Patokapitalizm

1 rok temu

Czytam ostatnio dużo o tzw. patodeweloperce. Przepis na nią okazuje się prosty: buduj, gdzie chcesz i co chcesz, a potem miej w nosie państwo – i tak nic ci nie zrobi. Bądź bezczelny, bo bezczelność popłaca. Prawo jest dla frajerów. Dobro wspólne to fikcja, liczy się tylko szmal. Zastanawiam się, czy sprawa nie ma szerszego tła. Jest nim dzisiejszy kapitalizm jako taki. W moim przekonaniu ma on cechy patodeweloperki. Ta ostatnia jest jedynie jego najwyraźniejszym znakiem. I mam wrażenie, iż patokapitalizm to nie tylko kapitalizm w polskim, peryferyjnym wydaniu. To cecha dzisiejszego kapitalizmu jako takiego. Jego istotą jest brak skrupułów. Bezwzględność. Brak poszanowania dla prawa. Oszukiwanie kogo się da. Traktowanie państwa jako głównego wroga. Postrzeganie wszelkich regulacji jako zamachu na wolność (słowo wytrych ostatnich dziesięcioleci).

Popatrzmy choćby na giełdę jako naczelną instytucję kapitalizmu. Kiedyś była ona odbiciem realnych procesów zachodzących w gospodarce. Dziś jest jedną wielką piramidą finansową, która rządzi się zasadą: kto pierwszy wyznaczy trend na tyle silny, aby poszli za nim inni, wygrywa. Reszta skazana jest na porażkę. W momencie, w którym kapitalizm industrialny zamienił się w kapitalizm spekulacyjny, giełda oderwała się od rzeczywistości. Kiedyś traktowano ją jako wskaźnik wartości poszczególnych przedsiębiorstw. Inwestowano w akcje z nadzieją na zyski po wielu latach. Teraz jest raczej kasynem. Inwestuje się na chwilę z nadzieją na szybkie zyski. Kupuje się akcje i zaraz je sprzedaje. Nikt rozsądny nie trzyma ich już latami. Większość operacji prowadzą komputery, a szybkość transakcji kupna czy sprzedaży decyduje o sukcesie. Dlatego próbuje się fizycznie umieścić owe komputery jak najbliżej giełdy, ponieważ czasami o sukcesie/porażce decydują dosłownie ułamki sekund. Giełdą rządzą wielkie fundusze. Wszystko to nie ma nic wspólnego z kapitalistycznym mitem giełdy, na której inwestują drobni inwestorzy, mający szansę wzbogacić się dzięki umiejętności oceny rzeczywistej wartości poszczególnych akcji, których wycena ściśle wiąże się z realną gospodarką. Dzisiaj stanowią oni raczej „mięso armatnie”, grono „jeleni”, bezlitośnie kiwanych przez wielkie fundusze naiwniaków, tkwiących myślami w świecie, którego już dawno nie ma. W ten sposób bogactwo płynie od biednych do bogatych, co jest zresztą generalną cechą patokapitalizmu. I stanowi dokładną odwrotność mitu o „skapywaniu bogactwa z góry na dół”. To raczej gromadzenie go przez wysysanie z dołu do góry.

Także inny mit kapitalizmu leży w gruzach. Ten o przypływie, który podnosi wszystkie łódki. Ilustruje on rozpowszechnione przekonanie, iż w momencie ożywienia gospodarczego wszystkim się poprawia. Generalnie zatem wzrost jest dobry, bo jego pozytywne skutki dotyczą wszystkich. Czyżby? Doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu lat pokazują raczej, iż owoce wzrostu są przechwytywane przez stosunkowo nielicznych. Reszta pozostaje tam, gdzie jest, albo wręcz traci. Słowem, wciąż bogacą się bogacze, średniacy nie zmieniają swojej pozycji, choćby się obsuwają, a najbiedniejsi jeszcze biednieją.

Czy zawsze tak było? Nie. Kapitalizm zorganizowany czy regulowany, który dominował w świecie Zachodu przez kilkadziesiąt lat po II wojnie światowej, prowadził do faktycznej poprawy losu szerokich kręgów społecznych. Wiązało się to ściśle z dominującym modelem społeczno-ekonomicznym, którego istotnym elementem było państwo opiekuńcze, a istotną rolę polityczną odgrywały partie, wtedy jeszcze autentycznie, a nie jedynie z nazwy socjaldemokratyczne. Sytuacja znacznie się pogorszyła wraz z ekspansją ekonomicznej doktryny neoliberalizmu połączoną z objęciem rządów przez Ronalda Reagana w USA oraz Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Kapitalizm regulowany został zastąpiony przez kapitalizm „spuszczony ze smyczy” (dziki), państwo opiekuńcze przez państwo obojętne i bezlitosne. Szerokie przyzwolenie na uczynienie skuteczności jedynym kryterium sukcesu w życiu ekonomicznym i nie tylko zaowocowało swoistym nihilizmem moralnym. Puściły wszelkie hamulce.

Niestety, duży udział w tym fatalnym obrocie rzeczy miała zachodnia lewica, która całkowicie się pogubiła i ochoczo przystąpiła do demontażu państwa socjalnego oraz wprowadzania w życie ideałów neoliberalnych. Trzech modelowych dla tego podejścia polityków: Bill Clinton w USA, Tony Blair w Wielkiej Brytanii i Gerhard Schröder w Niemczech, zrobiło więcej dla neoliberalnej rewolty niż niejeden polityk klasycznie prawicowy. Dzisiejsza słabość lewicy jest z pewnością pochodną jej ówczesnej zdrady. A jak było w Polsce? Niech Szanowny Czytelnik sam sobie na to pytanie odpowie.

Idź do oryginalnego materiału