Ostrzeżenie spod Belwederu. Prezydentura Nawrockiego traci grunt pod nogami

2 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


Pod Belwederem bywało w ostatnich dekadach różnie: od tłumów witających zagranicznych gości po ciche ceremonie państwowe. Ale manifestacje krytykujące sam styl prezydentury — to w Polsce przez cały czas zjawisko rzadkie.

Tym bardziej znaczące staje się wydarzenie, które odbyło się w ostatni weekend. Niewielkie, kameralne, chwilami chaotyczne, a jednak symboliczne: po raz pierwszy od miesięcy obywatele zebrali się, by powiedzieć głośno, iż sposób, w jaki Karol Nawrocki rozumie swoją rolę, budzi rosnący sprzeciw.

W centrum uwagi znalazła się aktorka Joanna Szczepkowska — postać barwna, często kontrowersyjna, ale od lat zaangażowana w sprawy publiczne. Jej słowa, choć emocjonalne, trafiają w sedno w tej chwili toczącego się sporu. „Ktoś o nazwisku Nawrocki siedzi w pałacu prezydenckim z posadą prezydenta, podczas kiedy nie byłby tam na miejscu choćby jako ochroniarz” — napisała na Facebooku, tłumacząc, dlaczego zamierza pojawić się pod Belwederem. Ostrzej się nie da. A jednak za jej przesadą stoi coś poważniejszego: rosnące poczucie, iż prezydent przekracza konstytucyjną funkcję arbitra i strażnika równowagi władz.

Ostre wypowiedzi Szczepkowskiej dotyczyły przede wszystkim decyzji prezydenta o blokowaniu nominacji oficerskich i odznaczeń dla funkcjonariuszy służb odpowiedzialnych za zwalczanie aktów dywersji. „To jest jawny brak szacunku dla państwa i służb, naruszanie naszego bezpieczeństwa” — alarmowała aktorka. Trudno odmówić temu argumentowi wagi. W czasie geopolitycznej niestabilności takie sygnały z Pałacu Prezydenckiego brzmią niepokojąco.

Nie tylko Szczepkowska wskazywała na problem. Jej późniejszy wpis — również emocjonalny, choć bardziej uporządkowany — dotyczył groźby zatrzymania budżetu państwa. „Nawrocki szykuje kolejny akt osłabiania państwa, sugerując, iż może nie podpisać budżetu i zawiązać ręce rządowi” — pisała. Jej obawy brzmią jak komentarz polityczny, ale trafiają w istotę konstytucyjnego sporu: czy prezydent powinien wchodzić w rolę recenzenta polityki rządu, czy lojalnego partnera instytucjonalnego?

Trzeba jednak przyznać: protest nie był liczny. W internecie pojawiły się zdjęcia, na których policji jest więcej niż manifestujących. Nie zabrakło postaci znanych z ostrych, czasem groteskowych form sprzeciwu: Katarzyny Augustynek, Leokadii Jung czy Zbigniewa Komosy. Była też instalacja — diabeł posadzony na tronie w sposób celowo wulgarny. Łatwo byłoby więc ten protest zbyć wzruszeniem ramion. I właśnie to byłoby najgorszym błędem.

Bo nie liczy się liczba uczestników. Liczy się to, iż protest w ogóle się odbył — i iż jego celem nie była żadna pojedyncza decyzja, ale styl prezydentury.

Ten styl staje się problemem coraz bardziej widocznym. Ostry konflikt z rządem, kontrowersyjne interpretacje roli głowy państwa, blokowanie procedur, retoryka odwołująca się do prerogatyw zamiast odpowiedzialności — to wszystko narasta od miesięcy. Nawrocki już nie tylko komentuje politykę rządu. On ją recenzuje, kwestionuje i próbuje kształtować. To przestaje być spór instytucjonalny, a zaczyna być próba przesuwania granic władzy prezydenta.

W swoim wystąpieniu podczas manifestacji Szczepkowska wypowiedziała zdanie, które — niezależnie od politycznych emocji — brzmi jak ostrzeżenie:
„Mamy człowieka w urzędzie prezydenta, który osłabia służbę bezpieczeństwa. Wystarczy to jedno, by zadać pytanie, z jakiego źródła ta akcja idzie”.

Można uznać to za retoryczną przesadę. Ale nie można ignorować faktu, iż podobne pytania zaczyna zadawać coraz więcej ludzi — nie tylko na demonstracjach. Protest pod Belwederem to nie koniec, ale sygnał: styl prezydentury Karola Nawrockiego przestaje być odbierany jako twarde trzymanie kursu, a zaczyna być postrzegany jako próba politycznego zawłaszczenia urzędu.

I to jest problem, którego nie załatwi lekceważenie niewielkiej frekwencji. W historii III RP wielokrotnie bywało tak, iż małe protesty zapowiadały duże zmiany nastrojów. A sygnały z Belwederu — te oficjalne i te uliczne — nie brzmią dziś tak, jak powinny brzmieć w stabilnej demokracji.

Idź do oryginalnego materiału