Od Majchrowskiego i Busha do Czarzastego i Trumpa. „Pax Americana”

1 miesiąc temu

Kraków, maj 2003 r.: świeżo wybrany prezydent miasta Jacek Majchrowski dowiaduje się, iż nie będzie witał na lotnisku w Balicach prezydenta USA George’a W. Busha. Warszawska i amerykańska dyplomacja mają mieć do niego pretensje o artykuł, który ukazał się w Gazecie Krakowskiej pt. „Pax Americana” dotyczący wojny w Iraku.

Warszawa, luty 2026 r.: amerykański ambasador ogłasza, iż USA „zrywają kontakty” z marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym po jego krytyce Donalda Trumpa.

Dwie historie dzieli ponad dwie dekady, ale mechanizm polityczno-dyplomatyczny wygląda znajomo: ostre słowa – twarda reakcja protokołu – krajowa burza.

Kraków/Warszawa/Waszyngton

Historia lubi wracać w najmniej wygodnym momencie. W maju 2003 roku Kraków stał się tłem dyplomatycznego zgrzytu przy wizycie prezydenta USA George’a W. Busha – a w centrum napięcia znalazł się ówczesny prezydent miasta Jacek Majchrowski. Dziś, ponad dwie dekady później, Polska obserwuje podobny mechanizm na znacznie wyższym szczeblu: po krytycznych słowach Włodzimierza Czarzastego pod adresem Donalda Trumpa ambasada USA zapowiedziała zamrożenie kontaktów z marszałkiem Sejmu. W obu przypadkach stawką są nie tylko emocje i polityka, ale też protokół – czyli dyplomacja w najtwardszej, symbolicznej formie.

Kraków 2003: gdy lotnisko stało się sceną polityczną

Wiosną 2003 roku świat był rozgrzany wojną w Iraku. W Polsce również trwała ostra debata o decyzjach Waszyngtonu. W tym klimacie świeżo wybrany prezydent Krakowa Jacek Majchrowski krytycznie odnosił się do amerykańskiej interwencji w artykule opublikowanym w Gazecie Krakowskiej pod tytułem „Pax Americana”

Gdy pod koniec maja 2003 r. prezydent USA George W. Bush przyleciał do Krakowa, media opisywały sytuację jako dyplomatyczny incydent: Majchrowski miał zostać odsunięty od protokolarnej roli gospodarza podczas powitania na lotnisku w Balicach. W praktyce oznaczało to jedno: spór o słowa przeszedł w spór o gesty, a gesty w dyplomacji potrafią ważyć więcej niż całe akapity oświadczeń.

Kraków został wtedy symbolem prostej zasady polityki międzynarodowej: w relacjach z mocarstwem czasem nie ma „niewinnych” zdań – każde może wrócić jako protokolarny komunikat.

„Majchrowski: Pax Americana

Leżąc złożony grypą miałem wątpliwą przyjemność oglądania rozpoczęcia wielkiej operacji wyzwolicielskiej, prowadzonej przez państwo najbardziej miłujące pokój. Państwo, któremu przewodzi nadto największy w tej chwili strażnik praw człowieka i które dla dobra całej ludzkości pragnie zaprowadzić pax Americana.

Oczywiście, i to chciałbym zastrzec wyraźnie, wyrażane w niniejszym tekście opinie będą zdecydowanie subiektywne. Negatywna ocena tego, co jest politycznie poprawne, nie może być bowiem, z samej natury rzeczy, obiektywna. Jakiż przeto jawił mi się obraz? Otóż, po pierwsze, dowiedziałem się, iż należy zaatakować państwo należące do międzynarodówki terrorystycznej, a o ile choćby nie – to terror ów wspierające. Gdy jednak okazało się, iż tak naprawdę trudno wykazać powiązania z Al-Kaidą, położono nacisk na inną argumentację – jest to państwo, które posiada broń masowej zagłady i której to broni może użyć. Troszkę się przy tym zagalopowano, podnosząc możliwość użycia przez Stany Zjednoczone broni atomowej. Pan Rumsfeld dookreślił, iż tylko miejscowo (czy Hiroszima i Nagasaki, to też było miejscowo?) i już do tematu nie wracał. Tym bardziej iż powierzonego zadania nie wypełnili inspektorzy ONZ. Szukali i szukali, a tego co trzeba nie znaleźli.

Okazało się jednak, iż nie oznacza to, iż tej broni nie ma, ale iż została dobrze schowana. To tak jak z Kubusiem Puchatkiem – im bardziej spoglądał w pustą szklankę, tym była ona bardziej pusta. Dowody przedstawione przez pana Powella w ONZ były na tyle śmieszne, ze nikt już do nich nie wracał. Lepszym, i nie ulega wątpliwości – słusznym, pretekstem okazało się nieprzestrzeganie praw człowieka. Na czele Iraku stoi wszak niewątpliwy dyktator i faktycznie wyjątkowo odrażająca postać, jaka jest Saddam Husajn. Nie jest on co prawda jedynym przywódcą o takich cechach osobowości, ale pozostali nie dysponują zasobami ropy naftowej. Nie mogąc więc tego ścierpieć, postanowiono przywrócić owe prawa poprzez pozbycie się owego indywiduum. Po zebraniu przeto około 300 000 żołnierzy, 6 lotniskowców, kilkunastu tysięcy czołgów i trochę jeszcze innego sprzętu dano ultimatum 48 godzin na opuszczenie kraju przez Saddama i jego rodzinę. Ponieważ jednak uznano, ze mogłoby to zostać opacznie zrozumiane, gwałtownie dodano, ze nie przekreśla to oczywiście wejścia sił sprzymierzonych na terytorium Iraku. Amerykanie nie mogąc po prostu ścierpieć mordowania ludności irackiej przez Saddama zaproponowali inne, bardziej humanitarne rozwiązanie: dlaczego ma was mordować wasz przywódca przy pomocy gazów, więzień i innych przestarzałych metod, kiedy możemy to zrobić my, przy pomocy najnowocześniejszej techniki. Wiadomo bowiem powszechnie, iż nic tak dobrze nie wpływa na realizację praw człowieka, jak bombowce B-52 dokonujące nalotów dywanowych. Niestety, nie spotkało się to z powszechnym zrozumieniem wśród skostniałych przywódców europejskich, a także innych polityków nie mogących zrozumieć, dlaczego dyktator nie kochający Stanów Zjednoczonych jest zły, zaś dyktatorzy z nadania USA są dobrzy, dlaczego jedno państwo nie przestrzegające rezolucji ONZ jest godne absolutnego potępienia, a inne nie przestrzegające tychże rezolucji od znacznie dłuższego czasu – absolutnie godne poparcia, dlaczego jedno jest niebezpieczne, bo – jak uważamy – zagraża zajęciem obcych terytoriów a inne, które je faktycznie okupuje, nie. Dlaczego ci, co nas kochają albo udają, ze nas kochają, mogą się zbroić i robić wypady na terytorium swoich wrogów, a ci, co za nami nie przepadają – nie.

I tu mamy do czynienia z nowym, jakże twórczym myśleniem. Otóż, należy po prostu zlekceważyć cały ten ONZ z całą tą jego Radą Bezpieczeństwa. Żaden stary ląd, stare porządki, to wszystko się przeżyło. Teraz my mamy siłę, jesteśmy jedynym supermocarstwem i do tego należy dostosować normy prawa międzynarodowego. Teraz my bowiem stanowimy prawo. To nic, iż stanęliśmy ponad całą tą wspólnotą międzynarodową i tak zrobią tak jak będziemy chcieli, położą uszy po sobie, pokrzyczą, pokrzyczą i będzie dobrze. Przyznać w tym miejscu musze, iż Józef Wissarionowicz był wielkim nauczycielem.

Najpierw jednak trzeba do Iraku wejść. Operacja jest dokonywana, jak to niektórzy podkreślali w pierwszych dniach, chirurgicznie. Te inteligentnebomby naprowadzane przy pomocy satelity, te rakiety uderzające precyzyjnie na cel, tak aby jak najmniej cywilów zginęło – zachwycali się zgromadzeni w studio eksperci. Czasami wprawdzie któraś pomyłkowo uderzy w rafinerie w Iranie, ale to przecież tak blisko, różnica zaś jednej literki w nazwie kraju, każdemu się może pomylić. O cywilów należy dbać. Tylko ten Milewicz opowiada jakieś androny, ze cywile w jakimś przygranicznym mieście zostali ostrzelani z czołgu amerykańskiego i teraz konają, a przedstawiciele bardziej humanitarnej armii na prośbę dziennikarzy, aby udzielić im pomocy, najpierw tychże dziennikarzy zatrzymują, ale potem (ludzcy państwo) wypuszczają, pouczając tylko, aby im nie zawracali głowy. Oni przecież jak zawsze niosą tylko pomoc miejscowej ludności. Kto nie wierzy, może sobie obejrzeć odpowiednie filmy: „MASH” właśnie o dzielnych amerykańskich lekarzach w Korei, albo o tym, jak to w Wietnamie przewożono samolotem słonia, by sprawić przyjemność miejscowej ludności. Tej oczywiście, której nie udało się wypalić napalmem lub wystrzelać jak w My Lai. W żadnym razie nie należy ich traktować jak zdobywców – wywieszenie amerykańskiej flagi w przygranicznej wiosce zostało wszak od razu naprawione, flagę zdjęto, by nie było takich skojarzeń. Pamiętać bowiem należy, ze władze w Iraku, w którym dla utrzymania porządku, przepraszam, zakorzenienia demokracji – Amerykanie pozostaną tylko przez 20 do 30 lat, będą sprawować sami, niezależni Irakijczycy. Na razie szkoleni są w owej niezależności w bazie amerykańskiej na Węgrzech, skąd przerzucani będą na ziemię rodzinną. I znowu przyplatują mi się głupie analogie z 1944 i 1945 roku i znowu w kontekście jednego generalissimusa.

Ale przecież nie robią tego tak zupełnie sami. Mają wielu sprzymierzeńców, którzy w różnym stopniu, dla jakichś przyczyn politycznych bądź ekonomicznych, ich popierają, choćby tylko słownie lub symbolicznie. I to zostanie docenione. Ambasador Supermocarstwa powiedział wyraźnie, iż w nagrodę za owo poparcie dostaniemy prawdopodobnie kawałek tortu podczas odbudowy Iraku. Słuchając tej wypowiedzi, na którą by sobie chyba nie pozwolił choćby ambasador Aristow, pomyślałem, iż zostaliśmy potraktowani jak padlinożercy. Tym bardziej, iż wypowiedź ta jest o tyle nieprawdziwa, iż odbudowywać nie mamy czym – polskie firmy budowlane przestały w zasadzie istnieć, a te, które istnieją przy zachowaniu starych nazw, są własnością kapitału obcego, i to on, a nie my, będzie z tej odbudowy zbierał śmietankę. Sprzedane zaś zostały lub doprowadzone do stanu upadłości głównie przez tych, którzy także mają polityczne długi m.in. w
stosunku do USA.

Wróćmy jednak do zasadniczego wątku. Już dzisiaj (piszę to w niedzielę, 23 III) wiadomo, aczkolwiek na temat ofiar mamy kilka wiadomości, iż bombardowane zostały nalotami dywanowymi główne miasta Iraku z Bagdadem włącznie. Czego nie zniszczył czas i Husajn, zrobili kochający kulturę i szanujący historię Amerykanie. Nie należy wątpić, iż pod tysiącami ton bomb zginęły tysiące ludzi, iż wiele pozostanie kalekami, iż niewybuchy będą zbierać żniwo jeszcze przez dziesiątki lat. Wertuję rodzimą prasę i szukam apeli w obronie praw człowieka, protestujących przeciw masakrze, zastanawiam się, gdzie są ci wyczuleni na każde naruszenie prawa intelektualiści. Gdzie ci, którzy rozrywają szaty, gdy tuż za naszą granicą nie dopuszczano do publikacji jakiegoś tekstu. Milczą. Czyżby dlatego, iż ten profesor, który mimo bardzo bogatej mimiki twarzy okiem nie mrugnął w tej sprawie, wypowiadając się w „Kropce nad i” „na okrągło”? Czy aby jako naród nie spsieliśmy, czy naprawdę tylko dzieci, młodzież i anarchiści zdolni są do protestu? o ile tak, to została nam tylko opieka boska.

Watykan wydal oświadczenie, iż przywódcy amerykańscy biorąc na siebie wielką odpowiedzialność, staną przed sądem historii. Jako prawnik mam nadzieję, iż nie tylko. Przykład Norymbergii napawa optymizmem.

Jacek Majchrowski – prezydent Krakowa

Artykuł ukazał się w „Gazecie Krakowskiej” w II połowie marca 2023 „

(KK)

(foto. FB Jacek Majchrowski)

Idź do oryginalnego materiału