Zanieczyszczenie światłem to problem, który na przestrzeni ostatnich dekad osiągnął gigantyczne rozmiary – ale da się go skutecznie rozwiązać. Istnieje szereg sposobów na to, by ograniczyć nadmiar sztucznego oświetlenia emitowanego w przestrzeń bez jednoczesnego zatapiania naszych miast w mroku.
- To jest druga część mikro-cyklu o sztucznym świetle. Tym razem sprawdzamy, jak problem można rozwiązać. Tu przeczytasz pierwszy tekst z serii: Świecimy na potęgę. „Pomiary wychodzą poza skalę”
Podobno każdy artykuł dotyczący zanieczyszczenia światłem musi wspomnieć tę anegdotę.
W nocy 17 stycznia 1994 roku w Kalifornię uderzyło największe w historii regionu trzęsienie ziemi. 8-sekundowy wstrząs pozbawił życia ponad 50 osób, spowodował kilkadziesiąt miliardów dolarów strat, przyczynił się do wzrostu liczby zachorowań na tzw. gorączkę doliny kalifornijskiej i – co w naszym kontekście szczególnie ważne – chwilowo pozbawił prądu Los Angeles. Fama głosi, iż władze odebrały wówczas szereg telefonów o identycznym refrenie: czym jest ta dziwna, srebrzysta chmura wysoko na niebie?
Dziwna, srebrzysta chmura była oczywiście Drogą Mleczną, a cała historia jest prawdopodobnie wyolbrzymieniem, mającym na celu wbić szpilkę mieszkańcom drugiego największego miasta Stanów Zjednoczonych.
Zwrócić uwagę powinno jednak co innego. Krótka przerwa w dostawie prądu wystarczyła, żeby w jednej z najbardziej oświetlonych metropolii zachodniej hemisfery problem zanieczyszczenia światłem zniknął – choćby jeżeli tylko na chwilę. To z kolei sugeruje, iż kwestię wszechobecnego sztucznego światła, zmieniającego zachowania fauny i flory oraz negatywnie oddziałowującego na nasze zdrowie, da się rozwiązać, i to rozwiązać permanentnie. To nie przypadek zmian klimatycznych, których skutki, niezależnie od tego, do jakiego stopnia ograniczylibyśmy emisje gazów cieplarnianych, będziemy odczuwać przez kolejne pokolenia.
Droga mleczna nocą. Fot. shutterstock/IngaavCiemniejsza przyszłość
Oczywiście rozwiązanie polegające na wyłączeniu oświetlenia w największych miastach na całym globie, tak jak miało to miejsce w Los Angeles, jest absurdalne. Ale też nikt go nie proponuje. Znamy sposoby, w jaki można ograniczyć zanieczyszczenie światłem, i znamy też przykłady miejsc, w których takie inicjatywy już działają – choć na razie na lokalną skalę – i przynoszą korzyści.
– Staramy się pokazać rządzącym, jaki jest problem, ale też pokazać plusy jego rozwiązania – mówi Monika Sitek z Light Pollution Think-Tank i Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego. – Bo w walce z nadmiarem sztucznego światła nie ma przegranych. Ekologicznie, zdrowotnie, estetycznie, ekonomicznie, wszyscy wygrywamy. Tylko żeby przyjąć i stosować te przepisy, które wejdą odgórnie, musimy być tego świadomi.
Jako przykład obiektów, których negatywny wpływ byłoby stosunkowo łatwo ograniczyć, podaje szklarnie, oświetlające nocne niebo na ogromnym obszarze.
– Większość takich obiektów nie używa przesłon. Borykamy się z tym problemem w naszej stacji badawczej, ponieważ tam pojawia się nam łuna od szklarni, która jest oddalona o linii prostej o kilkanaście kilometrów. Inwestycja w przesłonę z jednej strony znacznie polepszyłaby warunki nocne, a z drugiej dobrze zainstalowany ekran byłby energooszczędny dla takiej szklarni. Ta część energii doświetlania, która dziś jest marnowana, byłaby wykorzystywana na dogrzewanie i doświetlanie roślin.
W miastach zanieczyszczenia światłem nie da się oczywiście całkowicie wyeliminować, istnieją jednak sposoby, by wyraźnie je ograniczyć. Wśród nich jest m.in. wymiana latarni na świecące wyłącznie w miejsce, które tego wymaga – w w tej chwili stosowanych rozwiązaniach duża część emitowanego światła rozprasza się bowiem na boki i w górę. Taka transformacja jest dziś znacznie łatwiejsza do przeprowadzenia ze względu na popularyzację lamp LED, które są płaskie i składają się z wielu mniejszych diod, co ułatwia kontrolę nad kierunkiem, barwą i natężeniem oświetlenia.
Jak przyćmić światła w całym kraju
Kolejnym ważnym źródłem zanieczyszczenia światłem są światła dekoracyjne – na przykład snopy reflektorów, efektownie rozjaśniające kościoły czy zabytki architektoniczne. Monika Sitek tłumaczy, iż i tutaj da się uzyskać kompromis pomiędzy ciemnym nocnym niebem a poczuciem estetyki:
– Rozwiązanie jest łatwe. Wystarczy zastosować specjalne nakładki na latarnie, które będą kierunkować światło w ten sposób, iż rozjaśniona faktycznie będzie tylko fasada – a wyeliminują całkowicie oświetlenie rozchodzące się na boki.
Ponadto aktywiści na rzecz konserwacji ciemnego nieba postulują o wykorzystywanie czujników ruchu czy ściemniaczy, wygaszanie świateł w godzinach, kiedy nie są one potrzebne, stosowanie kierunkowych opraw oświetleniowych czy wykorzystywanie lamp o cieplejszej barwie, która nie rozprasza się tak w atmosferze. Wszystko to jednak działania na szczeblu indywidualnym, niewystarczające przy takim stopniu zanieczyszczenia, z jakim się zmagamy. Dziś dla 20% Polaków, zamieszkałych w najbardziej prześwietlonych punktach naszego kraju, niebo jest przez całą dobę tak jasne, iż ich wzrok nie przechodzi w tryb widzenia nocnego. Pilnie potrzebne są więc rozwiązania systemowe.
– W naszych przepisach istnieją pewne niewielkie restrykcje, ale są to przepisy martwe – zaznacza Monika Sitek. – Na przykład wiadomo, iż nie można świecić na szybę budynku z większym natężeniem niż pięć luksów. Ale choćby jeżeli coś takiego zostanie zgłoszone, to komisja z danego urzędu przychodzi i mówi: „Według nas to aż tak nie świeci, proszę sobie zasłonić okna żaluzjami”. Nie ma aktywnych procedur, żeby to zmierzyć.
Jak jednak mówi, jej organizacja w końcu została zaproszona do rozmów z ministerstwami infrastruktury oraz klimatu i środowiska. Są więc sygnały, iż resorty zaczynają traktować problem poważnie, interdyscyplinarnie, i iż w stosunkowo niedalekiej przyszłości zobaczymy regulacje mające na celu ograniczyć zanieczyszczenie światłem na poziomie centralnym. Postulowane zmiany na poziomie legislacyjnym dotyczą m.in. konkretnego ustalenia natężenia i kolorów oświetlenia użytkowego, architektonicznego i zewnętrznego, wytycznych dotyczących instalacji oraz prowadzenie dokładnego monitoringu emisji światła.
– Kropla drąży skałę. Dlatego też zależy nam, żeby coraz więcej mówiono o tym w mediach, bo jeżeli temat zrobi się głośny, to rządzący też będą go ciągnąć.
Oświetlenie uliczne typu LED. Fot. shutterstock/Julia BlazhukSopotnia Wielka. Trzy dekady walki o ciemne niebo
Na razie jednak kwestia zanieczyszczenia światłem pojawiała się wyłącznie na szczeblu lokalnym, i w tej kwestii możemy odnotować parę sukcesów. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat aktywiści na rzecz konserwacji ciemnego nieba doszli do porozumień z kilkoma samorządami w sprawie zrównoważonej polityki oświetleniowej. W efekcie powstały ostoje ciemnego nieba m.in. w Izdebnie, Bieszczadach czy Górach Izerskich. Z kolei Sopotni Wielkiej w województwie śląskim jako pierwszej miejscowości w Polsce udało się uzyskać certyfikat organizacji DarkSky International.
– To nie była koncepcja turystyczna czy komercyjna – wspomina Piotr Nawalkowski, prezes Stowarzyszenia Polaris, dbającego o zachowanie ciemnego nieba w Sopotni Wielkiej. – Byliśmy trójką kolegów, którzy spotykali się na wieczorne obserwacje. Oglądanie Drogi Mlecznej rozciągającej się przez cały horyzont było niesamowitym przeżyciem. Za czasów PRL-u oprawy oświetleniowe, chociaż dość prymitywne, były jednak prawidłowo zbudowane, zaprojektowane z myślą, żeby oświetlać to, co jest pod latarnią, a nie nad nią. W latach 90. zauważyliśmy jednak, iż oświetlenia zaczyna przybywać. Nadeszła rewolucja w postaci wysokoprężnych lamp sodowych, na których w dodatku producenci zaczęli montować ogromne wypukłe klosze, według zasady, iż czym jaśniej, tym lepiej. W każdym razie bardzo blisko naszego miejsca obserwacji pojawił się szereg latarni ulicznych, ogromnie rozświetlających całą okolicę. Wtedy jeszcze nie mieliśmy zielonego pojęcia, iż nazywa się iż to zanieczyszczeniem sztucznym światłem, ale od lat 90. zaczęła się nasza kampania z lokalnymi władzami, by to niebo ochronić.
Początkowo starania opierały się na indywidualnych prośbach o wyłączanie świateł przy specjalnych okazjach astronomicznych – na przykład rojach meteorytów. Potem same władze Sopotni Wielkiej zauważyły, iż całonocne oświetlanie małej miejscowości nie ma sensu ekonomicznego i postanowiły wyłączać lampy okresowo, od północy do 4 nad ranem. To jednak spotkało się z oporem ze strony mieszkańców.
– Chodziło nam o to, żeby większość mieszkańców była w stanie zaakceptować te zmiany, a było to szalenie trudne, wymagało prawie 20 lat pracy u podstaw. Przede wszystkim organizowaliśmy wydarzenia, głównie z lokalną młodzieżą. Zajmowaliśmy się nie tylko astronomią, ale i meteorologią, obserwacją przyrody, badaniami wody, gleby, różnymi zajęciami manualnymi. A najciekawsze były oczywiście te nocne obserwacje z teleskopami. W takim sposób zaczęliśmy zyskiwać kilkoro sprzymierzeńców wśród lokalnego środowiska. Pierwszym był świętej pamięci sołtys, który widział w tym zaangażowaniu dzieciaków pewien potencjał społeczny, a to, iż w nocy będzie ciemniej, traktował jako raczej niewielką niedogodność. To on zaczął przekonywać tutejszych mieszkańców, pokazywał stronę kompromisu. Ale to wszystko działało w oparciu o indywidualne przypadki. Naszym zdaniem było rozwiązanie tego problemu systemowo.
Sposobem okazało się zaproponowanie astroturystyki jako wyróżnika obszaru w ramach Lokalnej Grupy Działania Żywiecki Raj, zrzeszającej 12 gmin powiatu żywieckiego. Organizacja ta pozyskiwała dotacje z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich, a pomysł ochrony ciemnego nieba był na tyle unikatowy, iż przyciągnął uwagę decydentów. Dzięki temu Sopotnia Wielka dostała dofinansowanie przeznaczone na walkę z nadmiarem sztucznego światła.
– Wszystko zostało przegłosowane w kierunku rozwoju astroturystyki, więc i lokalne władze się zgodziły – chociaż nie za darmo – śmieje się Nawalkowski.
Stowarzyszenie musiało pokryć część kwoty na wymianę oświetlenia w całej Sopotni Wielkiej ze swoich środków. Efektem były jednak nowe lampy z płaskimi szybami, zamkniętymi kloszami, w sposób równomierny oświetlający miejscowość na całej jej długości. Za tamtą inwestycją poszły kolejne, na przykład budowa kopuły obserwatorium astronomicznego na dachu miejscowej szkoły czy zmiany w oprawach oświetleniowych budynków.
– Takie obiekty jak stadnina koni czy parking świeciły bardzo intensywnym światłem, często penetrującym całą okolicę, przede wszystkim niebo. Tutaj pewnym symbolem problemu był kościół, bo pomimo wymiany oświetlenia w całej miejscowości, dalej pozostawała kwestia iluminacji fasadowej budynku kościoła ogromnymi słupami światła. Natomiast z pomocą przyszło nam doświadczenie zagraniczne. Byliśmy organizatorem wydarzenia na szczeblu europejskim, gdzie pojawił się naukowiec, który prowadził program mający na celu ochronę nietoperzy. Jego pomysłem było zaprojektowanie oświetlenia konturowego dla obiektów takich jak kościoły, wieże czy ratusze w taki sposób, żeby światło nie było zalewowe, tylko padało na kształt konturu ścian. Udało nam się więc pozyskać dofinansowanie na właśnie takie oprawy oświetleniowe, trzy z nich oprawy zostały zamontowane, i to przyczyniło się do kolejnej zmiany.
Lokalnym aktywistom udało się także nakłonić ponad 200 gospodarstw prywatnych do wymiany oświetlenia zewnętrznego. Wszystkie te kroki ostatecznie doprowadziły do tego, iż w 2023 roku organizacja DarkSky International ostatecznie przyznała Sopotni Wielkiej tytuł międzynarodowej lokalizacji społeczności ciemnego nieba.
Droga Mleczna dla wszystkich
To oczywiście jednostkowy przykład niewielkiej miejscowości. Zmiany w wielkich miastach czy systemowe, na poziomie centralnym, będą prawdopodobnie trwać przez dekady. Ale przykład Sopotni Wielkiej pokazuje, iż walka z zanieczyszczeniem światłem, choć mozolna, ostatecznie bardzo gwałtownie przynosi efekty. Dziś do wsi w powiecie żywieckim przyjeżdża coraz więcej pasjonatów ciemnego nieba, trudno znaleźć kogokolwiek, kto tęskniłby za bijącą na kilometry łuną. Skuteczne ograniczenie nadmiaru świateł da nam natychmiastowe efekty: lepiej uregulowany rytm dobowy, mniejsze zmęczenie dla naszych oczu, brak świecących w okna lamp. Także zwierzęta na pewno nie miałyby problemu, by z powrotem przystosować się do ciemnych nocy. Dr Katarzyna Śnigórska z Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Małopolskiego przypomina:
– Już pandemia pokazała, jak gwałtownie zwierzęta wracają do swoich naturalnych zachowań w momencie, kiedy usuniemy jakiś sztuczny czynnik. Wówczas nagle aktywność ludzi zdecydowanie się zmniejszyła, a w Polsce ograniczono też wtedy oświetlenie. Wiele świateł gasło wtedy przynajmniej na sporą część nocy. I naukowcy byli zaskoczeni tym, jak gwałtownie różne gatunki wróciły do swoich wcześniejszych przyzwyczajeń. Więc tak, to jest oczywiście spekulacja, bo przecież nie zgasimy wszystkich świateł w ciągu jednej doby, ale myślę, iż zwierzęta bardzo gwałtownie byłyby w stanie wrócić do wcześniejszego trybu życia.
Zanieczyszczenie światłem negatywnie oddziałuje na zdrowie otaczającego nas środowiska, a także nasze własne, sprawia, iż gorzej śpimy i przyczynia się do problemów psychicznych. Na dodatek obrabowuje nas z widoków, które przez większość ludzkiej historii na tej planecie były dla naszych przodków równie powszechne, jak dla nas rozświetlone tysiącami świateł ulice, które napędzały wielkie odkrycia cywilizacyjne i geograficzne, i które inspirowały niektóre z najwspanialszych dzieł sztuki w historii. Aspekt estetyczny może jest tu najmniej ważny, ale sam do tej pory wyraźnie pamiętam niesamowite wrażenie, jakie zrobiła dla mnie gwieździsta noc w Bieszczadach czy widok Drogi Mlecznej w Kirgistanie. Choćby i dlatego z nadmiarem sztucznego światła warto walczyć – bo każdy zasługuje na to, by choć raz w życiu spojrzeć w górę i zobaczyć tę dziwną, srebrzystą chmurę wysoko na niebie.
–
Zdjęcie tytułowe: shutterstock

1 godzina temu















