W Unii Europejskiej padł rekord sprzedaży samochodów elektrycznych. Według organizacji eksperckiej T&E to w dużej mierze zasługa unijnych przepisów – tych samych, które teraz część krajów… zamierza osłabić. W odmiennej sytuacji jest Polska, gdzie zmiany w transporcie idą niemal najwolniej w Europie, a sprzedaż aut elektrycznych spadła w porównaniu z rokiem poprzednim.
Nikogo nie zaskakuje już, iż Norwegia jest absolutnym liderem elektromobilności na kontynencie – wśród sprzedawanych tam nowych samochodów praktycznie wszystkie mają już baterię. Jednak najnowsze dane pokazują, iż w wielu innych państwach trend elektryfikacji transportu przyspiesza.
Jak informuje nowy raport europejskiej organizacji pozarządowej Transport & Environment (T&E), w 2026 roku padł rekord sprzedaży samochodów elektrycznych. Od stycznia do sierpnia sprzedano ich w sumie 1,64 mln – o 45 proc. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. W drugim kwartale roku po raz pierwszy w historii sprzedano więcej aut elektrycznych niż benzynowych. Samochody wyposażone w baterię stanowią już 22 proc. europejskiego rynku.
Eksperci widzą kilka przyczyn widocznego przyspieszenia transformacji w sektorze samochodów osobowych.
- Czytaj także: Nadchodzi wielka elektryfikacja. Polska ma jednak problem z siecią
Ropa drożeje, elektryki tanieją
W związku ze wzrostem cen paliw, samochody elektryczne postrzegane jako coraz korzystniejszy wybór. Europejscy kierowcy zapłacili już w sumie dodatkowe 230 miliardów złotych za szok cenowy na rynku paliw, a każde tankowanie typowego Diesla kosztowało z tego powodu średnio 130 zł więcej. T&E wylicza, iż kierowca, który na początku kryzysu przesiadłby się do samochodu elektrycznego, zaoszczędziłby do połowy września około 1500 zł.
Jak zauważa Adam Guibourgé-Czetwertyński, dyrektor polskiego biura T&E, w tej sytuacji rząd powinien się zastanowić, co zrobić, żeby ci, którzy kupują nowe samochody, mieli motywację, żeby przy zmianie auta zmienić też napęd.
– Po pierwsze trzeba jasno mówić, iż kryzysy na rynku ropy to coś, na co jako Polska nie mamy wpływu i długoterminowym rozwiązaniem jest elektromobilność. Należy przejrzeć przepisy podatkowe, zwłaszcza dla firm, które kupują większość nowych samochodów, żeby wprowadzanie na drogi nowego elektryka było po prostu tańsze w perspektywie kilku lat niż nowego samochodu spalinowego – komentuje.
Jako kolejny potrzebny element wymienia rozwijanie infrastruktury ładowania, bo “dla wielu kierowców niepewność, czy się naładuje i za ile, to główna bariera”.
Efekt unijnych polityk
– Natomiast większość samochodów na drogach to samochody używane, wieloletnie. One nie zostaną wymienione z dnia na dzień. Dlatego krótkoterminowe działania obniżające ceny są niezbędne. Nie można jednak tracić z oczu z kierunku, którym jest niezależność Polski od takich geopolitycznych kryzysów – wskazuje.
Jak czytamy w raporcie T&E, wzrost sprzedaży aut elektrycznych to także efekt polityk Unii Europejskiej. Normy CO2, które muszą spełniać producenci, przyczyniają się do pojawiania wielu nowych modeli samochodów elektrycznych – tylko w pierwszej połowie roku zadebiutowało ich niemal 40. Dla porównania w latach 2021–2025 pojawiało się średnio 15 nowych modeli elektryków rocznie.
Co ważne, jest wśród nich więcej przystępnych cenowo modeli – takich kosztujących mniej niż 110 tys. zł jest w tej chwili dwa razy więcej. T&E prognozuje, iż ich sprzedaż wzrośnie w 2026 r. siedmiokrotnie w porównaniu z 2024 r.
– Europejscy kierowcy wreszcie mają do wyboru więcej małych i przystępnych cenowo samochodów elektrycznych. Czekali na nie od dawna – mówi Lucien Mathieu, dyrektor ds. samochodów w T&E. Za przykład podaje Volkswagen ID. Polo – którego ceny w Polsce zaczynają się od 100 tys. zł. – Zebrano na niego ponad 40 tys. zamówień, a czas oczekiwania na samochód sięga 10 miesięcy. Europejscy producenci samochodów przez długi czas narzekali na brak popytu. Obecny poziom zainteresowania małymi, przystępnymi cenowo elektrykami pokazuje, iż problemem nie byli klienci, ale to, co producenci mieli im do zaoferowania – dodaje Mathieu.
Cele dla transportu zagrożone
Choć zdaniem ekspertów unijne cele emisji pozytywnie wpływają na rozwój elektromobilności, to pod presją niektórych firm z branży samochodowej – i w konsekwencji państw, z których się wywodzą – zostały one osłabione. Już wcześniej Komisja Europejska wycofała się z celu redukcji emisji w nowych samochodach o 100 proc. do 2035 roku, co w praktyce oznaczało koniec sprzedaży aut spalinowych po tej dacie. Nowy cel 90 proc. daje producentom możliwość sprzedawania po 2035 roku aut hybrydowych, a choćby spalinowych, pod warunkiem redukcji emisji na inne sposoby (jak biopaliwa).
Teraz możliwe jest dalsze osłabienie tych celów. Od dłuższego czasu domagały się tego Niemcy, wspierane przez kilka innych państw, brakowało im jednak głosów do większości w Radzie Europejskiej. Teraz, jak podaje niemiecki dziennik “Handelsblatt”, rząd w Berlinie miał porozumieć się w tej sprawie z Francją (która dotychczas była przeciwna dalszemu wycofywaniu się z norm emisji). Cel na rok 2035 miałby zostać ponownie obniżony do – tym razem – 80 proc.
- Czytaj także: „Ekipy handlowe wpadały jak szarańcza”. Jak doszło do zapaści w Czystym Powietrzu? [PODCAST]
Według T&E takie zmiany oznaczałyby o około 10 proc. więcej emisji gazów cieplarnianych do 2050 roku. Jednocześnie zdaniem organizacji i innych ekspertów wcale nie rozwiąże to problemów europejskich producentów samochodowych, którzy coraz bardziej ulegają azjatyckiej konkurencji.
– Unijne cele poszerzają wybór konsumentów, obniżają koszty przejścia na elektromobilność i dają europejskim producentom szansę na konkurowanie w globalnym wyścigu. Osłabienie celu na 2030 r. zmniejszyłoby ofertę przystępnych cenowo elektryków niemal o trzy czwarte, właśnie teraz, gdy nowe modele zaczynają trafiać na rynek. Jednocześnie utrwaliłoby zależność milionów Europejczyków od ropy i jej zmiennych cen – mówi Lucien Mathieu.
Polska w ogonie Europy
Nawet mimo rozwadniania celów na przyszłą dekadę, transformacja w transporcie przyspiesza w większości Europy. Blado na tym tle wypada Polska. W tym roku udział samochodów elektrycznych w całkowitej sprzedaży wyniósł u nas tylko 5 proc. (i nie tylko nie wzrósł, ale wręcz spadł w porównaniu do poprzedniego roku). To drugi najgorszy wynik w Europie, za Chorwacją (tam ten odsetek wynosi 4 proc., jednak zwiększycł się trzykrotnie w porównaniu do roku 2025). Jesteśmy pod tym względem za Czechami (7 proc.), Bułgarią (8 proc.), nie wspominając o Niemczech (26 proc.) czy Francji (30 proc.).

Dotychczas jedną z form promowania aut elektrycznych były dopłaty. Zresztą rząd właśnie powiększył o 80 mln zł pulę programu dotacji do zakupu elektryków NaszEauto. Jednak, jak zauważa Adam Guibourgé-Czetwertyński, raport T&E pokazuje, iż przyczyn niskiej sprzedaży aut elektrycznych w Polsce “nie należy szukać w różnicach cen”. Rząd powinien pilnie przyjrzeć się przepisom, które wpływają na decyzje osób kupujących nowe samochody – uważa.
Jak zwraca uwagę ekspert, dwie trzecie nowych aut kupują firmy. – Tymczasem pracownicy często nie mają prostego sposobu na rozliczanie energii elektrycznej zużytej do ładowania samochodów służbowych – mówi. Paliwo rozliczają zaś bez problemu. Dlatego jedną z zachęt mogłoby być po prostu umożliwienie rozliczenia kosztów ładowania auta w domu.
Guibourgé-Czetwertyński ocenia, iż kończący się program NaszEauto “wynagrodził pionierów elektromobilności” i sprawił, iż więcej ludzi się zetknęło z samochodami elektrycznymi, zaczęło testować ładowarki itd.
– Natomiast powtarzanie go w podobnej formule nie będzie adekwatne. Namawiałbym rząd do wprowadzenia programu długoterminowego wynajmu elektryków, skierowanego do mieszkańców z terenów źle obsługiwanych transportem publicznym, którzy potrzebują samochodu, żeby dojechać do pracy, Taki program z sukcesem działa we Francji od kilku lat, a teraz wdraża go też Szwecja – rekomenduje.
–
Zdjęcie tytułowe: Izf/Shutterstock

1 godzina temu
















