Pijany Lajkonik musiałby przejechać warszawską Syrenkę w ciąży

5 godzin temu

Leszek Miller rozpowszechnił wiele powiedzonek, w tym: „prawdziwego mężczyznę poznaję się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy”. Metody na rozpoznanie prawdziwej kobiety nigdy były członek PZPR i SLD nie podał, ale w przypadku Moniki Piątkowskiej początek był fatalny, środek pełen błędów, a koniec zapowiada się katastrofalnie. Jest do tego stopnia beznadziejnie, iż kampania kandydatki na prezydenta Krakowa z powodzeniem mogłaby posłużyć jako na materiał do podręcznika politycznego marketingu pod tytułem: „Czego nigdy nie powinien robić polityk”.

Start kampanii wspólnej kandydatki KO i PSL, w rzeczywistości był falstartem, inaczej nie da się ocenić konferencji prasowej z udziałem premiera Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza, na której Monika Piątkowska była tłem. Jeszcze gorsze było to, iż konferencja odbyła się w Warszawie przed gmachem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, co na Krakusów musiało w odpowiedni sposób podziałać, biorąc pod uwagę fakt, iż między byłą o obecną stolicą Polski od lat trwa święta wojna. W teorii namaszczenie przez polityków tak wysokiej rangi, udzielone lokalnej kandydatce na stanowisko prezydenta drugiego, co do wielkości miasta w Polsce, powinno dodawać prestiżu, jednak w praktyce najczęściej jest to obciążające. Wyborcy nie lubią, gdy do spraw miasta wciska się „duża polityka” i nie przepadają też za tak zwanymi „spadochroniarzami”.

Najwyraźniej te powszechnie znane reakcje nie zrobiły na sztabie Moniki Piątkowskiej najmniejszego wrażenia, bo przez całą kampanię miesza wątki miejskie i polityczne. Przedstawiciele władzy centralnej, czyli warszawskiej, uczestniczą w spotkaniach wyborczych i obiecują złote góry, ponownie zaangażował się sam Donald Tusk, potem dołączyli do niego ministrowie: Jakub Rutnicki, Radosław Sikorski i Andrzej Domański. Cała ta delegacja jednoznacznie kojarzy się z nie lubianą w Krakowie Warszawą, czy choćby „warszawką”, ale chyba jeszcze więcej kosztowało udawaną Krakowiankę aktualne miejsce zamieszkania. Od kilku dni Monika Piątkowska nieudolnie się tłumaczy, dlaczego kandyduje na prezydenta Krakowa, skoro na co dzień mieszka na strzeżonym osiedlu Triton Country w podwarszawskim Nadarzynie?

Przy zachowaniu obiektywizmu, podobne pretensje należałoby potraktować z przymrużeniem oka, w końcu adres zamieszkania jest mało istotnym kryterium merytorycznej oceny kandydata. Problem Moniki Piątkowskiej polega jednak na tym, iż Warszawy i warszawskiej polityki na szczeblu rządowym w jej kampanii jest stanowczo za dużo i takie przesilenie działa na Krakusów odstraszająco. Piątkowska zdaje sobie sprawę, iż sporo rzeczy poszło i przez cały czas nie idzie tak, jakby sobie życzyła, ale wnioski wyciąga fatalne i w rezultacie popełnia następne błędy. Zaangażowanie rodziny w brudną grę wyborczą, to była jedyna i rozpaczliwa odpowiedź na ustalenia dziennikarzy dotyczące miejsca zamieszkania kandydatki. Gdy się wydało, iż Piątkowska ma podwarszawski adres, uderzyła w rzewny ton ataku na jej syna. „Atak” sprowadzał się wyłącznie do tego, iż syn natknął się na dziennikarzy, którzy wyczekiwali na panią senator przed nieruchomością do niej należącą.

Monika Piątkowska dała się też wciągnąć w klasyczną pułapkę debatowania o debacie, po tym jak Łukasz Gibała skorzystał w wilczego prawa przynależnego faworytowi z dużą przewagą sondażową i debaty odmówił. Nie dość, iż pani senator nic na tym nie ugrała, to jeszcze musiała zapłacić dwoma przegranymi procesami w trybie wyborczym, po nieudanych i kłamliwych prowokacjach wymierzonych w oponenta. Wprawdzie za mały sukces Piątkowskiej można uznać jeden wygrany proces z Gibałą, jednak przy tej skali błędów i warszawskiego „wsparcia”, pijany Lajkonik musiałby przejechać warszawską Syrenkę w ciąży na przejściu dla pieszych w Jeleniej Górze, żeby Monika Piątkowska wygrała wybory w Krakowie.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału