Odsuną Netanjahu, by oddać władzę jeszcze większym radykałom?

51 minut temu

Izraelska opozycja próbuje stworzyć wspólny front przeciwko Benjaminowi Netanjahu. Pięciu liderów głównych ugrupowań przeciwnych premierowi podpisało porozumienie o współpracy przed wyborami do Knesetu, zaplanowanymi na 27 października 2026 roku. Ich celem jest odsunięcie Netanjahu od władzy i utworzenie nowego rządu określanego jako „syjonistyczny i państwowy”. W istocie, jeżeli uznać Netanjahu za mienszewika, będą to bolszewicy – zaciekli syjoniści, którzy nie będą mają żadnych oporów przed kontynuowaniem ludobójstwa w Gazie i wysiedleń na Zachodnim Brzegu.

Palestyńczycy mogą jeszcze zatęsknić za Netanjahu. Porozumienie koalicyjne przeciwko niemu zawarli bowiem radykalni żydonaziści: Jair Lapid, Gadi Eisenkot, Naftali Bennett, Awigdor Lieberman oraz Jair Golan. Politycy zobowiązali się między innymi do zaprzestania wzajemnych ataków podczas kampanii i do współpracy po wyborach przy tworzeniu nowego rządu. To istotna zmiana, ponieważ jeszcze niedawno liderzy poszczególnych partii ostro rywalizowali ze sobą, a jednym z głównych punktów spornych pozostawała kwestia tego, kto powinien stanąć na czele obozu anty-Netanjahu.

Współpraca ma mieć bardzo praktyczny charakter. Opozycja utworzyła trzy zespoły robocze. Pierwszy ma zajmować się mobilizacją wyborców, frekwencją oraz przygotowaniem do samego dnia wyborów. Drugi ma opracować podstawowe zasady działania przyszłego rządu, w tym plan pierwszych 100 dni jego funkcjonowania.

Wśród zapowiadanych tematów znalazły się reforma systemu służby wojskowej, powołanie oficjalnej komisji śledczej badającej wydarzenia związane z atakiem Hamasu z 7 października 2023 roku, ograniczenie kadencji premiera oraz przygotowanie konstytucji. Trzeci zespół ma koordynować przekaz medialny ugrupowań i reagować na dezinformację oraz kampanie wymierzone w ich liderów.

Na razie nie ustalono jednak, kto miałby zostać premierem w przypadku zwycięstwa. W gronie potencjalnych kandydatów znajdują się przede wszystkim Eisenkot, Bennett i Lapid. Liderzy postanowili odłożyć tę decyzję do czasu wyborów, co pozwala im uniknąć otwartej walki o przywództwo, ale jednocześnie pozostawia nierozwiązany problem przyszłej koalicji.

Samo odsunięcie Netanjahu nie będzie oznaczać politycznego zwrotu Izraela w stronę umiarkowania. To jedna z najważniejszych kwestii nadchodzących wyborów. Obecny premier stoi na czele rządu, który Reuters określa jako „oparty na skrajnie prawicowej koalicji”, a po jego odejściu część wyborców może wcale nie skierować się ku centrum. W izraelskim systemie proporcjonalnym znaczenie ma bowiem nie tylko to, kto otrzyma najwięcej głosów, ale także układ sił pomiędzy wieloma partiami i zdolność do zbudowania większości 61 mandatów w 120-osobowym Knesecie.

Szczególnie istotna jest właśnie sytuacja w obozie syjonistycznym (błędnie nazywanym prawicowym). W wyborach startują ugrupowania reprezentujące stanowiska znacznie bardziej radykalne niż Likud Netanjahu. Chodzi o Otzma Yehudit Itamara Ben-Gwira oraz sojusz Religijnego Syjonizmu i Zehut. o ile partie te uzyskają odpowiednio silny wynik, mogą stać się ważnym elementem przyszłej większości parlamentarnej.

W takim scenariuszu odejście Netanjahu nie musiałoby oznaczać złagodzenia izraelskiej polityki. Przeciwnie – nowy premier mógłby być zmuszony do współpracy z politykami zajmującymi jeszcze twardsze stanowisko w kwestiach bezpieczeństwa, wojny, osadnictwa czy relacji z Palestyńczykami.

Sondaże pokazują zresztą, jak skomplikowany jest układ sił. W jednym z badań przeprowadzonych pod koniec września blok przeciwników Netanjahu oraz ugrupowania go popierające otrzymały po 53 mandaty, podczas gdy partie arabskie miały zdobyć łącznie 14 miejsc. Żaden z głównych bloków nie był więc blisko samodzielnej większości.

W innym sondażu Channel 13, również przywoływanym pod koniec września, ugrupowania syjonistyczne dysponowały łącznie 51 mandatami, obóz anty-Netanjahu 52, a partie arabskie 13. Wśród potencjalnych przyszłych partnerów znajdowały się więc również ugrupowania radykalniejsze od Likudu.

To sprawia, iż najbliższe wybory mogą przynieść paradoksalny rezultat. Opozycja jednoczy się, aby zakończyć epokę Netanjahu, ale jego polityczne dziedzictwo może przetrwać, a choćby zostać w pewnych obszarach wzmocnione przez jeszcze bardziej nienawistne i ludobójcze partie. Wszystko zależeć będzie od rozkładu mandatów i negocjacji koalicyjnych po wyborach.

Netanjahu już rozpoczął kontratak. Przedstawia swoich przeciwników jako blok, który może doprowadzić do powstania rządu… z udziałem partii arabskich. Sam premier podkreśla konieczność utrzymania silnego Likudu jako zapory przed takim scenariuszem. Jednocześnie jego przeciwnicy próbują przedstawić wybory jako głosowanie nad odpowiedzialnością obecnego rządu za wydarzenia z 7 października 2023 roku oraz nad kierunkiem izraelskiej polityki w kolejnych latach.

Dla Palestyńczyków nie ma tu dobrego wyboru. Stoją przed alternatywą szybszej albo wolniejszej śmierci lub wysiedlenia. W Izraelu już prawktycznie nie ma ugrupowań umiarkowanych, gdyż politycznie się to nie opłąca. Podobnie jak w Niemczech w końcówce lat 20. XX wieku, społeczeństwo masowo stawia bowiem na radykałów.

Polecamy również: Bambiniści zablokowali ratunek dla rannego łosia

Idź do oryginalnego materiału