Kamil Bortniczuk i Katarzyna Czochara odkryli nagle, iż paliwo jest drogie, a światowe rynki to tylko „pretekst” do uderzenia w portfele Polaków. Opolski duet Prawa i Sprawiedliwości, z gracją słonia w składzie z benzyną, serwuje nam spektakl bezczelności, próbując wmówić wyborcom, iż osiem lat ich własnych rządów i rekordowe marże Orlenu to tylko senna mara, za którą rachunek wystawił… Donald Tusk.
Patrząc na najnowsze popisy opolskiego duetu eksportowego Prawa i Sprawiedliwości, trudno nie odnieść wrażenia, iż bezczelność w polityce przestała być wadą, a stała się obowiązkowym elementem umundurowania. Kamil Bortniczuk i Katarzyna Czochara, z minami godnymi mężów stanu ratujących tonący okręt, stanęli przed kamerami, by bić na alarm w sprawie cen paliw. To doprawdy fascynujące widowisko – coś jak podpalacz, który po zmianie warty w straży pożarnej wraca na miejsce zdarzenia, by z fachową miną skrytykować ciśnienie wody w wężu gaśniczym.
Poseł Bortniczuk, z adekwatną sobie swadą, rzuca liczbami i teoriami o zakupach ropy sprzed miesięcy, jakby nagle doznał oświecenia w kwestiach logistyki paliwowej, o której najwyraźniej zapomniał, gdy jego formacja trzymała stery przy Nowogrodzkiej. Wyliczanie, iż „miało być 5,19 zł”, w ustach człowieka, który jeszcze niedawno współtworzył układ polityczny dbający o to, by marże Orlenu puchły w tempie geometrycznym, jest szczytem hipokryzji. To polityczna amnezja stosowana – nagle Bliski Wschód i globalne rynki stają się jedynie „pretekstem”, a nie brutalną rzeczywistością, z którą każdy rząd musi się mierzyć. Bortniczuk zdaje się wierzyć, iż wyborca ma pamięć złotej rybki i nie skojarzy, kto przez osiem lat budował system, w którym cena na pylonie była narzędziem kreowania nastrojów społecznych, a nie pochodną rynkowej logiki.
W sukurs idzie mu posłanka Czochara, która z troską pochyla się nad losem „każdej jednej rzeczy”, która przez transport zdrożeje. Jej wywód o tym, iż wyższe koszty paliwa przełożą się na ceny masła i chleba, jest odkrywczy mniej więcej w tym samym stopniu, co stwierdzenie, iż woda jest mokra. Szkoda tylko, iż ta troska o portfele Polaków była jakby mniej słyszalna, gdy inflacja szalała pod dyktando jej własnej partii, a „tarcze antyinflacyjne” były zdejmowane w rytm politycznego kalendarza, a nie realnych potrzeb gospodarki. Dziś PiS składa projekty ustaw o obniżce VAT-u i akcyzy, bawiąc się w opozycję totalną wobec własnej przeszłości. To czysty teatr, w którym aktorzy zapomnieli, iż jeszcze wczoraj grali zupełnie inne role.
Najbardziej uderzająca w tym wszystkim jest jednak pewność siebie, z jaką oboje parlamentarzyści serwują te populistyczne banały. Wiedzą, iż ropa na świecie jest najdroższa od lat, wiedzą, iż konflikt w Zatoce Perskiej to nie „pretekst”, a realne zagrożenie dla dostaw, ale i tak wolą grać na najprostszych emocjach. To właśnie ta bezczelność – wyjście do ludzi i mówienie im prosto w twarz, iż za ich problemy odpowiada wyłącznie „powrót Tuska”, podczas gdy świat płonie, a gospodarka liże rany po latach ich radosnej twórczości – jest najbardziej ciężkostrawna. Opolscy liderzy PiS najwyraźniej uznali, iż najlepszą obroną jest atak, choćby jeżeli jest on przeprowadzany z kanistrem benzyny w jednej ręce i zapałkami w drugiej, przy jednoczesnym krzyku: „Gore!”.
Cały ten spektakl przypomina próbę ugaszenia pożaru przy pomocy konfetti – efektownie wiruje w powietzu, ale realnie nie zmienia temperatury na pylonach. Trudno nie odnieść wrażenia, iż gdyby Kamil Bortniczuk i Katarzyna Czochara z taką samą pasją, z jaką dziś tropią spiski na stacjach, pilnowali transparentności spółek Skarbu Państwa jeszcze dwa lata temu, dzisiejsza debata o „drożyźnie Tuska” mogłaby się w ogóle nie odbyć. Zamiast tego dostajemy festiwal hipokryzji, w którym politycy PiS – niczym cudotwórcy z Opolszczyzny – chcą uzdrawiać gospodarkę ustawami pisanymi na kolanie, zapominając, iż sami przez lata pompowali ten balon, który teraz pęka im w rękach. Bezczelność? To mało powiedziane. To czysty polityczny surrealizm, w którym winny zawsze jest ten, kto sprząta po imprezie, a nie ten, kto zostawił po sobie nieuregulowany rachunek i puste butelki po drogiej ropie.













