Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

myslpolska.info 3 godzin temu

Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, zapytana o to, czy Polska ponownie przekaże Ukrainie pociski systemu Patriot, stwierdziła, iż „ta decyzja musi być podjęta w kontekście bezpieczeństwa Polaków i wszystkie racje muszą być zważone”, dodając, iż decyzja może zapaść w najbliższych dniach.

To „jeszcze” jest jak dzwonek alarmowy, którego dźwięk wzmacnia tylko stwierdzenie wiceminister, iż jej resortowy pryncypał, Władysław Kosiniak-Kamysz, „dziś jest skłonny przekazać więcej, ponieważ wolałby, żeby taka rakieta została zestrzelona nad terytorium Ukrainy, niż żeby wpadła w nasze”. Koresponduje to z wypowiedzią Donalda Tuska, iż „będzie rozważał” z Kosiniakiem-Kamyszem „jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeżeli będzie taka potrzeba”, ponieważ prezydent Ukrainy powiedział mu, iż najbliższe sto dni może rozstrzygnąć o wyniku wojny.

Dobrze czytacie. Premier Polski podejmuje strategiczne decyzje (a przynajmniej tak przedstawia swój proces decyzyjny), bo prezydent Ukrainy mu coś powiedział.

Przekazanie Ukrainie kolejnych pocisków systemu Patriot będzie oczywiście radykalnym działaniem na niekorzyść naszego bezpieczeństwa. Dokonująca się rewolucja w sztuce wojennej, związana z taniością i masowością nowych środków napadu powietrznego, powoduje radykalny wzrost zużycia tradycyjnego uzbrojenia – drogich środków obrony. Skalę tego zjawiska pokazuje przykład USA, które przegrywają wojnę z Iranem między innymi ze względu na nierównowagę kosztową działań zbrojnych między walczącymi stronami. Według danych przytoczonych pod koniec lipca przez „Wall Street Journal”, powołujący się na wyliczenia Center for Strategic and International Studies, siły zbrojne USA, próbując odeprzeć odwet Irańczyków, zużyły podczas wojny rozpoczętej przeciw Iranowi co najmniej 1500 pocisków przechwytujących Patriot. W niespełna pięć miesięcy. I to nie zawsze skutecznie, bowiem Irańczycy zdołali zniszczyć szereg cennych instalacji wojskowych USA na Bliskim Wschodzie.

Nie ma przy tym widoków na szybkie uzupełnienie arsenału. W całym 2025 roku Lockheed Martin wyprodukował 620 pocisków PAC-3 MSE. Jestem przekonany, iż zajmiemy dość odległe miejsce w kolejce po nieliczne schodzące z amerykańskich linii produkcyjnych antyrakiety. Z tych powodów zresztą uważam, iż stanowisko rządu Tuska jest wynikiem presji protegujących Ukrainę Amerykanów i iż stanowisko rządu Mateusza Morawieckiego byłoby takie samo albo jeszcze bardziej usłużne wobec Waszyngtonu i Kijowa.

Premier i wicepremier, rządzący państwem, którego system obrony pozostaje dalece niekompletny choćby w kategoriach tradycyjnych, szafując jednym z jego głównych środków, dowodzą swojej nonszalancji w dziedzinie bezpieczeństwa i strategii. Ale jeszcze bardziej dyskwalifikujące jest to, iż dowodzą także swoich skrajnie niskich kompetencji w tym, na czym powinni się znać – polityce.

Takie publicznie wyrażane deklaracje utożsamiające interes Polski z interesem Ukrainy, takie manifestowanie przejęcia interesem, stanowiskiem i argumentami innego – przecież, jak się ostatnio okazało, z pewnością nie sojuszniczego – państwa już na starcie stawiają Polskę w pozycji przegranego w politycznym przetargu. choćby gdyby bowiem uznać – przyjmijmy ten czysto teoretyczny scenariusz – iż w interesie Polski leżałoby przekazanie Ukrainie jakiejś części naszego uzbrojenia, to przecież należałoby właśnie dla Polski jak najwięcej wycisnąć w zamian za ten ruch. Absolutnie pierwszym i podstawowym założeniem w takim przypadku byłoby niesprawianie przez rządzących Polską już na starcie wrażenia, iż są gotowi uczynić to bezwarunkowo, przedstawiając taki ruch jako leżący w naszym własnym interesie. W ramach przetargu należałoby to przekonanie maskować do samego końca, by wytargować jak najwięcej. Ale o żadnych warunkach nie słychać. Po tym wszystkim, co Zełenski zrobił wobec Polski, znów staje się ona dla niego magazynem z szeroko otwartą bramą, w którym właściciele jeszcze cieszą się i poklepują go po plecach, iż raczył przyjść i coś sobie zabrać.

Ten sam mechanizm nie dotyczy zresztą wyłącznie polskich magazynów uzbrojenia. Ukraina spogląda dziś także na nasze możliwości przeładunkowe i magazyny zbożowe. Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa poinformowało o rozmowach jego szefa Tarasa Wysockiego z polskim chargé d’affaires ad interim Piotrem Łukasiewiczem. W czasie rozmów strona ukraińska sama przyznała, iż z powodu systematycznych rosyjskich ataków na infrastrukturę portową i logistyczną Ukraina jest zmuszona szukać alternatywnych tras eksportu produktów rolnych. Przy czym, by dopełnić obrazu grożącego nam kryzysu, rząd Ukrainy otwarcie przekazał, iż nie chodzi mu tylko o „korytarze solidarności”, czyli wykorzystanie części mocy przeładunkowych portów w Gdańsku, Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Według ukraińskiego Ministerstwa Rolnictwa niedobór zdolności magazynowych na Ukrainie w listopadzie może wynieść od 7,5 mln ton do 11 mln ton. W czasie rozmów z polskimi dyplomatami omawiano zarazem możliwość zapewnienia ukraińskim producentom dodatkowych zdolności magazynowych.

Można więc łatwo wyobrazić sobie, iż podobnie jak w 2023 roku nie będziemy mieli do czynienia z żadnym tranzytem, ale z lokowaniem ukraińskiej produkcji na polskim rynku, ze szkodą dla polskich rolników. Ukraińscy producenci rolni nie podlegają przy tym wszystkim tym samym wymogom produkcyjnym, środowiskowym i regulacyjnym, jakie obciążają producentów w Unii Europejskiej. Oznacza to również nierówne warunki konkurencji dla polskiego rolnictwa.

Blokada ukraińskiego eksportu morskiego jest faktem. Rosjanie niszczą instalacje portowe Odessy i atakują ukraińskie statki handlowe. Nie można jednak analizować tych działań w oderwaniu od tegorocznej eskalacji wojny na Morzu Czarnym. Ukraina sama zdecydowała się znacząco rozszerzyć ataki na rosyjskie porty, tankowce i inne statki handlowe, musiała więc brać pod uwagę, iż Rosja odpowie nasileniem działań wymierzonych również w ukraińską żeglugę i infrastrukturę portową. Wołodymyr Zełenski 25 czerwca gromko ogłosił „40-dniową operację służb mającą na celu wywarcie wpływu na państwo agresora, aby wywrzeć presję na zakończenie wojny”. Dziś rachunek za gospodarcze konsekwencje tej decyzji ma zostać przynajmniej częściowo wystawiony Polsce.

W tej eskalacji czuć zresztą rękę prezydenta Ukrainy, mającego przecież zawodową skłonność do pijarowskiego rozgrywania wojny. Tymczasem sytuacja strategiczna Ukrainy tylko się przez jego działania pogarsza. Polskie wojsko, polscy rolnicy i polscy konsumenci nie mogą płacić za błędy polityczne i strategiczne władz Ukrainy. Polskie magazyny uzbrojenia, polskie magazyny zbożowe i polski rynek nie są zasobami, którymi władze Ukrainy mogą kompensować skutki własnych decyzji strategicznych. Zadaniem polskiego rządu nie jest zaś ułatwianie im tego, ale pilnowanie, by koszt tych decyzji nie został przerzucony na Polaków.

Krystian Kamiński

Autor jest członkiem władz Ruchu Narodowego

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Idź do oryginalnego materiału