Odlot Ziobry. Jak on wpadł na takie porównanie?!

18 godzin temu
Jest w polskiej polityce szczególny gatunek ucieczki: ucieczka do wielkich słów. Zbigniew Ziobro, były minister sprawiedliwości, postanowił uciec nie tylko geograficznie, uzyskując azyl polityczny na Węgrzech, ale także symbolicznie – wprost w objęcia narodowej martyrologii. „Nie wróciłem do kraju, tak jak wielu nie wróciło w czasie stanu wojennego” – oświadczył z powagą godną pomnika. W tym jednym zdaniu zawiera się cały problem: gigantyczna skala porównania i mikroskopijna proporcja faktów.
Narracja jest znana. Oto polityk ścigany przez prokuraturę nie jest podejrzanym, ale ofiarą „bandytyzmu”. Oto zarzuty – a ma ich być 26, w tym o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą w resorcie – nie są przedmiotem debaty merytorycznej, ale dowodem „polowania”. „To jest po prostu bandytyzm, wykorzystanie siły i przemocy” – mówi Ziobro, stawiając się w roli samotnego sprawiedliwego. W tej opowieści nie ma miejsca na elementarną zasadę państwa prawa: iż to sąd, a nie audycja radiowa, rozstrzyga o winie.
Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się krytyka instytucji, a zaczyna mitologizacja własnej osoby. Gdy były minister porównuje swoją sytuację do losów żołnierzy podziemia niepodległościowego, wkracza na teren megalomanii. Przywołanie „Żołnierzy Niezłomnych”, a choćby konkretnej postaci „Zapory”, w kontekście komfortowego azylu w państwie członkowskim UE, brzmi jak pastisz historii. To nie jest odwaga – to retoryczna inflacja, w której każde śledztwo staje się stanem wojennym, a każda decyzja procesowa – represją rodem z totalitaryzmu.
Wymowna była riposta prowadzącego rozmowę w RMF FM, Tomasz Terlikowski, który zapytał: „Czy można odważnie stawiać czoła z Węgier?”. Odpowiedź Ziobry – „mogę ‘aż mówić’” – odsłania sedno sprawy. To nie walka, ale spektakl. Mówienie staje się substytutem odpowiedzialności, a mikrofon – tarczą przed salą sądową. W tej logice im głośniej, tym bardziej heroicznie; im dalej, tym bezpieczniej.
Jeszcze bardziej niepokojące jest rozciąganie pojęcia „azyl polityczny” na sytuację, w której chodzi o odpowiedzialność za rządy sprawowane latami z pełnią władzy nad prokuraturą. Gdy pełnomocnik informuje o „naruszeniach praw i wolności”, trudno nie dostrzec ironii losu: to właśnie za czasów Ziobry niezależność prokuratury została podporządkowana polityce, a język represji stał się codziennym narzędziem władzy. Teraz ten sam język wraca jak bumerang – tyle iż użyty przeciwko własnemu autorowi.
Porównanie do stanu wojennego jest szczególnie chybione. Wówczas internowano bez wyroków, łamano kręgosłupy opozycji, zamykano usta cenzurą. Dziś mamy zarzuty, procedury i możliwość obrony. Twierdzenie, iż „nawet w stanie wojennym” nie robiono tego, co rzekomo robi się dziś, jest nie tylko historycznie fałszywe, ale i moralnie niestosowne wobec realnych ofiar tamtego czasu.
Ta historia mówi więcej o kondycji PiS niż o rzekomych „represjach”. Zamiast stanąć do wyjaśnienia spraw, zamiast zaufać sądom, wybiera się ucieczkę w mit. To łatwiejsze niż konfrontacja z faktami. Ale mit, choćby głośno opowiadany, nie zamieni azylu w bohaterstwo, a megalomanii w historię. W polityce – podobnie jak w życiu – prawda nie potrzebuje porównań z legendą. Wystarczy, iż stanie przed sądem.
Idź do oryginalnego materiału