Początek końca KO-PiS-u?

myslpolska.info 4 godzin temu

Polityczna telenowela pod tytułem „Rozłam w PiS” dobiegła swego dramatycznego finału. Mateusz Morawiecki wraz z grupą czterdziestu parlamentarzystów nie ugiął się przed prezesem Kaczyńskim, tym samym przesądzając o swojej politycznej przyszłości.

Rozłam na łże-prawicy wzbudził zrozumiałe emocje w naszym środowisku. Dla wszystkich jest przecież oczywiste, iż koniec PiS może oznaczać również koniec partii Tuska. To właśnie fałszywa dychotomia PiS – antyPiS od ponad dwóch dekad pozostaje siłą napędową polskiej polityki, sprowadzając ją do prostackiej przepychanki na wpół zdziczałych politycznych plemion.

Wyłaniająca się na horyzoncie perspektywa przerwania tego chocholego tańca jest niezwykle kusząca. Nie dajmy się jednak zwieść. To tylko jeden z możliwych scenariuszy, bynajmniej nie jedyny i wcale nie najbardziej prawdopodobny.

Zacznijmy jednak od początku tej historii

Widzimy dzisiaj wyraźnie, iż podstawowym politycznym błędem Jarosława Kaczyńskiego było zaoferowanie Mateuszowi Morawieckiemu teki prezesa Rady Ministrów. Ambitny, ale pozbawiony własnego zaplecza premier gwałtownie zaczął wykorzystywać rozliczne instrumenty, dostępne mu z racji sprawowanej funkcji, do otaczania się gronem osób lojalnych przede wszystkim wobec niego. Nie musiał się spieszyć. Sześć lat to wystarczająco długo, aby działać na tyle dyskretnie, by nie wzbudzić niepokoju Kaczyńskiego, a jednocześnie na tyle skutecznie, by zbudować własną silną frakcję. Korzystając ze swojej pozycji, Morawiecki wprowadził do Sejmu, Senatu i Parlamentu Europejskiego kilkudziesięciu polityków lojalnych przede wszystkim wobec niego, a nie wobec partii, czy osobiście wobec Kaczyńskiego. Tak oto doszło do sytuacji, której rozstrzygnięcie właśnie obserwujemy.

Jak trafnie zauważył Sławomir Mentzen, Mateusz Morawiecki nie mógł już dłużej czekać. PiS jako całości nie dało się po prostu przejąć w drodze sukcesji po Kaczyńskim. Wewnętrzne podziały są zbyt głębokie, interesy poszczególnych frakcji zbyt sprzeczne, a osobiste ambicje ich liderów zbyt wielkie. Zresztą nikt nie spodziewa się, iż Kaczyński dobrowolnie odejdzie na polityczną emeryturę.

Nawet gdyby został do tego zmuszony, „maślarze” nie uznaliby przywództwa Morawieckiego. Odeszliby, zabierając ze sobą znaczną część partyjnego aparatu. W najlepszym razie PiS stałby się federacją zwalczających się obozów. W najgorszym, rozpadłby się w atmosferze wzajemnych oskarżeń. Z punktu widzenia Morawieckiego żaden z tych scenariuszy nie jawił się jako korzystny.

Pozostając w partii, Morawiecki ryzykował jednak jeszcze więcej, być może całą swoją polityczną przyszłość. Kaczyński mógł „wyciąć” jego ludzi w ostatniej fazie układania list wyborczych, nie pozostawiając mu czasu w stworzenie własnego komitetu. Na takie ryzyko były premier nie mógł sobie pozwolić. Nie miał wyboru – musiał rozpocząć budowę własnego ugrupowania.

W sytuacji bezalternatywnej znalazł się również Jarosław Kaczyński. Morawiecki jawnie wypowiedział mu posłuszeństwo, a następnie zaczął organizować własne zaplecze. Skoro nie podporządkował się teraz, tym bardziej nie podporządkowałby się po wyborach. W rezultacie w 2027 roku PiS i tak funkcjonowałby jako dwie partie, choćby gdyby formalnie pozostawał pod jednym szyldem. Kaczyński mógł już tylko wybrać możliwie najlepszy moment rozłamu oraz spróbować pozbawić Morawieckiego ludzi. Pierwsze zadanie wykonał skutecznie. Drugie wręcz przeciwnie. Tak czy inaczej rozłam stał się faktem.

Jakie będą dalsze scenariusze?

Tego dowiemy się w perspektywie nieco ponad roku, ale pierwsze prognozy będziemy mogli formułować już na podstawie sierpniowych sondaży. o ile nowe ugrupowanie Morawieckiego będzie plasowało się w nich wyraźnie poniżej pięcioprocentowego progu wyborczego, a straty partii Kaczyńskiego okażą się na tyle niewielkie, iż w sondażowych wynikach PiS przez cały czas nie pojawi się z przodu jedynka, rewolta Morawieckiego zostanie uznana za nieskuteczną. Jak wiele podobnych buntów przed nią.

Na miejscu prezesa PiS nie liczyłbym jednak na taki rozwój wydarzeń. Przez całą swoją karierę w biznesie i polityce Morawiecki mógł liczyć na wsparcie swoich mentorów. Nic nie wskazuje na to, by mieli mu go odmówić właśnie teraz. Morawiecki może więc liczyć na życzliwość albo przynajmniej umiarkowaną przychylność mediów głównego nurtu, które będą podtrzymywały medialny byt jego politycznego projektu.

Zaistnienie nowego projektu politycznego otwiera prawdziwy worek z pytaniami. Którym ugrupowaniom Rozwój Plus Morawieckiego będzie odbierał głosy? Na ile zdoła umocować się w już silnie zagospodarowanym segmencie centroprawicy? Czy osłabiony PiS będzie przez cały czas konfrontował się z Konfederacją i Koroną, czy też przeciwnie, spróbuje zawrzeć z nimi taktyczne porozumienia? Wreszcie: jak zachowa się Tusk? Czy będzie traktował Morawieckiego jako potencjalnego partnera i koalicjanta, czy też uzna go za rywala żerującego na głosach centrowego elektoratu? Nie znając odpowiedzi na te pytania, nie jesteśmy w stanie racjonalnie ocenić prawdopodobieństwa poszczególnych scenariuszy rozwoju sytuacji.

Czas pokaże, kto zwycięży

Czas pokaże, kto przeżyje. Chwilowe kłopoty rządzących nami kompradorskich elit mogą oznaczać początek ich końca. Wcale jednak nie muszą. Nikt nie odda władzy w ręce Polaków tylko dlatego, iż znudziło mu się lub zmęczyło jej sprawowanie. Władzę, czy to w partii czy to w państwie zdobywa się, a nie dostaje. o ile chcemy przejąć kontrolę nad własnym państwem, musimy mieć tego świadomość.

Przemysław Piasta

fot. profil fb M. Morawieckiego

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Idź do oryginalnego materiału