Mieszkańcy województwa lubelskiego dostali 29 września około pięciu alertów RCB o rosyjskich atakach na Ukrainie, a 30 września do przedpołudnia kolejne dwa. Przemysław Czarnek uznał, iż taka seria osłabia czujność. Dla Polaków stawką jest wiarygodny system, który w chwili rzeczywistego zagrożenia wywoła adekwatną reakcję, a nie obojętność.
Pięć alertów we wtorek, dwa kolejne w środę
Według relacji Do Rzeczy mieszkańcy województwa lubelskiego otrzymali 29 września około pięciu alertów RCB związanych z rosyjskimi atakami powietrznymi na Ukrainie. Następnego dnia do godziny 11.21 miały przyjść dwa kolejne. Komunikaty zwykle odwoływano po kilkudziesięciu minutach, informując, iż na terenie Polski nie ma zagrożenia.
Treść ostrzeżeń mówiła o rosyjskim ataku na Ukrainie, monitorowaniu sytuacji i operowaniu polskiego lotnictwa w przestrzeni Rzeczypospolitej. Taki mechanizm nie jest nowy. RCB stosowało podobne komunikaty we wrześniu, przekazując je operatorom telefonii, mediom publicznym i Polskiej Agencji Prasowej.
Seria wiadomości wywołała spór o granicę między potrzebnym ostrzeganiem a informacyjnym przeciążeniem. Przemysław Czarnek, poseł PiS z Lubelszczyzny, ocenił, iż mieszkańcy przestają czytać powtarzające się SMS-y. Jego zdaniem państwo ryzykuje, iż w chwili ataku na Polskę część odbiorców zignoruje kolejne powiadomienie.
Alert powinien mówić, co obywatel ma zrobić
Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wyjaśnia, iż alert powstaje na podstawie informacji o potencjalnym zagrożeniu otrzymywanych od ministerstw, służb i innych instytucji. Operatorzy mają obowiązek niezwłocznie przesłać wskazaną wiadomość wszystkim użytkownikom przebywającym na określonym obszarze. Celem systemu jest ochrona życia i zdrowia.
Z tej zasady wynika podstawowy wymóg: odbiorca musi zrozumieć, co grozi właśnie jemu i jak ma postąpić. Informacja o rosyjskim nalocie na Ukrainie jest ważnym kontekstem, szczególnie blisko granicy. Nie może jednak zastąpić oceny zagrożenia dla Polski oraz jednoznacznej instrukcji. Inaczej obywatel dostaje opis sytuacji wojennej, ale przez cały czas nie wie, czy powinien zostać w domu, zejść do bezpiecznego miejsca, czy tylko śledzić komunikaty.
Polskie lotnictwo słusznie reaguje na rosyjskie uderzenia. Poderwanie myśliwców i alerty na wschodzie kraju są częścią realnej ochrony granicy. Tego nie wolno ośmieszać ani bagatelizować. Trzeba natomiast wymagać od rządu, aby system komunikacji był równie precyzyjny jak działania operacyjne wojska.
Zaufanie jest częścią obrony cywilnej
Czarnek zaatakował ministrów Tomasza Siemoniaka i Władysława Kosiniaka-Kamysza, zarzucając podległym im służbom bezwład. Jego diagnoza o zmęczeniu alarmami zasługuje na poważną odpowiedź. Zbyt wąskie byłoby jednak twierdzenie, iż państwo powinno ostrzegać dopiero wtedy, gdy atak na Polskę jest już rozpoznany. Na pograniczu liczą się minuty, a komunikat wyprzedzający może ratować życie.
Rozwiązaniem nie jest cisza. Potrzebne są wyraźne poziomy ostrzegania, różne sygnały dla informacji i bezpośredniego alarmu oraz krótka instrukcja postępowania. Państwo musi też wyjaśniać błędy. Po jednym z wrześniowych zdarzeń RCB przyznało, iż przerwanie wysyłki mogło sprawić, iż część osób dostała jedynie odwołanie zagrożenia.
Mieszkańcy Lubelszczyzny żyją najbliżej wojny i mają prawo do sprawnego systemu, nie do urzędowego chaosu. Wcześniejsze zdarzenia przy granicy pokazały, jak łatwo huk samolotów i niepełna informacja rodzą niepokój. Zaufanie obywatela do alarmu jest zasobem obronnym. Rząd nie może go zużywać bez końca.
Źródło: Do Rzeczy, WP Wiadomości, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa
Źródło: Do Rzeczy











