Oto kultowa książka o treningu, który może wykonywać każdy niezależnie od okoliczności. Legendarny Paul „Coach” Wade, były wieloletni więzień, udowadnia w niej, iż da się osiągnąć wymarzoną formę bez specjalistycznego sprzętu (z opisu wydawcy).
Wydawnictwu Feeria dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki (i do ćwiczeń).
2. Stara szkoła kalisteniki
Utracona sztuka mocy
Słowa „kalistenika” nie słyszy się już często w kręgach sportów siłowych; wielu trenerów osobistych mogłoby mieć choćby trudności z jego ortograficznym zapisaniem. Słowo to było w użyciu w języku angielskim przynajmniej od XIX wieku, ale ma znacznie dawniejsze pochodzenie. Wywodzi się od greckich rdzeni: kallos, czyli piękno, oraz sthenos, czyli siła.
Kalistenika to zasadniczo sztuka wykorzystywania masy własnego ciała oraz zjawiska bezwładności jako środków rozwoju fizycznego.
Moją „więzienną zaprawę” można określić jako zaawansowaną formę kalisteniki, opracowaną w celu maksymalizacji siły i sprawności sportowej. w tej chwili większość ludzi w Ameryce kojarzy kalistenikę co najwyżej z wysokopowtórzeniowymi pompkami, spinami oraz mniej wymagającymi ćwiczeniami, takimi jak pajacyk czy bieganie w miejscu. Kalistenika stała się opcją drugiego wyboru, treningiem obwodowym „dla ubogich”, coś jak ćwiczenia aerobiku. Ale nie zawsze tak było.
Pradawna sztuka treningu z masą ciała
Od dawna wiedziano, iż prawidłowo wykonywane ćwiczenia z masą własnego ciała kształtują muskularną sylwetkę i rozwijają wielką siłę. Już w czasach prehistorycznych, gdy pierwsi ludzie starali się wyrabiać i demonstrować moc fizyczną, czynili to, prezentując kontrolę nad swoim ciałem – podciągając się, zginając kolana i skacząc czy odpychając ciało siłą kończyn od powierzchni ziemi. Czynności te wyewoluowały ostatecznie w system, który zwiemy dziś sztuką kalisteniki.
Kalistenika nigdy nie była postrzegana przez starożytnych jako metoda treningu wytrzymałościowego; był to przede wszystkim trening siły.
System ten wykorzystywali najlepsi wojownicy do wyrobienia maksymalnej siły bojowej oraz budzącej trwogę muskulatury.
Jedno z pierwszych świadectw kalisteniki przekazał nam starożytny historyk Herodot, który podaje, iż przed bitwą pod Termopilami (ok. 480 roku p.n.e.) król-bóg Kserkses I wysłał na rekonesans grupę zwiadowczą. Żołnierze mieli spojrzeć w głąb wąwozu na dalece mniej liczne oddziały Spartan, wiedzione przez króla Leonidasa. Po ich powrocie zadziwiony Kserkses usłyszał z ust zwiadowców, iż wojowie Sparty zajęci są kalistenicznymi ćwiczeniami ciała. Król nie posiadał się ze zdumienia, gdyż wszystko wskazywało, iż szykują się do bitwy. Śmiechu warte, skoro u wejścia do wąwozu rozłożyła się armia perska w liczbie ponad 120 tys. mężczyzn. Spartan było zaś 300.
Ostro i bez znieczulenia
– tak działamy od 2020 roku. Dziennikarstwo, które nie jest obojętne. Tygodnik Spraw Obywatelskich nagłaśnia nadużycia, edukuje i daje narzędzia do realnej, obywatelskiej zmiany.
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
Kserkses wysłał do nich posłańców z wieścią, iż mają się usunąć lub zostaną zmieceni. Spartanie odmówili spełnienia ultimatum, a w trakcie bitwy, która się wywiązała, zdołali powstrzymywać armię perską przez 3 dni, aż do czasu przegrupowania innych greckich oddziałów. Być może widziałeś sceny z tej bitwy w epickim filmie Zacka Snydera pt. 300 (2007).
Spartanie są do dziś powszechnie uważani za jednych z najtwardszych wojowników w historii ludzkości, a jak widać, nie wstydzili się uprawiać treningu kalistenicznego. W istocie ta starożytna metoda treningu była fundamentem ich nadzwyczajnego przygotowania bojowego. Zresztą Spartanie nie byli jedynymi w starożytności, którzy pokładali taką wiarę w kalistenice. Jak udokumentował to Pauzaniasz, wszyscy wielcy atleci greckich igrzysk olimpijskich – w tym znamienici bokserzy, zapaśnicy i siłacze antycznego świata – trenowali według wskazań kalisteniki. Na zachowanych fragmentach attyckiej ceramiki, mozaik i reliefów architektonicznych widzimy liczne sceny, które jednoznacznie ukazują ćwiczenia kalisteniczne. Z obrazów tych, wzorowanych na uczestnikach igrzysk (zawodnikach, którzy dochodzili do swego poziomu sprawności dzięki kalistenice), wywodzi się ideał ludzkiego ciała, który znamy dziś pod poetycką nazwą: „grecki bóg”.
Grecy rozumieli, iż praktykowanie kalisteniki pozwala na rozwój pełni potencjału ciała – nie w odrażający, rozdęty sposób, jak u współczesnych kulturystów, ale z zachowaniem doskonałych proporcji, współbrzmiących z naturalną estetyką.
Trening ten płynnie prowadzi do takiej harmonii, ponieważ stawiany ciału opór w postaci tegoż ciała nie jest ani zbyt mały, ani zbyt wielki. To poziom oporu doskonale dobrany przez samą Matkę Naturę. Grecy zdawali sobie też sprawę, iż kalistenika prowadzi nie tylko do ogromnej siły i atletycznej budowy, ale również do gracji ruchu i piękna fizycznego kształtu. Taki jest właśnie sens terminu „kalistenika”, utworzonego z greckich słów „piękno” i „siła”.
Sztuka treningu kalistenicznego – wraz z wieloma innymi umiejętnościami – została przekazana przez Greków ich następcom, Rzymianom. Choć armia rzymska była ucieleśnieniem niezrównanej organizacji militarnej, największe mistrzostwo kunsztu atletycznego przypadło gladiatorom – wojownikom, zmagającym się na arenach przed publicznością. Rzymski historyk Liwiusz opisał, jak ci wojowie trenowali dzień w dzień w ludi (obozach kondycyjnych), wykonując ćwiczenia z masą własnego ciała, które dziś zaliczylibyśmy do zaawansowanej kalisteniki. Przez ciągłe powtarzanie różnych ruchów gladiatorzy wyrabiali sobie taką siłę, iż wśród ludu szeptano pogłoski, iż są oni nieprawymi potomkami śmiertelnych kobiet i Tytanów – mocarnych gigantów, którzy w czasach przed powstaniem ludzkości toczyli boje z samymi bogami.
Niewyobrażalna wytrzymałość fizyczna, zapewniona gladiatorom przez kalistenikę, w połączeniu z wyszkoleniem w rzemiośle wojennym doprowadziła w I wieku p.n.e. nieomal do upadku imperium, gdy Spartakus wzniecił wraz z innymi gladiatorami powstanie i zagroził porządkowi rzymskiemu. Czołowi wojownicy armii powstańców byli tak silni fizycznie, iż mimo słabego uzbrojenia i ogromnej przewagi liczebnej Rzymian dziesiątkowali cesarskie legiony.
Niewątpliwie starożytni mieli wiele różnych systemów treningu kalistenicznego. Z zachowanych opisów oraz ilustracji wynika, iż ćwiczenia z masą własnego ciała wykonywane przez tych legendarnych wojowników i atletów mają kilka wspólnego z tym, co zwie się kalisteniką dzisiaj. Daleki od stosunkowo miękkiego treningu typu aerobik, system ich bardziej przypominał współczesną gimnastykę wyczynową i był bezsprzecznie nastawiony na progresywny rozwój siły i sprawności.
Tradycja siły
Ta forma treningu fizycznego przetrwała upadek antycznych cywilizacji o całe wieki. Przez większą część historii ludzkości przyjmowano jako oczywiste, iż najlepszą metodą, dzięki której atleta może pomnażać swą siłę, jest odpowiednia manipulacja masą własnego ciała zgodnie z zasadą rosnącego obciążenia.
Stulecia płynęły, a wiedza starożytnych pozostawała żywa w obozach szkoleniowych armii Bliskiego Wschodu. Do Europy wróciła z nową mocą w okresie wypraw krzyżowych, niczym na poły zapomniany dawny znajomy, ponownie przedstawiony wojowniczym Europejczykom. Wiadomo, iż lwią część szkolenia giermka, zanim zostawał rycerzem, stanowiło przygotowanie fizyczne. Istnieje niemało świadectw, iż przygotowanie to opierało się na kalistenice. Na kartach iluminowanych manuskryptów oraz na arrasach widzimy, jak giermkowie wykonują podciągnięcia (korzystając z gałęzi drzew lub z drewnianych stelaży), a także ćwiczenia siłowe w pozycji odwróconej, przypominające pompki w staniu na rękach.
Fakt, iż średniowieczni wojownicy odbywali trening siłowy – setki lat przed wynalezieniem sztang i hantli – nie podlega dyskusji. Rycerze zachodnich armii średniowiecza dysponowali wręcz niewiarygodną siłą. Ówcześni komentatorzy twierdzili, iż doborowi łucznicy Henryka V są tak silni, iż potrafią wyrywać drzewa z korzeniami. Mógł być w tym element propagandy, jednak ocenia się, iż w późniejszych monstrualnych łukach wydobytych z zatopionego statku „Mary Rose” Henryka VIII siła naciągu cięciwy dochodziła do 90 niutonów (kg · m/s²). Dzisiejsi łucznicy nie byliby w stanie posługiwać się takim sprzętem.
Przez cały okres renesansu te dawne metody zachowywały się w ramach szkolenia wojskowego, a szerzej upowszechniane w Europie były za sprawą wędrownych grajków, akrobatów i żonglerów, którzy zarabiali na chleb, demonstrując wyczyny siłowe i gimnastyczne na dworach oraz podczas jarmarków w miasteczkach i wioskach. Umiejętności te dalej szerzyły się w erze oświecenia, kiedy ceniono wszelką wiedzę na każdy temat jako wartościową dla człowieka.
Również w XIX wieku ćwiczenia siłowe z masą ciała były powszechnie szanowane.
W istocie, jeżeli klasyczny okres starożytnej Grecji można określić jako złoty wiek kultury fizycznej, nie ma wątpliwości, iż 2. połowę XIX wieku należy uznać za kolejny złoty wiek. We wszystkich zakątkach gwałtownie rozwijającego się świata specjaliści w zakresie zdrowia dostrzegali i zaczynali naukowo dokumentować nieocenioną wartość treningu z masą ciała. W Prusach legendarny dowódca wojskowy Friedrich Ludwig Jahn zaczął formalizować praktykę treningu masą ciała oraz minimalnym wykorzystaniem zaprojektowanego przez siebie sprzętu: drążka, poręczy równoległych, konia i równoważni. Powstała dyscyplina znana nam dziś jako gimnastyka sportowa.
Tradycja wędrownych pokazów siły i akrobacji przetrwała w cyrku, dając początek erze siłaczy. W Europie i Ameryce pojawiły się dziesiątki fenomenalnych atletów. Z okresu tego pochodzą takie sławy jak Arthur Saxon, G. W. Rolandow i Eugen Sandow (na potężnej posturze tego ostatniego wzorowana jest statuetka zawodów Mr. Olimpia – najbardziej prestiżowa nagroda w dzisiejszej kulturystyce). Ludzie ci należeli do najsilniejszych w historii, a z pewnością przewyższali pod tym względem współczesnych nam sterydowców. Saxon potrafił wycisnąć jednorącz 175 kg nad głowę. Rolandow bez problemu darł naraz 3 talie kart (coś, co wydaje się całkowicie niemożliwe). Sandow przez samo natężenie się rozrywał stalowe łańcuchy oplecione wokół torsu. W budowaniu siły tych mężczyzn istotną rolę odgrywała kalistenika. Pamiętaj, iż sztangi z regulowanym obciążeniem oraz hantle zostały wynalezione dopiero w XX wieku. Przed wprowadzeniem tej innowacji znakomita większość najbardziej muskularnych ciał na świecie rozwinęła się dzięki balansowaniu na rękach i ćwiczeniom na drążku.
Wielcy XX wieku
Jeszcze w 1. połowie XX wieku większość legendarnych postaci w środowisku siłaczy została ukształtowana dzięki treningowi z masą ciała. W tamtych czasach nie uznano by za silnego kogoś, kto nie potrafi z łatwością wykonywać przysiadów na jednej nodze, podciągać się na drążku albo stać na rękach. Owszem, sztangi i hantle były włączane do treningu, ale dopiero po opanowaniu ćwiczeń z masą ciała.
Nawet zawodnicy wagi ciężkiej byli wówczas mistrzami zaawansowanej kalisteniki. Brytyjski siłacz i późniejszy zapaśnik Bert Assirati zdumiewał tłumy publiczności w latach 30., wyginając się w tył do mostka przed wyskokiem do stania na jednej ręce, mimo iż ważył ponad 110 kg. Do dziś Assirati pozostaje najcięższym sportowcem w historii, który był w stanie wykonać niewiarygodnie trudny krzyż na obręczach.
W latach 40. i 50. bodaj najsilniejszym atletą na świecie był kanadyjski tur Doug Hepburn. Uważa się go za jednego z największych mistrzów wszechczasów w wyciskaniu. Wyrywał 500 funtów (227 kg) ze stojaka, a zza głowy wyciskał 350 funtów (159 kg) – wszystko w czasach, gdy nie było sterydów i suplementów. Mimo iż uginały się pod nim wagi (ważył 136 kg), Hepburn przyjął jako fundament swego treningu siłowego ćwiczenia z masą ciała – i widać było tego efekty. Tors miał wielkości buicka, a spoczywały na nim bary szersze niż przeciętna framuga. Chociaż radził sobie po mistrzowsku z podnoszeniem ciężarów, swą fenomenalną siłę wyciskania przypisywał opanowaniu pompek w staniu na rękach. W trakcie treningu robił je bez podparcia, a często także na specjalnych poręczach równoległych, dzięki czemu mógł schodzić niżej niż można by normalnie. Ten gigantyczny mężczyzna dowiódł raz na zawsze, iż wysoka masa mięśniowa nie stanowi bariery uniemożliwiającej osiągnięcie doskonałości w kalistenice. Pomimo swej potężnej postury Hepburn nigdy nie był skrępowany masą mięśni ani spowolniony, ponieważ na serio traktował trening z masą ciała – postawa, której tak rozpaczliwie brakuje dzisiejszym kulturystom.
Zapewne ostatnim z wielkich mistrzów ćwiczeń z masą ciała był „najdoskonalej zbudowany mężczyzna na świecie” Angelo Siciliano, znany lepiej jako Charles Atlas.
W latach 50. i 60. Siciliano sprzedał wysyłkowo setki tysięcy egzemplarzy swego kursu Dynamic Tension („Napięcie dynamiczne”). Jego metoda stanowiła połączenie tradycyjnej kalisteniki z technikami izometrycznymi. Charles Atlas nauczył całe pokolenie czytelników komiksów, iż nie muszą ćwiczyć z ciężarkami, by nikt nie śmiał dmuchać im w kaszę.
Ale był ostatnim z wymierającej rasy.
Koniec pewnej ery
Z biegiem kolejnych lat w 2. połowie XX wieku zarzucono wiele dawniejszych systemów i metod treningowych, tak iż zaczęły powoli zamierać. Pod wieloma względami była to bezpośrednia i nieunikniona konsekwencja industrializacji. Od czasu rewolucji przemysłowej styl życia człowieka stawał się coraz bardziej zdominowany przez technologię. Trend ten zaznaczył się również na polu kultury fizycznej i metod treningu.
XX wiek był świadkiem istnej eksplozji nowych technologii sportowych, w związku z którymi zmieniło się też podejście do treningu.
U zarania tych zmian pojawiły się sztangi z regulowanym obciążeniem oraz hantle. Oczywiście sztangi i swobodne ciężarki wykonane z metalu znane były od stuleci, ale XX-wieczne podejście do treningu zaczęło się na dobre, gdy w 1900 roku brytyjski atleta Thomas Inch skonstruował sztangę, w której można było zmieniać talerze. niedługo do zestawu treningowego zostały dodane linki wyciągu z regulowanym obciążeniem, a potem niedługo trzeba było już czekać na wynalezienie maszyn treningowych, które nie wykazują żadnego podobieństwa do swobodnych ciężarków i które opanowały niemal całą scenę treningową. W latach 70. nikt nie mógł powiedzieć, iż jest kimś, jeżeli nie trenował na „nautilusach” (maszynach oporowych, nazwanych tak ze względu na wzorowanie kształtu dźwigni na muszlach skorupiaka z gatunku Nautilus). W całych Stanach Zjednoczonych wyrastały wtedy siłownie ze sprzętem Nautilusa, w tej chwili zaś trudno znaleźć jakąś siłownię w dowolnym rejonie świata, której nie zapełniałyby skomplikowane i dezorientujące maszyny siłowe. choćby sztangi i hantle zostały posłane do kąta, a co dopiero ćwiczenia z masą ciała. Gdy przychodziły kolejne dekady XX wieku, garstka szanowanych autorytetów, takich jak Charles Atlas, nie zdołała uratować progresywnego treningu z masą ciała od wyginięcia.
Różnica między starą i nową szkołą kalisteniki
Wszystkie te wydarzenia w stosunkowo krótkim czasie radykalnie zmieniły sposób wykonywania ćwiczeń fizycznych. Przy okazji tych zmian straciliśmy coś bardzo wartościowego. Przez tysiące lat – niemal przez całą historię – ludzie, którzy chcieli być rośli i silni, wprawiali się w ćwiczeniach z masą swego ciała. Z pokolenia na pokolenie przekazywano systemy wiedzy i wyrafinowane filozofie takich metod i technik treningowych. Powstały zdumiewające (i jakże efektywne) metodologie, nastawione na cele siłowe; metodologie inteligentne i progresywne, będące owocem stuleci prób i błędów. Te bezcenne systemy służyły budowaniu siły atlety aż do osiągnięcia przez niego szczytu możliwości pod względem nie tylko siły, ale także zwinności, motywacji i wytrwałości. To mam na myśli, pisząc o „starej szkole” kalisteniki.
Gdy w 2. połowie XX wieku zaczęła się dominacja sztang i maszyn, całą tę z trudem zdobytą wiedzę przeszłości potraktowano jako zbędny balast, nieadekwatny w nowoczesnych czasach.
Zaślepieni nowymi gadżetami i powiązanymi z nimi metodami ludzie coraz rzadziej odwoływali się do wskazań starej szkoły, aż w końcu zaczęła ona całkiem zanikać.
Dziś trening siłowy z masą własnego ciała został prawie w pełni zastąpiony ćwiczeniami oporowymi na maszynach lub ze sztangą albo hantlami. Trening z masą ciała postrzegany jest jak kulawy kompan tych nowych koncepcji i został zepchnięty na margines. Umiejętności i metody starej szkoły doznały atrofii z nieużywania i przepadły. Zachowało się tylko najbardziej podstawowe minimum.
Obecnie gdy ludzie – choćby tzw. eksperci – mówią o treningu z masą ciała, odnoszą się jedynie do elementarnych ćwiczeń dla początkujących: pompek, pełnych przysiadów itd.
Do nich dodają jeszcze kilka żałosnych nowoczesnych aktywności, takich jak spiny na mięśnie proste brzucha. Ćwiczenia takie serwowane są dzieciom w szkołach i rekonwalescentom albo wykonywane w charakterze rozgrzewki lub w celu wyrobienia odrobiny wytrzymałości. Porównując to z podejściem tradycyjnym, akcentującym kształcenie siły, można mówić tu o „nowej szkole” kalisteniki. Stara szkoła – której metody ćwiczeń z masą ciała miały stopniowo wyrabiać niewiarygodną siłę i moc – niemal zaginęła.
Niemal.
Rola więzień w zachowaniu starszych systemów
Jest jedno miejsce, w którym stara szkoła kalisteniki nie wymarła; miejsce, w którym dawne systemy ćwiczeń zostały doskonale przechowane niczym owad zastygły w bursztynie – więzienia.
Przyczyna tego jest oczywista. Rewolucja w zakresie sprzętu treningowego, która na wolności wyeliminowała starą szkołę kalisteniki, nigdy nie zaszła w więzieniach. Albo przynajmniej dotarła tam z wielkim opóźnieniem. W latach 50. i 60. siłownie wyposażone w sztangi i hantle wyrastały w USA jak grzyby po deszczu – ale nie za murami zakładów karnych. Pierwsze prymitywne dołki do ćwiczeń z obciążeniem zaczęły się pojawiać tam pod koniec lat 70. „Niezastąpione” maszyny siłowe, na których dorobiła się większość siłowni w latach 70. i 80., są przez cały czas niedostępne w przeważającej liczbie więziennych sal gimnastycznych.
Efekt był więc taki, iż podczas gdy reszta świata treningu siłowego przechodziła w XX wieku radykalną „modernizację”, więzienia były hermetyczną bańką. Tradycje zamierające w siłowniach w całym kraju trzymały się dobrze w zakładach karnych, gdzie nie zadusiły ich technologiczne nowinki ani pieniądze pozwalające na szpanerskie gadżety.
W XVIII i XIX wieku zapuszkowani faceci, którzy potrafili wykonywać trening siłowy z masą ciała (akrobaci, cyrkowcy, siłacze), dzielili się tą umiejętnością z innymi więźniami. Wiedza ta – stara szkoła kalisteniki – była tu na wagę złota, skoro nie było żadnego wyposażenia oprócz prętów krat nad głową i posadzki pod nogami. Tymczasem zachowanie siły i sprawności fizycznej miało fundamentalne znaczenie; nie było wtedy lekko. I dziś życie w więzieniu to nie wczasy, ale 100 i więcej lat temu było jeszcze ciężej. Maltretowanie i znęcanie się stanowiły normę; nikogo nie dziwiło, iż więźniowie zabijają się nawzajem czy poważnie ranią. Goście, którzy uprawiali w celach ćwiczenia siłowe, robili to po to, by utrzymać się przy życiu. Trenowali więc z furią i wielkim samozaparciem, skoro siła była sprawą życia i śmierci. W tym sensie nie różnili się oni od Spartan prowadzonych 24 wieki wcześniej przez Leonidasa. I jedni, i drudzy polegali na swej sile fizycznej, by przeżyć, a w celu wyrobienia tej siły uprawiali tradycyjną kalistenikę.
Początki więziennego treningu kondycyjnego
Do dziś więźniowie na całym świecie ćwiczą według zasad starej szkoły kalisteniki.
W trakcie dziesięcioleci, które spędziłem w więzieniach stanowych, miałem obsesję na punkcie siły i sprawności fizycznej.
Z czasem przerodziła się ona w obsesję na punkcie treningu z masą ciała. Dopiero po kilku latach odsiadki zacząłem rozumieć prawdziwą naturę i wartość produktywnych ćwiczeń tego typu, a trzeba było wielu następnych lat, bym zdołał złożyć w całość rozsypane elementy „tajnej historii” starej szkoły kalisteniki i roli, jaka w jej zachowaniu przypadła więzieniom.
Czytałem wszystko, co mogłem znaleźć na temat treningu i ćwiczeń fizycznych oraz metod budowania ciała w warunkach braku sprzętu lub minimalnego do niego dostępu. Miałem przywilej obserwowania, jak setki niewiarygodnie silnych i atletycznie wyszkolonych w więzieniu mężczyzn ćwiczą, korzystając wyłącznie z masy swego ciała. Wielu z tych facetów dysponowało fenomenalnymi umiejętnościami, praktycznie olimpijską sprawnością i siłą. Jednak z powodu ich zagmatwanej biografii i pośledniego miejsca na drabinie społecznej nigdy nie zobaczysz ich zdjęć w czasopismach ani nie przeczytasz o ich treningu. Widziałem, co ludzie ci potrafią robić, i długo rozmawiałem z nimi o ich metodach. Miałem zaszczyt zaprzyjaźnić się i spędzić niemało czasu z przedstawicielami poprzedniego pokolenia skazańców; z gośćmi pamiętającymi siłaczy, którzy byli trenowani jeszcze przez sławy ze złotego wieku kultury fizycznej; z gośćmi, którzy poznali dawnych siłaczy, słyszeli ich opowieści i widzieli, jak ćwiczą. Postępując zgodnie z ich wskazaniami, bezlitośnie trenowałem siebie dniami i nocami, aż całe ciało mnie paliło, a moje dłonie krwawiły. Potem kierowałem treningiem setek innych chętnych, dalej szlifując swoją wiedzę o ćwiczeniach z masą ciała.
Postawiłem sobie za cel, by wiedzieć na temat starej szkoły kalisteniki więcej niż ktokolwiek inny z żyjących. W ciągu lat zgromadziłem całe stosy notatek. Wybrałem najlepsze pomysły i techniki ze wszystkich systemów, które poznałem za kratami, by opracować doskonałą formę kalisteniki – metodę, którą można stosować progresywnie w celu zdobycia tytanicznej siły, zwinności i kondycji; metodę, której stosowanie nie jest uzależnione od dostępu do wyrafinowanego sprzętu, która zabiera minimum czasu i jest jak najmniej skomplikowana.
System ten to sama śmietanka tego, czego się nauczyłem. Znany jest dziś pod nazwą Convict Conditioning (dosł. zaprawa skazańca) i stanowi przedmiot tej książki.
Jednak wbrew swej nazwie i pochodzeniu system ten nie jest koniecznie przeznaczony dla więźniów. Ma do zaoferowania całą gamę korzyści każdemu, kto chce stać się skrajnie silny i wysportowany, a jednocześnie pozostawać zdrów jak ryba.
Światła gasną
Zauważyłem, iż kiedy opowiadam ludziom na wolności o morderczych, hardcorowych, wykonywanych do upadłego programach treningowych z masą ciała, które regularnie realizuje się w więzieniach, niezmiennie spotykam się z falą entuzjazmu. Chłopaki lubią czegoś takiego posłuchać! Po ożywionej rozmowie kulturyści i sportowcy oświadczają mi z pełną szczerością, iż będą z oddaniem opanowywali ćwiczenia z masą ciała. A kilka tygodni potem dowiaduję się, iż choćby nie spróbowali kalisteniki. Są z powrotem w siłowni, ćwicząc wyłącznie na maszynach i z wolnymi ciężarkami, podążając donikąd według tych samych bezproduktywnych programów co wszyscy inni.
Nie winię ich za to. Ludziom trudno jest na serio przyłożyć się do metody treningu, która jest tak indywidualistyczna; której nie stosuje, zdaje się, nikt po tej stronie murów. Aby mieć motywację do włożenia energii w kalistenikę według zasad starej szkoły, większość trenujących musi dobrze poznać pewne fakty. Muszą oni uświadomić sobie różnice, które dzielą bezskuteczne, kosztowne i szkodliwe nowe metody ćwiczeń od skutecznych, darmowych i bezpiecznych sposobów progresywnego treningu z masą ciała – tradycyjnej sztuki, która stanie się przełomowym „odkryciem” jutra.
Różnice między kalisteniką a nowocześniejszymi metodami omawiam w następnym rozdziale.


10 godzin temu












