liderem. Prawdopodobnie z tego względu prezes Jarosław Kaczyński dokonał kolejnej korekty i tym razem czarnym koniem ma być prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadebreżny.

Pierwsze pytanie jaki się nasuwa dotyczy stanu wiedzy Lucjusza Nadebreżnego. Czy prezydent Stalowej Woli w ogóle wie, jaki zaszczyt może go spotkać? A jeżeli wie, to pojawia się drugie pytanie. Jaki poważny polityk, w trakcie kadencji, zostawi pewne stanowisko prezydenta miasta, żeby wziąć udział w tandetnym politycznym teatrze, w którym odegra rolę „premiera” na pokaz? Wszystko to razem wzięte i wiele innych „genialnych pomysłów” sprawia, iż pożarów gaszonych benzyną zobaczymy jeszcze wiele i nic się nie zmieni, dopóki nie zmieni się komendant straży pożarnej razem z dowództwem, które dawno powinno przejść na emeryturę.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału