
Czy „Citizen Vigilante” to odważny thriller akcji, czy jedynie kontrowersyjna prowokacja? W tym materiale przyglądam się najnowszemu filmowi Uwe Bolla z Armie Hammerem w roli głównej. Bez zbędnego lukru – analizuję fabułę, klimat, aktorstwo oraz kontrowersje, które wywołał ten tytuł. Film opowiada o mężczyźnie, który bierze sprawiedliwość we własne ręce, stając się internetową sensacją i jednocześnie celem organów ścigania.
A oto „politycznie poprawne” recenzje:
„Citizen Vigilante” to film, którego komunikat należałoby skwitować słowami „tylko pamiętajcie, dzieciaki, nie róbcie tego w domu”. Znamienne jednak, iż wieńczy go skrajnie odmienne przesłanie. I nie chodzi tu o oddolną inicjatywę obywatelską mającą na celu, dajmy na to, komunalne sadzenie róż na betonowym osiedlu, ale o chwycenie za broń i „zrobienie porządku”. O przywrócenie niemalże mitycznego status quo poprzez krwawą rewolucję, poprzez chaos. A jest to znamienne, bo niemiecki reżyser Uwe Boll nigdy nie słynął z operowania subtelnościami, niezależnie od podejmowanej tematyki. Trudno więc było spodziewać się po nim czegoś odmiennego akurat teraz. Równocześnie Boll to twardy orzech do zgryzienia, bo, choć otacza go nimb tandeciarza i geszefciarza, chyba faktycznie wierzy w sztukę kina do tego stopnia, iż próbuje nadać jej moc sprawczą.
Recenzowanie „Citizen Vigilante” to choćby nie tyle próba przebiegnięcia slalomem przez pole minowe, ile rzucenie się na minę przeciwpiechotną. Traci bowiem na znaczeniu, czy jest to dzieło dobre (nie jest), przeciętne (też nie), czy złe (niestety), liczy się jego ideologiczny wydźwięk i obranie odpowiedniej według dyskutanta strony światopoglądowego sporu. Boll całkiem świadomie nie tyle zapisał, co wyrył dłutem swoje nazwisko w prawej kolumnie politycznego Excela, zdobywając poparcie możnych tamtego świata i przypinając sobie łatkę twórcy wyklętego. Powiedzmy sobie szczerze: „Citizen Vigilante” to przecież nic innego jak fantazja o powrocie do krainy mlekiem i miodem płynącej, jaką rzekomo miała być niegdyś Europa (tam toczy się akcja i umyślnie nie napisałem „tutaj”, bo mamy do czynienia z symbolem, nie z faktycznym miejscem). Chociaż taka fantazja ma punkty styczne ze znakomitymi przecież klasykami kina zemsty, „Życzeniem śmierci” czy „Brudnym Harrym”, to jest też czysto demagogiczna.
Nie sposób jednak, przy całej realizatorskiej mizerii, nie docenić „Citizen Vigilante” jako wyrazu społecznego gniewu, do tego uargumentowanego tutaj poprzez może nieznośne i miałkie, ale jednak populistycznie efektywne i efektowne monologi. Kwestie niewydolności systemu, polityki migracyjnej, korupcji w wysokich strukturach władzy, egoizmu i egotyzmu rządzących to przecież tematy ważne i poważne. Ale Boll niemiłosiernie je spłyca, oskarżycielski paluch kierując na bliżej niesprecyzowane „lewactwo”, a jako rozwiązanie proponując mitomański sen o przemocy. To choćby nie proste, ale prostackie. Bo obojętne, po której stronie tej nieszczęsnej barykady stoimy, nie może być żadnego przyzwolenia na zabijanie i samosądy. Aż mi głupio, iż podobne truizmy piszę zupełnie na serio w 2026 roku.
Bohater Bolla, bezduszny, wyrzeźbiony z marmuru, grany przez Armiego Hammera, kolejnego wykluczonego z hollywoodzkiego obiegu, to bardziej emblemat niż postać. Nie kieruje się żadnymi zasadami, to nie Callahan, Kersey, ani choćby Punisher, to człowiek-zjawa, który prowadzi lud na front wojny nie tylko ideologicznej, ale i faktycznej. Front, który biegnie i wzdłuż granic kontynentu, i przecina go na wskroś. Nie ma tu ani jednego głosu sprzeciwu przeciwko jego metodzie – po trupach do celu, nie inaczej – wszystkie komentarze są entuzjastyczne: to „bohater, na jakiego czekaliśmy”. Tyle iż nie. Tytułowy Obywatel Mściciel to socjopata, który morduje gliniarzy (kopia nieudanej akcji z Magdalenki) z takim samym zacięciem jak wszystkich innych i choćby na moment idzie uwierzyć, iż klucz rasowy czy kulturowy jest tu nieistotny. Ale gdyby ktoś nie zrozumiał, iż za całe zło odpowiadają wyłącznie „oni” – spokojnie, zostanie to powiedziane.
I choćby wszystko to, co napisałem wyżej, nie skreśliłoby omawianego filmu, gdyby został on nakręcony zgodnie z prawidłami sztuki. Niestety: sam erystyczny żar nie roznieci płomienia. A „Citizen Vigilante” na płaszczyźnie scenariuszowej czy reżyserskiej to kino prawie iż amatorskie. Skrajnie nieudolne, pełne pustych, męczących ujęć, nietrzymające tempa, niepotrzebnie i bez wyraźnego powodu opowiedziane nielinearnie. Wbrew pozorom żywię do Bolla sympatię za jego wytrwałość, za niepokorność, za niezłe „Rampage” i za to ciągłe podnoszenie się po klęskach. Ale w tym przypadku nie ma co zaklinać rzeczywistości. Zrobił zły film i nie zmieni tego ani o jotę argumentacja o jego publicystycznej aktualności. Gdyby chociaż wywołał merytoryczną i konstruktywną dyskusję – choćby pod tą recenzją. Ale trzeba by ją wtedy doczytać do końca.
za: Bartosz Czartoryski Mroczny rycerz upada
Citizen Vigilante nie opowiada spójnej i wiarygodnej historii. Nie czyni niczego dobrego. Nie cechuje się poczuciem człowieczeństwa czy szczerą empatią dla ofiar gwałtów. Film Uwe Bolla okazuje się wręcz tym groźniejszy, iż zło ubiera w pozory dobra, usprawiedliwiając i eskalując nienawiść w sytuacji, która stała się w ostatnich latach szczególnie napięta.
Mówiąc wprost i bez ogródek, Citizen Vigilante to w istocie podły, zatruty film. Jest w nim adekwatnie tylko jedna prawdziwa i warta uwagi rzecz. Pojawia się ona wraz z mottem wyświetlonym tuż przed adekwatnym seansem. Napis ten oznajmia: „Każde zachowanie można sprowadzić do instynktów”.
Nie mogę być całkiem pewien, czy jest to cytat, czy po prostu swobodna impresja twórcy. Kilka sekund później pojawia się zresztą kolejna fraza, tym razem podpisania jako słowa Anonima. Szczegół ten, aczkolwiek kuriozalny, nie gra jednak aż takiej roli, skoro przypadkiem definiuje on Citizen Vigilante jako film i zjawisko.
Tak się bowiem składa, iż społeczny odbiór najnowszego filmu Uwe Bolla udowadnia, iż istotnie, wiele zachowań można sprowadzić do instynktów. Dotyczy to nie tylko zemsty czy nienawiści, ale również brania utworu głęboko zepsutego na sztandar swoich wartości. Boll, jak sądzę, dobrze zdaje sobie z tego sprawę. A jako twórca nie ceniący człowieka, najwidoczniej postanowił cynicznie wykorzystać wiedzę o tym, jak budzić ludzkie instynkty.
Bo tym właśnie jest Citizen Vigilante. To próba wykorzystania naszych popędów i emocji, a powoływanie się na ten film jako na głos wykluczonych i niesłyszanych, oceniam jako wysoce ryzykowne.
Infant terrible złego kina
Wpierw przyznam się do pewnej mniej lub bardziej grzesznej skłonności: od lat jestem miłośnikiem tzw. „złego kina”. Bywa, iż pławię się w tym, co najbardziej nieudane. W tym wszystkim, co niczym kreatury zamieszkujące wiersze Bolesława Leśmiana, rodzi się, aby potem niby być, a jednak nie być; w tym, co jednookie, kulawe, pozbawione jasno określonego statusu w świecie, tym, co w jednym momencie przeraża, śmieszy, zdumiewa i żenuje.
Dla odbiorców tego typu kina, Uwe Boll jest postacią legendarną. Legendarną, co nie znaczy, iż lubianą na równi z innymi twórcami celuloidowej szmiry. Istnieje bowiem kategoria kina tak złego, iż aż dobrego (so bad it’s good). Ma ona swoje kluby miłośników, społeczności i grupy.
Do prominentnych twórców tej specyficznej kategorii filmu należą Ed Wood, Tommy Wiseau czy Neil Breen. I chociaż słusznie uznaje się ich za najgorszych reżyserów w historii, to jednocześnie dzięki swojej determinacji i barwnej osobowości, budzą także silnie pozytywne emocje, a momentami choćby swego rodzaju szacunek.
Na tym tle kino Bolla było jednak oceniane jako po prostu złe (plain bad albo bad bad), a przez to nieznośne. Nigdy nie dostarczało odpowiedniej rozrywki, chociaż – trzeba to uczciwie przyznać – sama sylwetka reżysera, sprawnie ogrywającego niemiecki system podatkowy dla sfinansowania swoich filmów, fascynowała jako zjawisko.
Jego filmy stały się zresztą dla wielu miłośników złego kina, zwłaszcza tych urodzonych w latach 90., pierwszym w życiu momentem szoku i niedowierzania, iż można było zrobić coś tak fatalnego, a następnie puścić w oficjalną dystrybucję. Dodajmy jednak, iż pierwszym, zanim poznało się innych twórców najgorszych filmów świata, tym razem jednak z grupy good bad, a zatem dostarczających lepszej rozrywki i satysfakcji.
Rozgłos Bolla jako twórcy – o czym wspomniałem – nielubianego choćby przez miłośników złego kina wynikał z trzech zasadniczych czynników. Pierwszym z nich była szeroka dystrybucja komercyjna jego filmów, a zarazem regularny angaż znanych hollywoodzkich aktorów znajdujących się aktualnie w pewnym kryzysie.
Po drugie, zdumiewający, budzący ciekawość i wydawałoby się – jawny cynizm twórcy. Po trzecie natomiast, Boll zwykł swego czasu tworzyć ekranizacje popularnych gier komputerowych, wzbudzających bezprecedensowy sprzeciw ze strony środowisk graczy.
O ile jednak wielbiciele złego kina z niecierpliwością wyczekują kolejnych produkcji Neila Breena, o tyle wobec Bolla ich reakcja jest i była zgoła odmienna; swego czasu wystosowali choćby petycję, w której zaapelowali do niemieckiego reżysera o zakończenie kariery filmowej. Petycja zebrała prawie 354 tysiące podpisów.
Jeszcze 20 lat temu, umawiając się z kolegami na kebab i kolejny hate watching filmu Uwe Bolla, nie sądziłbym, iż akurat ten reżyser wywoła kiedykolwiek społeczną i polityczną dyskusję. Pół biedy, gdyby nakręcił wreszcie film tak katastrofalny, iż aż podniosła się międzynarodowa debata. Niestety, mamy tu do czynienia z przypadkiem znacznie mniej zabawnym, a znacznie bardziej niebezpiecznym.
Obywatel Breivik
Pod względem artystycznym Citizen Vigilante jest czymś tak absolutnie złym, iż nie spodziewałem się tego choćby po Bollu. To dzieło pod każdym względem tragiczne, i nie łudźmy się, iż jest inaczej.
Nie wyobrażam sobie istnienia odbiorcy, który szczerze uznałby ten film za udany. Równie trudno jest mi wyobrazić sobie film gorszy realizacyjnie. Chyba nie ma tu sensu się nad tym rozwodzić. Warsztatowo obraz przedstawia się po prostu katastrofalnie.
Najniższy możliwy poziom reprezentuje zarówno reżyseria, jak warstwa dialogowa, gra aktorska, narracja, dynamika scen, logika opowieści. I tylko jedna rzecz nie tyle oburza, co raczej budzi smutek – jest nią udział Armiego Hammera.
Kim jest, odgrywany przez niego, tytułowy „obywatel mściciel”, tajemniczy Sanders? Obserwujemy go, kiedy zbroi się w swoim schronie, a następnie ostrzeliwuje służby mundurowe. Ale widzimy go też odwiedzającego domy pokrzywdzonych i spacerującego po parku w czarnym płaszczu (notabene, pierwotnie tytuł miał brzmieć Dark Knight, czyli Mroczny rycerz).
W niektórych scenach reżyser przedstawia nam go jako anioła zemsty, działającego w imieniu bezbronnych i pokrzywdzonych. Te sekwencje, jak się zdaje, mają określać tożsamość Sandersa. Jest to mściciel, samozwańczy stróż prawa, domagający się o sprawiedliwość trochę Batman w cywilu, a trochę everyman. Po prostu obywatel, citizen; ktoś, kim my wszyscy mielibyśmy się stać. Tyle, iż wyposażony do tej misji w specjalne zdolności.
Pojawiają się też jednak niepokojące sceny, aczkolwiek realizowane chyba nie do końca ze świadomym zamysłem, które ujawniają, iż nasz bohater jest też flipperem, mobbingującym pracodawcą, a być może choćby sutenerem.
Można by powiedzieć: postać niejednoznaczna, ale należałoby raczej przyznać, iż po prostu niespójna. „Mroczny rycerz” koniec końców musi być w jakimś stopniu mroczny. Musi być, podobnie jak Bruce Wayne, człowiekiem zarówno szlachetnym, jak i trudnym w obyciu. To poniekąd tłumaczy jego poświęcenie sprawie. Ale w przypadku Sandersa tak to nie działa. Przede wszystkim jest on bowiem psychopatą.
Właściwe intencje Uwe Bolla wychodzą na wierz, a razem z nimi wyłania się co najmniej niepokojąca prawda. Widzimy na przykład, jak Sanders spotyka się z ofiarami przemocy, odwiedzając ich w szpitalach i pytając o to, czy pragną sprawiedliwości.
Jest tam obecny dużo wcześniej od państwowych służb. Jest blisko. Ale gdyby się nad tym naprawdę zastanowić, to Sanders przychodzi do szpitala wcale nie jako anioł i wyzwoliciel. Okazuje się, chcąc nie chcąc, kusicielem.
Dotyka bólu drugiego człowieka, a następnie używa cierpienia i gniewu do tego, by wyperswadować ofierze potrzebę dalszej przemocy. Gdy tylko otrzymuje zgodę na zemstę, znika z życia pokrzywdzonego, i już nigdy więcej nie pojawia się ze swoją obecnością i empatią.
Sanders jest więc w roli mściciela po prostu niewiarygodny. Wydaje się raczej, iż cała ta misja prowadzona w imieniu bezbronnych ofiar w istocie jest dla niego usprawiedliwieniem żądzy krwi. Nie pomagają w tym przydługie monologi o sprawiedliwości i obywatelskim wzmożeniu.
One wręcz pogarszają, gdyż zgodnie z zasadą z obfitości serca mówią usta, im dłużej realizowane są odezwy Sandersa, tym łatwiej wyczuć w nich ukryte intencje. Tytułowy obywatel mściciel pragnie po prostu chaosu i śmierci.
Jego działania noszą wszelkie znamiona terroryzmu, kierują urojenia psychopaty. Krzywda ofiar służą mu wyłącznie za usprawiedliwienie. Czy mimowolnie odzwierciedla to stosunku samego Uwe Bolla do narastających w Europie obaw?
Pytań i nieścisłości jest o wiele więcej, i trudno w krótkim tekście skomentować je wszystkie. Nie wiem na przykład, jakie są prawdziwe intencje Sandersa, który w ciągu półtora godzinnego seansu zamordował przecież znacznie więcej niewinnych ludzi aniżeli gwałcicieli.
Czyli, w istocie rzeczy, Sanders to raczej ktoś pokroju Andersa Breivika i Martina Bryanta aniżeli Bruce’a Wayne’a. choćby jeżeli sam Batman również nosi w sobie pewien mrok.
American Psycho staje się bohaterem
Najbardziej oburzająca scena ma miejsce w samym finale filmu. Widzimy jak Sanders wdziera się do mieszkania, gdzie żyje rodzina islamskich imigrantów, a następnie dokonuje egzekucji nie tylko chłopaka odpowiedzialnego za brutalny gwałt na pewnej Europejce, ale przy okazji również jego sióstr, matki oraz ojca.
Cała ta sekwencja przypomniała mi słynne sceny home invasion i sadyzmu z Mechanicznej pomarańczy Stanleya Kubricka, a ze względu na zimne, dokumentalne spojrzenie Bolla, jeszcze mocniej Funny Games Michaela Hanekego.
Z tą jedynie różnicą, iż tym razem psychopata znęcający się nad całą rodziną, zostaje przedstawiony jako nasz głos i wyzwoliciel. Towarzysząca scenie muzyka nie pozostawia wątpliwości, iż morderstwo kilkunastu osób ma nam przynieść katharsis.
Cała scena miała przynieść odbiorcy ulgę. Rachunek został wyrównany, nadszedł bowiem dzień sprawiedliwości. Nieco wcześniej Sanders, w jednym ze swoich nagrań, wezwał wręcz mieszkańców Europy do podobnych działań, mówiąc: „Jeśli wy nie potraficie tego zrobić, zrobię to sam, abyście wiedzieli, co jest słuszne”. Nic jednak nie usprawiedliwia tego, co cała ta scena – znów najpewniej mimowolnie – ukazuje naprawdę.
Uwe Boll, odpowiadając na zarzuty krytyków i zakaz Citizen Vigilante w oficjalnej dystrybucji, powoływał się na skonstruowany poniekąd podobnie finał Bękartów wojny Quentina Tarantino. Mieliśmy tam masową egzekucję nazistów, której również w imieniu ofiar dokonała żydowska partyzantka.
Można by więc zarysować pewną analogię pomiędzy tymi dwoma filmami. Tak to przynajmniej widzi Boll, pytając jednocześnie, dlaczego Bękarty wojny nie spotkały się z tak surową reakcją filmowych komisji klasyfikacyjnych.
Przyznam, iż nie jestem i nigdy nie byłem wielkim fanem filmów Quentina Tarantino. Zastrzegam sobie wyjątek jedynie dla Pewnego razu… w Hollywood, który jest chyba najmniej tarantinowskim z jego filmów, a przy tym – okazał się wybitnym traktatem moralnym na temat sztuki (w tym także kina), która na poziomie symbolicznym odwraca skutki zła. Czyli jest to, swoją drogą, zupełna odwrotność Citizen Vigilante, który zło eskaluje i rozsierdza.
Uważam jednak, iż większa część dorobku Tarantino jest znacznie przereklamowana. Przy bliższym zapoznaniu się z amerykańskim kinem eksploatacji, okazuje się zresztą nie tak wyjątkowa ani błyskotliwa, jak powszechnie sądzono.
Po drugie, nakładam na filmy Tarantino odpowiedzialność za współczesną infantylizację przemocy w sztuce. Coś, co pierwotnie miało być formą oswajania cierpienia, nadto – częścią ponowoczesnego komentarza do nowoczesności, w której wszystko, choćby zło, stanowi jedynie kliszę i konwencję, z czasem wymknęło się amerykańskiemu reżyserowi. Także dlatego, iż Tarantino, który bez wątpienia potrafi odnaleźć się w roli gwiazdy, nigdy nie należał do szczególnie głębokich filozofów kultury.
Ale choćby w tej sytuacji zestawienie filmu Uwe Bolla z filmem Tarantino jest po prostu absurdalne. Czego by nie mówić, Bękarty wojny są jednak dalekie od cynicznego, utylitarnego wykorzystywania ludzkich krzywd i tragedii.
Zestawianie Citizen Vigilante z Jedną bitwą po drugiej jest natomiast jeszcze śmieszniejsze. Owszem, film Paula Thomasa Andersona czyni swoimi bohaterami członków lewicowej bojówki terrorystycznej, przy okazji usprawiedliwiając ich działania. Nie ma u niego jednak śladu tej samej psychopatycznej satysfakcji z przemocy jako takiej.
Ta zaś niestety charakteryzuje niemieckiego reżysera. Citizen Vigilante to zwyczajnie eksploatacja. Nie opowiada spójnej i wiarygodnej historii. Nie czyni niczego dobrego. Nie cechuje się poczuciem człowieczeństwa czy szczerą empatią dla ofiar gwałtów. Okazuje się wręcz tym groźniejszy, iż zło ubiera w pozory dobra, usprawiedliwiając i eskalując nienawiść w sytuacji, która stała się w ostatnich latach szczególnie napięta.
za: Michał Gołębiowski Cała obrzydliwość filmu „Citizen Vigilante”
(wybór PZ)











![Sprzęt od PFRON można za darmo zatrzymać. Sejm właśnie uchwala nowelizację ustawy o rehabilitacji [projekt]](https://g.infor.pl/p/_files/39198000/podwyzki-39198190.jpg)
![PFRON: Są aneksy dla osób niepełnosprawnych. Zwrot sprzętu do 2028 r. Można przejąć za darmo [likwidacja wypożyczalni]](https://g.infor.pl/p/_files/39198000/podwyzki-39198256.jpg)