Im dłużej Zbigniew Ziobro mówi, tym wyraźniej widać, iż nie próbuje już przekonywać faktami, ale jedynie zaklinać rzeczywistość. Jego ostatni występ w Telewizji wPolsce24 jest tego najlepszym przykładem: potok oskarżeń, wielkie słowa, historyczne analogie i teoria wszechogarniającego spisku. W tej narracji Ziobro jest jednocześnie „policjantem” walczącym z korupcją, ofiarą politycznej nagonki i niemal więźniem sumienia. Problem w tym, iż ta opowieść coraz wyraźniej traci kontakt z elementarną logiką.
„Złodziej krzyczy: łapać złodzieja” – powtarza Ziobro jak mantrę, kierując te słowa pod adresem Donalda Tuska. To zdanie, rzucone raz, może brzmieć jak publicystyczna figura. Rzucone dziesiąty raz staje się objawem obsesji. Były minister z uporem twierdzi, iż Tusk „był twórcą największego korupcyjnego systemu złodziejstwa”, choć nie przedstawia żadnych nowych dowodów, a jedynie przywołuje nazwiska przeciwników politycznych jak zaklęcia mające odwrócić uwagę od własnych problemów.
Ziobro deklaruje przy tym pełen spokój. „Podchodzę do sprawy ze spokojem. Wiem, iż jestem człowiekiem niewinnym” – mówi, narzekając jednocześnie, iż sąd „nie uznał za stosowne zawiadomić” go o posiedzeniu. Ta sprzeczność – spokojny ton połączony z poczuciem prześladowania – jest znamienna. W kolejnych zdaniach spokój ustępuje miejsca wizjom „polowania”, „nagonki” i „fałszywych dowodów”, a państwo polskie zamienia się w jego opowieści w niemal białoruską dyktaturę.
Szczególnie niepokojący jest sposób, w jaki Ziobro miesza porządki: prawny, polityczny i moralny. Z jednej strony powtarza, iż „nikt nie zarzuca mu przyjęcia choćby jednej złotówki”, z drugiej – przyznaje, iż chodzi o decyzje dotyczące dziesiątek milionów złotych z Funduszu Sprawiedliwości, Pegasusa czy finansowania „organizacji katolickich, chrześcijańskich”. W jego narracji każda krytyka tych decyzji jest atakiem na wartości, a każda kontrola – przejawem zemsty Tuska.
Gdy pada pytanie o azyl i unikanie odpowiedzialności, Ziobro znów ucieka w odwracanie ról. To nie on – przekonuje – jest oskarżonym, ale „policjantem” ściganym przez przestępców. „Złodziej, który stworzył najbardziej korupcyjny system w Europie Środkowej, ściga dziś policjanta” – mówi, stawiając się w roli bohatera taniego thrillera. Brakuje już tylko dramatycznej muzyki w tle. Rzeczywistość jest jednak mniej filmowa: to sąd rozpatruje wnioski, a prokuratura bada decyzje finansowe, nie zaś „reżim” rozprawiający się z opozycją.
Kulminacją tej retoryki są opowieści o „kaskadzie bezprawia”, „ustawianiu sędziów” i „czystej Białorusi”. Ziobro buduje wizję totalnego spisku, w którym rząd, sądy, Unia Europejska i Bruksela działają jednym frontem, by go zniszczyć. „To są metody bandyckie” – grzmi. Problem w tym, iż im bardziej rozbudowana staje się ta teoria, tym mniej przekonująca. Wszystko staje się dowodem, każde zdarzenie potwierdzeniem tezy, a brak dowodów – dowodem największym.
Styl tej wypowiedzi mówi dziś o Ziobrze więcej niż jej treść. To już nie jest polityk broniący swoich decyzji, ale człowiek, który zaczyna lekceważyć fakty, uciekając w emocjonalny monolog. Zamiast argumentów – inwektywy. Zamiast odpowiedzi – oskarżenia. W efekcie choćby potencjalnie poważne pytania o granice odpowiedzialności władzy giną w potoku słów, które coraz trudniej traktować serio.
Polityka bywa brutalna, ale wymaga elementarnej trzeźwości. Tymczasem Ziobro zdaje się coraz bardziej zamykać w świecie własnych narracji, w których zawsze jest niewinny, a wszyscy inni – skorumpowani. To nie jest już strategia obrony. To sygnał, iż polityk, który przez lata kontrolował aparat represji państwa, dziś sam nie potrafi zaakceptować, iż podlega tym samym regułom co inni.

14 godzin temu













