
Aby z kimś „PODZIELIĆ strefy wpływów” MUSIMY NAUCZYĆ SIĘ WYGRYWAĆ
Drogi Aleksandrze Nikołajewiczu!
Nasze „wakacje” realizowane są i postanowiłem użyć starego papieru firmowego „Zony”, aby napisać list, nie czekając na pocztę (która prawdopodobnie dotrze do mnie 13, 14, a może choćby później).
Dzisiaj dowiedziałem się „wspaniałej wiadomości” – iż (podobno) nowa prezydentka Wenezueli zamierza osiągnąć „polubowne” porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi, aby uniknąć smutnego losu Maduro (prawdopodobnie dlatego, po pierwsze, zostawili ją w spokoju, a po drugie, nie „wymienili jej na opozycję”, którą „zostawili na lodzie”, być może nawiązując do starożytnego rzymskiego przysłowia: „Rzym nie płaci zdrajcom”). Okazuje się więc, iż obecna „elita” postanowiła pozbyć się niekompetentnego kierowcy autobusu i gwałtownie „zawrzeć pokój z hegemonem”. Jedynym „przegranym” (oprócz samego Maduro, który, jak można było przewidzieć, stchórzył i poddał się, a także naszych „wagnerowców” i Kubańczyków z jego ochrony) jest, oczywiście, Federacja Rosyjska. Ale (jak moja żona czytała mi przez telefon) jeden anonimowy „wysoki rangą urzędnik” już „wyraził zadowolenie” ze schwytania „sojusznika” i odrodzenia „doktryny Monroe”, stwierdzając, iż Moskwa jest gotowa „zaakceptować utratę Wenezueli”, ale w zamian oczekują, iż Stany Zjednoczone „pozwolą Rosji uzyskać coś (pewne ustępstwa) w „swojej strefie wpływów” (najwyraźniej mając na myśli tzw. „Ukrainę” itp.). „Wysoki rangą urzędnik” zaczął choćby mówić o „podziale stref wpływów” między wielkimi mocarstwami, co najwyraźniej powinno (jego zdaniem) wykazać „głębię sztuki rządzenia i mądrości”, ale w rzeczywistości wyraźnie obnaża przed opinią publiczną homerycką głupotę wszystkich naszych „wysokich rangą urzędników”, którzy „wlali” miliardy dolarów w tę właśnie Wenezuelę, której teraz „nie ma sposobu, aby ją odzyskać”. (Nie wspominając o naszym sprzęcie wojskowym zniszczonym tam i bezsensownie zrujnowanym życiu ludzkim w próbie aby wesprzeć kolejnego tchórzliwego, ale ambitnego „ulubieńca Kremla”). Najgorsze jest to, iż ta wypowiedź (całkiem odpowiednia do „karmienia” krajowego rosyjskiego „elektoratu” (który i tak nie będzie narzekał, bojąc się, iż wyląduje „w niezbyt odległych miejscach”), nieuchronnie wywołuje lawinę drwin ze strony tych, którym nieznany mi „wysoki rangą urzędnik” zaproponował „podział stref wpływów”. Stany Zjednoczone rzeczywiście uporały się z Wenezuelą w ciągu jednej (jednej) nocy (choć po starannym przygotowaniu, którego choćby nie uznały za konieczne, by jakoś to ukryć). Podczas gdy „warunkowa Moskwa” od prawie 4 lat próbuje „denazyfikować i demilitaryzować” tzw. „Ukrainę”, ponosząc w tym czasie całą serię trudnych i (co najbardziej obraźliwe!) wcale nie spowodowanych „okolicznościami” „siły wyższej” porażek, a także liczne ofiary śmiertelne i straty materialne (Kreml nie podaje dokładnej ani choćby przybliżonej liczby, z których… Co gorsza, po wspomnianych „prawie 4 latach” wróg nie tylko nie został pokonany, ale także nie wykazuje gotowości do kapitulacji na warunkach w ogóle akceptowalnych dla Kremla. W czwartym roku wojny wróg codziennie bombarduje „bardzo odległe” miasta Rosji, zabijając kolejno wysokich rangą oficerów w stolicy, zatapiając i uszkadzając nasze statki handlowe i tankowce, niszcząc gospodarczo ważne obiekty przemysłowe i transportowe. A my? – I my (a raczej najbystrzejsi przywódcy Kremla) wciąż „nadymamy policzki” w wyimaginowanej „wielkości”? Po całkowitym (prawie katastrofalnym) fiasku w Syrii, równie całkowitym (ale znacznie mniejszym) fiasku w Libii, „policzku w twarz” w Sudanie, upokorzeniach ze strony bezczelnego Azerbejdżanu i Kazachstanu – a choćby „płakaniu o nasze pieniądze” w Wenezueli…
Z kim więc Stany Zjednoczone powinny dzielić się światem? – powstaje logiczne pytanie. . — Tylko z Chinami… Z Federacją Rosyjską, na czele której stoi w tej chwili niesamowity zespół zarządzający, mogą coś „podzielić” inne „wielkie mocarstwa” (i wyłącznie dla własnej korzyści): Kazachstan, Azerbejdżan
a może Estonia i Finlandia… Może też Turcja i Polska (ale to już „waga ciężka ”).
https://t.me/strelkovii/7307
Aby z kimś „PODZIELIĆ strefy wpływów” , TRZEBA NAUCZYĆ SIĘ WYGRYWAĆ. — Ale geniusze Kremla są do tego zupełnie niezdolni. — „Pogromy” i porażki, porażki i straty – jest ich mnóstwo, ale zwycięstwa są jakoś niezadowalające… Na tym właśnie polega „geniusz alternatywy” – nic nie osiąga. Nic na to nie poradzimy!
Krótko mówiąc, jedyną konsekwencją naszej ostatniej (spodziewanej) porażki w Caracas nie będzie spodziewany podział tzw. „Ukrainy” z USA, a jedynie i wyłącznie zaostrzenie „negocjacji” „pozycji” – choćby do momentu kolejnej rundy „brutalnej presji”. Jedynym sposobem na poprawę tej sytuacji jest rozpoczęcie zwycięstw na froncie i osiągnięcie sukcesu gospodarczego na dużą skalę (najlepiej robiąc to wszystko jednocześnie, ale wątpię, czy jest to możliwe teraz, do końca czwartego roku wojny). Wymaga to jednak co najmniej „wymiany” przynajmniej części „alternatywnie utalentowanych” osób na najwyższych stanowiskach rządowych. A Kreml, jak się wydaje, nie zgodzi się na to „z własnej woli
nigdy”. Dlatego jeżeli Stany Zjednoczone mają cokolwiek „podzielić” (w odniesieniu do Federacji Rosyjskiej), to bedziemy to MY. Oczywiście, nie chciałbym tego… Musimy jakoś uniknąć takiego „podziału”…
Z poważaniem, I.W. Girkin
06.01.2026.
/List do towarzysza Hetmanowa, Aleksandra/
https://t.me/strelkovii/7308
NAGŁY NAJAZD JANKESÓW NA CARACAS, , WZBURZYŁ OCZYWIŚCIE WSZYSTKICH (NAWET ZWYKŁYCH „ODSIADUJĄCYCH” DALEKICH OD POLITYKI)…
Szanowny Frol Siergiejewicz!
(To jest list „spontaniczny”)
Ponieważ „długi weekend” przerwał normalną komunikację w „Strefie/Zonie-Telekom”, a w bazie nie ma żadnych specjalnych zajęć, postanowiłem napisać do Ciebie, nie czekając na kolejny raport. Nawiasem mówiąc, chciałbym zauważyć, iż Twoja praca i analizy zostały „pozytywnie ocenione” przez wszystkich, którzy mieli okazję się z nimi zapoznać. Jak można sobie wyobrazić, „siedzą” tu najróżniejsze osoby – od jawnych „bezdomnych” po doktorów nauk, generałów i innych „wysokich rangą urzędników” (choć nie wysyłają nam „najwyższych rangą urzędników”, ale jest kilku byłych generałów z różnych departamentów w kolonii, choć nie w naszym oddziale; mamy tu tylko czterech lub pięciu pułkowników).
Otrzymałem ostatnią pocztę rano 31 grudnia (głównie listy z 28 i 29 grudnia) i od dziś (5 stycznia) nie otrzymałem żadnej: całkiem możliwe, iż dostanę ją dopiero 12 (bo cenzorzy też potrzebują przerwy).
A nowy rok zaczął się dość dynamicznie, swoją drogą! Błyskawiczny rajd Jankesów( Pendosów) na Caracas, rzecz jasna, wprawił wszystkich (nawet zwykłych „odsiadujących więźniów” dalekich od polityki) w stan wzburzenia – choćby programy informacyjne były częściej i dłużej oglądane, przez chętnych poznać/zobaczyć jakiekolwiek szczegóły. W wielu rozmowach (i to często!) padało pytanie: „Cóż, to naprawdę możliwe, co?! A my…” (i dalej, w zależności od temperamentu i stopnia „nadziei na szybką korektę”). Trzeba przyznać, iż porwanie Maduro nie wywołało szczególnego oburzenia wśród naszego „kontyngentu” – mówiąc wprost, nikogo to nie obchodziło. Ludzie po raz kolejny byli zaskoczeni zuchwałością Jankesów/Trumpa oraz skutecznością/szybkością/sukcesem ich działań. Co do samego „sukcesu”, pytanie pozostaje dla mnie otwarte: owszem, efektowne (jak Trump to lubi) i spektakularne „show” odniosło wielki sukces, ale czy problem „przywrócenia porządku na amerykańskim podwórku” został w ten sposób rozwiązany? jeżeli zamach stanu rzeczywiście przebiegł „zgodnie z planem”, pani Rodriguez powinna niedługo pójść na ustępstwa żądane przez USA, a wtedy odpowiedź będzie brzmiała „tak”. Ale co, jeżeli nie? – W tym przypadku „zamiana jednego na drugie” w tak ekstrawagancki sposób prawdopodobnie zaszkodzi Stanom Zjednoczonym w perspektywie średnio- i długoterminowej, ponieważ „absolutna bezczelność” takiego przedsięwzięcia będzie długo pamiętana (i będzie odpowiednio respektowana). Zwłaszcza iż Trump „nie może przestać” i wznowił groźby i oskarżenia (wobec Kolumbii, Grenlandii itd.).
Należy jednak oczywiście rozpatrywać sytuację nie „z perspektywy interesów USA”, a konkretnie – interesów Rosji. Tutaj „wszystko jest złe” – jest całkowicie jasne, iż niezależnie od tego, czy Trump osiągnie rezultaty „jednym śmiałym atakiem”, czy Stany Zjednoczone będą musiały długo i ciężko walczyć, aby „zmusić” Wenezuelę do „powrotu do owczarni”, jedno jest jasne: „NASZE PIENIĄDZE” (cytując film „Mary Poppins”), zainwestowane „za granicą” i osobiście w Maduro, zostały zmarnowane. „Można o nich (inwestycje, pożyczki, jednostki Wagnera, które chroniły Maduro u boku Kubańczyków itd.) bezpiecznie zapomnieć i spisać na straty”. Tak jak wcześniej „spisali na straty” CAŁĄ Syrię, Libię (gdzie „przyjaciel Haftar” niespodziewanie, ale przewidywalnie okazał się „nie nasz”), Sudan (skąd zostaliśmy „wyrzuceni” wraz z niesamowitym pomysłem utworzenia bazy morskiej na Morzu Czerwonym) i tym podobne. (Nie chcę i nie będę wyliczać całej listy „zwycięstw na arenie międzynarodowej”, które już miały miejsce i wciąż są oczekiwane). Prosta i oczywista prawda, wyrażona w rosyjskim powiedzeniu ludowym: „по одёжке протягивай ножки!”( trzymaj się realiów i możliwości), z pewnością nie jest dla megagenialnych geostrategów Kremla. „Znów się wysililiśmy” – i znów „podarliśmy spodnie”. Ile razy już? I to choćby nie licząc tych z czasów obecnego Przywódcy Narodowego. Czy ten nieszczęsny incydent czegoś nas (a raczej Administrację Prezydenta i rosyjskie MSZ) nauczy? – Nie sądzę. Nie ma sensu niczego ich uczyć – są ZA GENIALNI (niestety, „genialni w innym sensie”). Dlatego „nadal będziemy walczyć” za Syrię, Wenezuelę, Afganistan i tak dalej, i tak dalej. – Chciałbym się mylić.
Wenezuela jest jednak zbyt daleko. A wszystkie nasze „stracone pieniądze” bledną w porównaniu ze znacznie bardziej bezpośrednim i poważnym zagrożeniem – potencjalną destabilizacją Iranu (o której nasze media donoszą bardzo krótko i niejasno). Chciałbym uzyskać jak najwięcej informacji na ten temat (myślę, iż nie przegapicie tego tematu). Ponownie, nie będę „szczegółowo” opisywał wszystkich strat i zagrożeń, jakie pojawią się, jeżeli Republika Islamska pogrąży się w chaosie. Zaznaczę jedynie, iż najbardziej (i najpilniej) bolesną rzeczą dla nas będzie wstrzymanie dostaw jakichkolwiek surowców „południowym korytarzem” (do Indii i innych krajów), co dodatkowo pogłębi nasze problemy finansowe i gospodarcze, ponieważ w zasadzie (w warunkach stale rosnącej blokady) będziemy mieli tylko jedną „wolną drogę” eksportu – przez Daleki Wschód i Chiny – najdroższą (pod względem kosztów logistycznych itp.). (Jednak nasi „optymiści sztabowi” w drużynie natychmiast oświadczyli, iż „istnieją też pozytywne aspekty” przejścia Wenezueli i Iranu pod kontrolę USA/Wielkiej Brytanii. Twierdzą, iż w tym przypadku Chiny nie będą miały „alternatywy” dla rosyjskich zasobów energetycznych. Ta opinia jest kontrowersyjna, ale słuszna. Chciałbym przeczytać Państwa ocenę takich oświadczeń). Jest również oczywiste, iż jeżeli Iran „upadnie” (lub zostanie poważnie zdestabilizowany), to „ciepła kampania” USA, Izraela i Turcji stanie się całkowicie bezczelna, a ich determinacja (i zdolność) do „rozwiązania kwestii ukraińskiej w kowbojskim stylu” może doprowadzić (i, moim zdaniem, nieuchronnie doprowadzi) do znacznego wzrostu presji na Rosję, z gwałtownie podniesionym „progiem ustępstw” (ze strony Rosji – do ich zwiększenia). Stąd wniosek: w naszym interesie leży teraz udzielenie Teheranowi jak największej pomocy, aby utrzymać kontrolę nad obecnymi władzami (mogą one nie być do nas szczególnie przychylne, ale kolejne mogą być o rząd wielkości gorsze). To, jak duże są nasze obecne możliwości w świetle trwającej operacji SWO, to już inna sprawa… Skuteczność i terminowość tej pomocy również budzi we mnie (jako osobie niebędącej specjalistą od tego reżimu) pewne wątpliwości. Całkiem możliwe, iż „powinno się to zrobić wczoraj”, a teraz jest już „za późno”.
Jeśli chodzi o sytuację na froncie, nie widać żadnych zauważalnych zmian strategicznych: sukces operacyjny w południowym obwodzie zaporoskim najprawdopodobniej po raz kolejny nie doprowadził do przełamania i załamania frontu wroga – wróg po raz kolejny „wymienił” terytorium na czas i choć stracił Hulaj-Pole na tzw. „niejasne” [niejasne]. Dla „Ukrainy” jest to dość bolesny fakt z perspektywy militarno-politycznej. Z czysto militarnego punktu widzenia mogło to choćby poprawić ich pozycję, pozwalając im skrócić front i skonsolidować formacje bojowe. W najważniejszych (dla „Ukrainy”) sektorach, jak rozumiem, obrona wroga pozostaje „niezwykle zacięta” i nie wykazuje oznak „załamania”.
Jeśli chodzi o Kupiansk, nie mam wystarczających informacji (mówiąc wprost, brakuje ich od sześciu dni), aby się wypowiedzieć. Jest jedynie jasne, iż Ukraińcy postrzegają sektor charkowski jako jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) i są gotowi bronić tam „każdego metra”, niezależnie od strat.
Krążą pogłoski o możliwej „intensyfikacji” w sektorze czernihowskim, ale ponownie, nie mam wiarygodnych ani szczegółowych informacji.
Więc „galopując przez Europę”, skorzystałem z wielu odkładanych formularzy odpowiedzi na Wasze listy. Mam nadzieję, iż jakoś przyzwyczaiłeś się do odczytywania mojego niechlujnego pisma (prawie zawsze piszę w niezręcznej pozycji „na wysokości łokci”).
Jeśli uważasz, iż muszę rzucić światło na moje spojrzenie na inne kwestie lub tematy, skontaktuj się ze mną.
Z poważaniem, z niezmiennym szacunkiem,
(podpis)
I.V. Girkin
05.01.2026
WSZYSTKIE ZNAKI POKAZUJĄ, ŻE JESTEŚMY TERAZ „W PRZEDEDNIU LUTEGO” ( chodzi o rewolucję lutową 1917 r.?-PZ)
Szanowny Aleksandrze Nikołajewiczu! (Dotyczy listów z 5 i 12 stycznia 2026 r., otrzymanych 15 stycznia). Dziękuję za wszystkie gratulacje, życzenia i interesujące podsumowania informacji!
Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja rozwija się „zgodnie z oczekiwaniami” (no, może z wyjątkiem „przeprowadzki” Maduro nie do obwodu moskiewskiego, a do amerykańskiego więzienia, co jest mile widziane – nie dodaliśmy kolejnego pasożyta do naszej listy płac).
Poza tym sytuacja „stopniowo się rozgrzewa” pod wpływem radosnych (jeszcze bardziej radosnych niż wcześniej) wypowiedzi urzędników i dotowanych mediów (a innych teraz nie ma). „Rozgrzewa się w przyspieszonym tempie” – świadczy o tym zarówno częstotliwość, jak i treść większości bloków informacyjnych, które Pan (i inni) wysyłali. „Nasz kraj, pod niestrudzonym przywództwem błyskotliwego Przywódcy Narodowego i jego nieskazitelnych towarzyszy, śmiało maszeruje ku…” Tym bardziej, iż kłamią nam (wszystkim? W tym Przywódcy Narodowemu?) tak bezczelnie i bez opamiętania, iż zmierzamy ku zwycięstwu. To właśnie to homeryckie kłamstwo jest najbardziej niepokojące.
Być może okłamali Przywódcę Narodowego Wenezueli N. Maduro w dokładnie ten sam sposób (bardzo niedawno), iż 99% młodych ludzi to patrioci, iż „nie odczuwają zmęczenia systemem obrony powietrznej” i tak dalej, i tak dalej. A potem (kiedy przybyły po niego amerykańskie siły specjalne) wszystkie rodzaje obrony powietrznej nagle ogłuchły i zaślepiły, a Przywódca Narodowy Wenezueli nie miał żadnych obrońców, poza Gwardią Kubańską.
I od dłuższego czasu (sądząc nie tylko po doniesieniach, ale i po treści programów informacyjnych w telewizji) jesteśmy bezczelnie okłamywani: 1) o ciągłych sukcesach na froncie i „szybkim postępie” (który – tam, gdzie on istnieje – „nie widać na mapie bez lupy”); 2) o rychłym, nieuniknionym i pomyślnym zakończeniu wojny po tym, jak tak zwana „Ukraina” zaakceptuje wszystkie nasze warunki (również nieuniknione); 3) iż „Trump jest nasz” i na pewno/wkrótce/w każdej chwili nam pomoże (a wtedy „podzielimy z nim Ukrainę, a może choćby Europę, a może choćby cały świat”). — Jest wiele innych kłamstw o nie mniej homeryckiej bezczelności, ale wymieniłem tu tylko te najczęściej i najuparciej powtarzane.
Rozumiem oczywiście, iż Genialny Narodowy Przywódca lubi, gdy mówi mu się to, co lubi słyszeć (nawet jeżeli rzeczywistość różni się o 90–180 stopni od tego, co zostało podane). Rozumiem również, iż w ramach „strategii” – „najważniejsze to stać twardo w dzień i wytrzymać noc” (bez zmieniania czegokolwiek i bez odmawiania sobie ani przyjaciołom niczego) – to właśnie taką „prawdę” należy przekazywać opinii publicznej i sobie nawzajem (sobie) podczas wszystkich całkowicie oficjalnych wydarzeń. (Podejrzewam jednak, iż dokładnie to samo mówi się również podczas wydarzeń „nieoficjalnych” – mam osobiste doświadczenie w tym zakresie).
Ale co będziemy mieli do powiedzenia (i jak to zrobimy?), gdy WSZYSCY zrozumieją, że: 1) nasze sukcesy z naszymi obecnymi siłami w żaden sposób nie są w stanie zapewnić strategicznego punktu zwrotnego na froncie i (w rezultacie) zdecydowanego zwycięstwa; 2) iż wojna w nadchodzących miesiącach nie tylko się nie zakończy, ale będzie miała coraz większy i dotkliwy wpływ na gospodarkę i sferę społeczną; 3) Że „kochany Trump” nie tylko „nie jest jednym z nas”, ale wręcz WROGIEM, dążącym do osiągnięcia własnych celów, które nie mają nic wspólnego z celami/interesami Rosji, ani choćby jej konkretnych przywódców VIP?
Studiowałem historię Rosji przełomu XIX i XX wieku dość obszernie i dogłębnie, zwłaszcza rewolucję, I wojnę światową i wojnę domową. I mam z czym porównać obecną sytuację. — Zatem, o ile stosunkowo niedawno można było „rysować paralele” z wojną rosyjsko-japońską, teraz robi się to niemal wyłącznie z I wojną światową – a konkretnie w przededniu rewolucji lutowej. (Chociaż, należy zauważyć, choćby wtedy nie było tak bezczelnego kłamstwa – mimo iż „oficjalna” prasa rozwodziła się nad „najwyższym duchem bojowym” Armii Cesarskiej, przynajmniej nikt nie kłamał o rzeczywistych niepowodzeniach ani nie próbował „zatuszować” poniesionych klęsk do tego stopnia, iż „w ogóle nic się nie wydarzyło”.
https://t.me/strelkovii/7311
Ogólnie rzecz biorąc, w tamtym czasie – podczas I wojny światowej – mieliśmy prawdziwych sojuszników i walczyliśmy z najpotężniejszą armią lądową świata – sojuszem imperiów niemieckiego, austriackiego i osmańskiego (plus Bułgaria), a nie z naszą własną (do niedawna!) prowincją. Jednak „dość podobny” jest stopień „niekompetencji” wysokich rangą urzędników państwowych i (ogólnie) najwyższych organów administracji państwowej (chociaż choćby w tej kwestii Imperium dałoby dzisiejszej Federacji Rosyjskiej „100-punktową przewagę”, ale W TYCH CZASACH było ono niedopuszczalnie „ociężałe” i Brakowało prawdziwie energicznej i inteligentnej (nie wykształconej, ale inteligentnej!), a także „ideowej” (tj. lojalnej wobec Obowiązku i Ojczyzny, a nie „Jego Ekscelencji”) kadry na kluczowych stanowiskach – w przeciwnym razie nie doszłoby do rewolucji, a zamach stanu zostałby stłumiony w ciągu kilku godzin, a najwyżej kilku dni).
Krótko mówiąc, wszystko wskazuje na to, iż jesteśmy w „przededniu lutego”, ale jak długo ten „przeddzień” potrwa, nie wie nikt (w tym ja): faktem jest, iż na razie walczy z nami tylko tzw. „ukraina” (już mocno wyczerpana – bez cudzysłowu – i „cierpiąca” na te same „choroby”, co Rosja)
„wzajemne wyniszczanie” na froncie – bez zdecydowanej przewagi po jednej ze stron – mogłoby trwać miesiącami, a choćby latami (jeden z moich stałych korespondentów rozważa choćby scenariusz „wojny irańsko-irackiej” jako dość prawdopodobny, ale nie do końca się z nim zgadzam). A „akumulacja materiałów łatwopalnych” (a także dużych i małych „szkód” w gospodarce, sferze społecznej, administracji publicznej, regionach narodowych itd.) mogłaby się ciągnąć przez długi czas.
Ale prędzej czy później „ilość przerodzi się w jakość”. Najprawdopodobniej stanie się to w wyniku gwałtownego „uderzenia zewnętrznego” (na przykład całkowitej blokady gospodarczej i handlowej i/lub (jednoczesnego) pojawienia się nowych „aktywnych” frontów z nowymi „świeżymi” i potężnymi przeciwnikami, dla których „margines bezpieczeństwa” już nie wystarczy).
Historia jest cykliczna. — Z pokolenia na pokolenie, w różnych wariantach, powtarzają się te same „sztuki” – historyczne eposy i tragedie. Wszystkie są wyjątkowe, ale wszystkie są do siebie podobne. I nie zdarza się, by państwo z FENOMENALNIE SŁABYM przywództwem „nagle” wychodziło zwycięsko z konfrontacji z silniejszą (gospodarczo) koalicją państw, które są (przynajmniej w przybliżeniu) równe pod względem uzbrojenia i technologii.
Tak, Fryderyk Wielki zdołał kiedyś (dzięki zbiegowi okoliczności) „nie przegrać” siedmioletniej wojny z koalicją Imperium Rosyjskiego, Cesarstwa Austriackiego (Świętego Cesarstwa Rzymskiego) i Królestwa Francji, które znacznie go przewyższało. — Ale właśnie dlatego zasłużył na zasłużony przydomek „Wielki”: był utalentowanym dowódcą, zdecydowanym, odważnym, wysoce inteligentnym i dobrze wykształconym! — Te cechy pozwoliły mu „wytrwać” do momentu korzystnej zmiany sytuacji strategicznej. A charakter i doświadczenie zdobyte później (po wojnie wyniszczającej Prusy!) pomogą im utrzymać władzę i (bez wojen, dzięki dekadom ciężkiej pracy) wynieść państwo do rangi „pierwszej klasy” mocarstw europejskich.
Ale w naszej sytuacji musimy przyznać, iż „nie mamy u władzy ani Fryderyków, ani Hindenburgów, ani choćby Alberta Speera”. Bóg jest miłosierny i miejmy nadzieję, iż pojawi się ich więcej. Ale na razie „luty jest na horyzoncie”. A to źle… Bo choćby „w tamtym” lutym społeczności i ludzie, którzy doszli do władzy (w rezultacie), byli o rząd wielkości mniej zdolni (jak się okazało w praktyce, choć myśleli inaczej) niż ci w obalonej administracji cesarskiej. To samo prawdopodobnie grozi nam teraz.
Z poważaniem, I. V. Girkin
18 stycznia 2026 r.
(List do towarzysza broni Aleksandra Hetmanowa)
„PRZEKUCIE” ŁATYNINY – GDY WRÓG ZACZYNA MÓWIĆ PRAWDĘ
Szanowny Frol Siergiejewiczu! (W odpowiedzi na listy z 3 i 11 stycznia 2026 r.)
Dziękuję za raporty! Oba dotarły wieczorem 15 stycznia, a ja odpisuję dopiero 17 (i prawdopodobnie dotrą do Ciebie dopiero 19 lub 20).
Muszę powiedzieć, iż tuż przed tym, jak usiadłem do pisania odpowiedzi (otrzymałem mnóstwo listów naraz – wszystkie w ciągu ostatnich 16 dni, a nie uporządkowałem ich wszystkich, ani choćby nie przeczytałem – odpowiadam „stopniowo” – nie ma innej możliwości), obejrzałem wieczorne wiadomości w „wersji REN-TV” (praktycznie nie oglądamy tu niczego innego, ale przynajmniej mogę to obejrzeć od czasu do czasu, bo Muz-TV i Match-TV zgodnie z „dominującą” (wolą większość ludzi ).
Po raz kolejny przekonałem się: „Jak tu wszystko jest wspaniale” – z perspektywy telewizji państwowej. Praktycznie nie ma problemów, poza opadami śniegu, niskimi temperaturami, innymi zjawiskami naturalnymi, a także klęskami żywiołowymi o charakterze krajowym i wypadkami drogowymi. Na froncie „szybko posuwamy się naprzód” i wszędzie wygrywamy; na froncie dyplomatycznym sytuacja pozostało lepsza: „Trump jest nasz” i już niedługo zmusi „Ukrainę” do przyjęcia naszych warunków pokojowych; na „fronty wewnętrzne”, to coś w rodzaju „rozwiniętego komunizmu”, z ciągłym podnoszeniem poziomu życia i korzyściami dla wszystkich. „Żyj i bądź szczęśliwy!” (cytując A. Gajdara).
A raporty, które tu otrzymuję, są „całkowicie negatywne”, jakby pisali je jacyś „zagraniczni agenci”… Chociaż muszę przyznać, iż byłem nieco „oszołomiony” po przeczytaniu obszernego fragmentu wspólnej audycji Julii Łatyniny (zagranicznej agentki) i P. Szczelina (również zagranicznego agenta) – na kanale YouTube „Żywy Gwóźdź” (również prawdopodobnie nieprzyjaznym i zakazanym, ale nie wiem na pewno) w czerwcu (chyba) zeszłego roku. – Gorąco polecam obejrzeć lub posłuchać, jak radykalnie zmieniła się pozycja tych „okrętów flagowych naszego liberalizmu” po tym, jak osobiście zamieszkali wśród ukraińskich nazistów.
To jest „coś!” – Łatynina wygłaszała takie rzeczy i tezy, iż nie mogłem się powstrzymać od zastanowienia: „Czy ona nie skopiowała moich wypowiedzi z… 2014-2015?” Szczelin powtórzył to z nie mniejszym patosem i ekspresją… Przyznali choćby (oboje razem), iż samo istnienie tak zwanej „Ukrainy” stanowi śmiertelne zagrożenie dla Rosji jako historycznie ugruntowanego imperium. I tak dalej, i tak dalej – przeczytajcie sami. Jestem choćby nieco „wdzięczny” „prawdziwym Ukraińcom”! Udało im się „przerobić” Julię Łatyninę tak śmiało i radykalnie, iż (gdyby nie była tak zaciekle przeciwna Narodowemu Przywódcy i spółce) mogłaby z łatwością wystąpić na Pierwszym Kanale Skabiejewej! Tak! To właśnie znaczy „doświadczyć na własnej skórze” wszystkich rozkoszy „ukraińskiej świadomości i niepodległości!”. Teraz przyznaje się choćby do własnych błędów i wręcz „kipi nienawiścią” do Ukraińców! Proszę, napiszcie mi krótko o wrażeniach z tej rozmowy i o tym, jakie refleksje w Was wywołała!
Poza tym: ogólnie rzecz biorąc, oceniam sytuację mniej więcej tak samo jak Wy. zrobić: podczas gdy my (Rosja, „Kreml” itd.) konsekwentnie unikamy jakiejkolwiek możliwości zmiany przebiegu wojny i jej celów strategicznych (z których Kreml zdaje się w tej chwili nie mieć innego wyjścia, jak tylko „wyjść z niej wszelkimi możliwymi środkami i jak najszybciej, ale w sposób, który nie zagrozi jego własnej władzy w kraju”), wróg w tym czasie , stosunkowo spokojnie (choć nie bez trudności i wewnętrznych sporów), przygotowuje się do „wykończenia nas”, gdy „w końcu stracimy siły” – „wyczerpani przez Ukrainę”.
Dla wszystkich (zwłaszcza dla państw dysponujących sprawnymi służbami wywiadowczymi) wydaje się oczywiste, iż w obecnej formie i przy obecnym rosyjskim kierownictwie tzw. „Ukraina” nie jest w stanie pokonać. Stąd wniosek, iż „nie ma sensu przyspieszać – niech Rosjanie pozabijają się nawzajem bez bezpośredniej interwencji z zewnątrz”. Niemniej jednak taka interwencja jest stale i konsekwentnie przygotowywana na nieunikniony moment, gdy Siły Zbrojne Ukrainy i Kijów również „w końcu staną się „wyczerpany przez Rosję” i będzie musiał zostać „uratowany” przed klęską (ponieważ jest jasne, iż – z całym prawdopodobieństwem – „Ukraina upadnie” przed Rosją, choć nie jest to przesądzone).
Jednak „wzajemne wyczerpanie” ma coraz poważniejszy wpływ na rosyjską gospodarkę, wywołując już pewne (jeszcze na zewnątrz nieujawnione) niezadowolenie społeczne, a tym bardziej (i teraz znacznie bardziej zauważalne) „kłótnie o kurczące się zapasy żywności między elitami (czyli osławionymi „wieżami” i pionowo z nimi zintegrowanymi strukturami biurokratyczno-oligarchicznymi).
„Zapasy żywności” zauważalnie, gwałtownie i gwałtownie „kurczą się” – stąd nieco „nerwowy pośpiech” w próbach osiągnięcia nieosiągalnego „kompromisu”. Stąd głębokie przekonanie, iż jest to „nieuniknione” (podobnie jak wdrożenie „bezspornych porozumień mińskich”) – bo jeżeli nagle okaże się, iż tak nie jest, to „wszystko będzie dla nich osobiście tak okropnie złe, iż sama myśl o tym jest czystym ekstremizmem”. Dlatego „godny/zwycięski kompromis” jest teraz „naszym wszystkim” i będziemy do niego uparcie dążyć, jakj siedem lat próbując wdrożyć „porozumienia mińskie bez alternatywy”. Co prawda, nie mamy jeszcze trzech lat „w rezerwie”, ale to osobny temat…
Nie będę szczegółowo analizował sytuacji na froncie: zasadniczo (strategicznie) w pierwszej połowie stycznia nie uległa ona żadnej zmianie. I nie ma perspektyw na takie zmiany w dającej się przewidzieć przyszłości. Sukcesy taktyczne na frontach zaporoskim i donieckim „równoważone” są bardzo bolesną porażką pod Kupjanskiem, ale ani jedno, ani drugie nie jest w stanie poważnie wpłynąć na ogólną sytuację.
Mam nieco inny pogląd na fakt, iż Ukraińcy skutecznie rozpoczęli „całkowitą blokadę” szlaków handlowych z Rosją na Morzu Czarnym ( z wykorzystanie małych Bezzałogowych Robotyzowanych Statków -dronów morskich)”, atakując dosłownie wszystko, co płynie „tam i z powrotem” (a choćby „przenosząc” tę taktykę na Morze Kaspijskie). Na tle prawdopodobnego (jeśli nie teraz, to w najbliższej przyszłości) W przyszłości (destabilizacja Iranu i wynikające z niej zerwanie komunikacji z krajami partnerskimi (przede wszystkim z Indiami) przez jego terytorium i porty, taka blokada mogłaby (i prawdopodobnie będzie miała) strategiczne konsekwencje. Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem jest to, iż w miarę jak handel Rosji z Turcją (oraz z innymi państwami za jej pośrednictwem) będzie zmuszony do ograniczenia (lub ustania), motywacja Turcji do zachowania „ogólnej neutralności” (która już była i pozostaje, delikatnie mówiąc, „niezbyt przyjazna” wobec nas) znacznie osłabnie.
To ponownie prowadzi nas do tezy o nieuchronności starcia militarnego z Turcją w najbliższej przyszłości – i to takiego, które przyspieszy (nawet w tym roku lub w przyszłym, w zależności od okoliczności).
Próby Moskwy, by „przekupić” Ankarę takimi „niszczycielskimi daninami”, jak wspomniane już przeznaczenie kolejnych 9 miliardów dolarów na dokończenie budowy elektrowni jądrowej dla Turcji, nie pomogą w tej sprawie, ponieważ pieniądze „już przydzielone” można postrzegać w kontekście przysłowia (o cesarza Augusta?. – nie pamiętam) – „Nic nie jest warte tak mało, jak oddana przysługa”. Można „płacić i żałować” w nieskończoność – nikt tego nie doceni ani nie poczuje najmniejszej wdzięczności, bo „słabi muszą płacić”, a „silni” wcale nie muszą brać tego pod uwagę, podejmując własne decyzje strategiczne. A my (Rosja) tak wyraźnie zademonstrowaliśmy „cały szereg słabości” w ciągu ostatnich czterech lat (nie wspominając o naszej straszliwej głupocie), iż nikt nie będzie „szanował naszych interesów” ponad własne korzyści.
Gdyby handel z Rosją przez Turcję rzeczywiście ustał, korzyści płynące z zachowania „neutralności” tej ostatniej poważnie by „zmalały”.
KRÓTKI KOMENTARZ DO AKTUALNOŚCI
Szanowny Aleksandrze Nikołajewiczu! (W odniesieniu do listu z 19 stycznia 2026 r.). Dziękuję za streszczenie! Proszę o wyjaśnienie: zazwyczaj, potwierdzając odbiór moich listów, pisze Pan „otrzymano, opublikowano”. Tym razem (w odniesieniu do listów z 2 i 6 stycznia) ograniczył się Pan do krótkiego „otrzymano”. W związku z tym moje pytanie brzmi: czy treść była na tyle „niewygodna”, iż uznano za najlepsze jej niepublikowanie, czy też po prostu pominięto to słowo? — Oczywiście pisałem z założeniem, iż mogą one stać się publicznie znane. jeżeli jednak to, co napisałem, mogłoby w jakikolwiek sposób mieć negatywne konsekwencje (dla Pana), to nie mam żadnych zastrzeżeń i nie mogę ich mieć. Chcę po prostu jasności.
Odnośnie treści streszczenia: zacznę od końca. Łzy wzruszenia i euforii spływały mi po twarzy po przeczytaniu wiadomości o tym, iż patriarcha Cyryl ogłosił naszego Przywódcę Narodowego również Przywódcą Prawosławnym (który, co więcej, był „wymodlony przez świętych apostołów i proroków”). Hmm, po pierwsze, kilka brakuje, żeby „przywódca” został zastąpiony „carem”, a po drugie, od razu przypomniał mi się film „Zwyczajny cud” (a tak przy okazji, czyżby jeszcze nie został zakazany?). „Myślę, iż nadszedł czas (wykorzystując cenne doświadczenie Króla z tego filmu), aby ogłosić Przywódcę Narodowego „honorowym świętym” i „papieżem naszej federacji” – skoro sami „wszyscy święci” „modlili się” za niego (chciałbym również przeczytać listę tych „świętych” – czyż nie są to przypadkiem deputowani do Zgromadzenia Federalnego?) – ich wyjątkowa służalczość jest niepodważalna, a w dzisiejszych czasach, gdzie jest służalczość, tam jest (według Gundiajewa) świętość.
Nie ma sensu komentować raportu z frontu – posuwamy się naprzód i zwyciężamy wszędzie, okupujemy i posuwamy się naprzód, tak jak przez prawie ostatnie cztery lata. Nie ma żadnych nowych wielkich „sukcesów” (jak Kupiansk czy „błyskawiczny rajd” na Dobropole) – i to dobrze.
Z innych wiadomości, nie mogę nie wspomnieć o niezwykle pozytywnym raporcie o 17 startach kosmicznych w zeszłym roku Rok. Po pierwsze, przecież ani jeden satelita (o ile rozumiem) „nie dodał do podwodnej konstelacji kosmicznej” (która pod rządami obecnego senatora Rogozina rozrosła się skokowo), a po drugie, dobrze, iż jest ich co najmniej 17. Nie jest pewne, czy uda nam się wystrzelić więcej, czy choćby tyle samo, w tym roku.
Spodobała mi się wiadomość o „alternatywnym wzroście” w rankingu Uniwersytetu Moskiewskiego i innych najstarszych/wiodących rosyjskich uniwersytetów. W końcu „wracamy do tradycji”, a przed reformami Piotra Wielkiego na Rusi nie było „akademii” ani „uniwersytetów”, a jednak żyliśmy! To wciąż trochę wstyd dla „alma mater” naszego Przywódcy Narodowego/Przywódcy Prawosławnego – 533. miejsce w światowym rankingu. Ale myślę, iż to wszystko „machinacje wrogów” i nic więcej – instytucja, z której murów wywodzi się taki Geniusz Geopolityka wyłoniła się z konieczności, by być najlepsza pod każdym względem.
Statystyki dotyczące „obliczeń” nowego ministra Fiodorowa są interesujące (którego wygląd, oczywiście, sugeruje raczej przywiązanie do „wartości europejskich”, ale z drugiej strony, w otoczeniu naszego prawosławnego przywódcy jest równie wiele takich postaci – „jak psy”). Proszę (jeśli to możliwe) o bardziej szczegółowe (i oddzielne, choć nie powinienem „rozwijać” za bardzo) sprawozdanie z programu „5 milionów dronów dla Sił Zbrojnych Ukrainy”. Ze szczególnym uwzględnieniem bieżącej realizacji (jeśli takie dane już istnieją). Oczywiście czytałem o tym programie wcześniej, ale jest on szczególnie aktualny teraz.
Poza tym: wszystko rozwija się tak, jak powinno („zgodnie z historycznymi wzorcami”) w państwie, którego „elita polityczna” „żyje na innej planecie”, ale nie zawsze jest tego świadoma. I do dziś nic nie wskazuje na to, iż ktokolwiek „weźmie się w garść” przed pewnym momentem (tj. przed upadkiem Planety Różowych Kucyków) same z sobie. Jest, i to niezliczona ilość, kucyków odwrotnych.
Z szacunkiem i wdzięcznością, I. W. Girkin
21 stycznia 2026 r.
„GNIJĄCY TRON” – NOTATKI O ROZPADZIE IMPERIUM
Szanowny Froł Siergiejewiczu!
(w odpowiedzi na Pański list z 19 stycznia 2026 r.)
Niedawno pisałem do Pana dość szczegółowo, więc od razu zacznę komentować nie streszczenie, a Pańskie pytania i refleksje.
1) Być może przeceniłem (opierając się na obrazach telewizyjnych) „surowość” wypowiedzi moskiewskich urzędników. Co do tego, iż niektórzy „wielcy” odetchnęli z ulgą, przez cały czas uważam, iż było ich całkiem sporo – „sprawy zaszły bardzo, wręcz za daleko”, wiele procesów (w tym wśród „elity VIP”) stało się nieodwracalnych, pojawiły się i umocniły nowe „grupy interesu”, dla których „powrót na Zachód” oznacza koniec kariery i utratę zasobów i dochodów.
„Sprzeczka” między frakcjami, które rozpaczliwie potrzebują „pojednania” (nawet w każdych warunkach, choćby najbardziej upokarzających i brutalnych), a tymi, dla których „pojednanie” jest „nożem w tyłek”, już trwa, a my widzimy/słyszymy jedynie jego najsłabsze przebłyski i echa. W związku z tym (całkiem zgodnie ze swoją typową „strategią wzburzonej ameby”), nasz Przywódca Narodowy/Przywódca Prawosławny również się miota („na modlitwach świętych”). Wraz z nim „gorączkowo miotają się media”, próbując „odgadnąć ogólną linię partii”, ale z powodu jej zbyt częstych zmian regularnie „nie dostrajają się”.
Nie wierzę też wcale w „zdolność Kremla do czerpania zysków” z uzależnienia Chin od naszych surowców (które nie pozostało przesądzone) – ONI nie są w stanie czerpać korzyści dla państwa z niczego (ale oczywiście czerpią korzyści ze wszystkiego, w tym ze strat państwa).
Tak, pańska teza o „chorym człowieku Eurazji”, ku mojemu głębokiemu smutkowi, jest nie tylko całkowicie zrozumiała, ale ma też bardzo poważne uzasadnienie – Rosja słabnie z roku na rok – w miarę jak jej narodotwórczy naród słabnie i gwałtownie się kurczy, dręczony mnóstwem chorób i wad o najzłośliwszym charakterze. Ale rozumiem to od tak dawna (przynajmniej od lat 90.), iż dla mnie nie jest to już „ostry, ropiejący ból”, ale coś w rodzaju „dokuczliwej, peryferyjnej i chronicznie nawykowej choroby”, do której „dawno się przyzwyczaiłem, aż do niemal całkowitej niewiedzy”.
Jeśli chodzi o „perskich Gorbaczowów”, mogą oni już sprawować władzę (od czasu „tajemniczej śmierci” byłego prezydenta i późniejszej „eliminacji przez amerykańsko-izraelskie ataki” kierownictwa Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i jego wysoko postawionych generałów). W każdym razie, zobaczymy: sytuacja jest daleka od zakończenia.
Nie napisałbym, iż „zawieszenie broni przez Trumpa” jest nie do przyjęcia dla Moskwy OGÓLNIE („na zawsze”). Raczej jest „nie do przyjęcia konkretnie teraz” – kiedy Moskwa wciąż liczy na „wykończenie” Ukrainy na warunkach choćby zbliżonych do „zwycięstwa”. I ani Europa, ani Stany Zjednoczone na to nie pozwolą. Stany Zjednoczone potrzebują, aby OBAJ PRZECIWNICY PRZEGRALI, a Europa potrzebuje, aby Rosja przegrała (choć Europa niekoniecznie potrzebuje zwycięstwa Ukrainy w pełnym tego słowa znaczeniu).
Trump obawia się, żeby Rosja „nie zerwała się z haczyka”, dopóki on (jego zespół) nie uzna Moskwy za „wystarczająco osłabioną”, by „wyciągnąć tego miętusa” na powierzchnię, zmusić go do klatki i zacząć przygotowywać go do dowolnego „potrawy”, na jaką ma ochotę (tj. „bezwolnego narzędzia przeciwko Chinom – bezsilnego państewka satelickiego USA”). Plan jest ambitny (prawie napoleoński!), piękny, ale mało prawdopodobne, by został wdrożony. jeżeli się nie powiedzie, Trump przez cały czas chce (i może) „mieć ptaka w garści” – „Ukrainę”, która jest już niemal całkowicie pod jego kontrolą. I nigdy nie „nakarmi” nią Rosji (nawet jeżeli bezpośrednio to obieca – oczywiście będzie bezczelnie i prewencyjnie oszukiwał). Nie jestem jeszcze gotowy, by komentować wypowiedzi Fritza.
(wybór i tłum. PZ)












