W polskiej debacie publicznej regularnie powraca zarzut, iż artyści „nie powinni mieszać się do polityki”. Najczęściej formułują go ci, którym głos artysty akurat przeszkadza. Sprawa ostatnich wypowiedzi Daniela Olbrychskiego pokazuje to w całej ostrości: aktor powiedział głośno to, co myśli o prezydencie i kondycji państwa, a prawicowi komentatorzy od razu uznali to za przejaw elitarnej arogancji. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie – Olbrychski zrobił to, co w demokracji robić wolno i co artyści robili od zawsze.
Występując na antenie TVP Info w programie prowadzonym przez Dorotę Wysocką-Schnepf, aktor nie ukrywał emocji ani intencji. „Próbujemy apelować my artyści, ludzie tacy jak pani, zwracać się do społeczeństwa: opanujcie się, zastanówcie się, na kogo i w jakiej sprawie głosujecie” – mówił. To nie było wezwanie do zamachu stanu ani próba unieważnienia wyborów, ale apel o odpowiedzialność obywatelską. Trudno uznać to za coś nagannego w kraju, który konstytucyjnie gwarantuje wolność słowa.
Szczególne oburzenie wywołały słowa Olbrychskiego pod adresem prezydenta Karola Nawrockiego. Aktor stwierdził, iż głowa państwa, która „robi wszystko, żeby przeszkadzać rządowi w każdej nieomal dla Polski płaszczyźnie”, nie działa w interesie ojczyzny. Dodał też mocne zdanie: „On myśli, żeby było w Polsce jak najgorzej, żeby tę władzę odsunąć. Przecież to jest grzech śmiertelny”. Krytycy natychmiast uznali to za moralizatorstwo i dowód niezrozumienia roli prezydenta.
Tyle iż Olbrychski nie kwestionował formalnych uprawnień prezydenta ani wyniku wyborów. Zwracał uwagę na coś innego: na polityczną praktykę permanentnej obstrukcji. Prezydent ma prawo wetować ustawy, ale pytanie brzmi, czy ma moralne prawo czynić z tego narzędzie partyjnej wojny, choćby wtedy, gdy blokuje rozwiązania ważne dla państwa. W tym sensie użyte przez aktora pojęcie „grzechu śmiertelnego” nie jest teologiczną figurą, ale publicystycznym skrótem – oceną postawy, a nie procedury.
Prawicowi komentatorzy chętnie przypominają, iż Karol Nawrocki wygrał wybory niewielką różnicą głosów. To prawda – przewaga nad Rafał Trzaskowski wyniosła 1,78 proc., czyli około 370 tysięcy głosów. W demokracji to wystarcza. Ale właśnie dlatego, iż mandat jest tak wąski, odpowiedzialność za jednoczenie społeczeństwa, a nie jego dalszą polaryzację, powinna być większa, nie mniejsza. Olbrychski mówi głośno to, co wielu obywateli mówi po cichu.
Warto też odrzucić protekcjonalny ton, w którym krytycy aktora mówią o „samozwańczej elicie”. Artyści nie są żadną kastą wyjętą spod demokratycznych reguł. Są obywatelami – płacą podatki, chodzą na wybory, ponoszą konsekwencje decyzji politycznych tak samo jak inni. Różnica polega na tym, iż ich głos jest bardziej słyszalny. I właśnie dlatego bywa niewygodny.
Historia pokazuje zresztą, iż artyści często byli pierwszymi, którzy ostrzegali przed nadużyciami władzy, zanim stały się one oczywiste dla wszystkich. Odmowa zabierania głosu w imię fałszywie rozumianej „neutralności” oznaczałaby zgodę na to, by sfera publiczna została oddana wyłącznie politykom i partyjnym aparatczykom.
W tym sensie Daniel Olbrychski nie przekroczył żadnej granicy. Przeciwnie – przypomniał, iż demokracja nie kończy się w dniu wyborów, a patriotyzm nie polega na bezkrytycznym milczeniu. Artyści nie muszą być bezstronni. Powinni być uczciwi wobec siebie i wobec wspólnoty, w której żyją. Olbrychski taki właśnie głos zabrał.

20 godzin temu








![NOWY WIŚNICZ- BOCHNIA. Ostatnie pożegnanie śp. Marii Serafińskiej-Domańskiej [ZDJĘCIA]](https://bochniazbliska.pl/wp-content/uploads/2026/01/IMG-20260109-WA0004-1.jpg)

