O nowym ustroju Polski (1/3)

niepoprawni.pl 5 godzin temu

W PRL-u często akcentowało się w mediach wyższość socjalizmu nad kapitalizmem, choć w prywatnych rozmowach ten akcent był stawiany dokładnie po przeciwnej stronie. To kapitalizm miał być tą najbardziej zbliżoną do ideału formą życia. W ówczesnej Polsce mówiło się, na przykład ironicznie, iż to nie ustrój jest zły, ale system. Albo powtarzano za Churchillem, iż nie wymyślono dotychczas niczego lepszego nad demokrację, choć to też nie najlepszy z ustrojów. Tak - w PRL mówiono o demokracji. Bo socjalizm, był wówczas synonimem „demokracji ludowej” . Autorom drugiego z określeń wyszła tautologia, czyli „masło maślane”, a to już samo w sobie świadczyło, iż z tym ustrojem coś musi być nie tak. Ktoś mądry bowiem powiedział, iż jeżeli do słowa „demokracja” doda się jakikolwiek przymiotnik, to wyłącznie po to, by zatuszować anty-demokratyczność takiej formacji, czyli krótko mówiąc aby zakamuflować rządy autokratyczne. Można by jeszcze dodać, iż ten przymiotnik stojący przy „rządach ludu” czasem może wprost wskazywać na klasę rządzącą („demokracja liberalna” np.), czyli powoduje samodemaskację grupy rządzącej. Ale co to adekwatnie jest demokracja? Najkrócej mówiąc, to ustrój, czyli system rządów, w którym władzę sprawują wszyscy obywatele, albo bezpośrednio, albo za pośrednictwem wybranych w wolnych wyborach reprezentantów. Wydawałoby się, iż w dużych społecznościach, takich jak współczesne państwa, nie jest możliwe funkcjonowanie demokracji bezpośredniej, podobnej do tej jaka była w Atenach. Okazuje się jednak, iż owszem. Że jest to możliwe. Tak jest na przykład w Szwajcarii czy Liechtensteinie, gdzie władzę sprawuje się w dużej mierze bezpośrednio, dzięki referendów. Jeszcze niedawno byłem głęboko przekonany, iż właśnie referenda, to jest ta adekwatna droga do poprawy kondycji i sprawniejszego funkcjonowania państwa. Jednak, na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń z wyborami tego typu (nie mówię o referendum z 1946, tylko o tych ostatnich, które miały miejsce w naszym kraju) doszedłem do wniosku, iż referenda niekoniecznie by się u nas sprawdziły. Problem widzę w czymś pochodnym stalinowskiemu: „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy”. W tym przypadku bardziej istotnym od tego kto głosuje, okazuje się być ten, kto pisze pytania do referendum. Aby więc taki system referendalny mógł dobrze u nas funkcjonować, to moim zdaniem, w pierwszej kolejności należałoby wybrać grupę określającą kolejność problemów do przegłosowania i co najistotniejsze – adekwatnie formującą pytania. Cóż by to więc zmieniło w naszej obecnej rzeczywistości? Wydaje mi się iż niewiele, bo mimo iż mielibyśmy „demokrację referendalną”, to i tak byłaby ona demokracją pośrednią (wybór przedstawicieli do formułowania pytań). I to chyba jeszcze bardziej skomplikowaną, niż ta forma przedstawicielska, z którą mamy do czynienia obecnie. Myślę więc, iż w Polsce, dla naprawy ustroju państwa, w pierwszej kolejności należałoby skupić się na poprawie wyboru naszych przedstawicieli. I niekoniecznie chodzi mi tu o sprawy techniczne związane z tym wyborem, takie jak na przykład liczenie głosów, by zastąpić je czymś na wzór estońskiego i-votingu, czyli głosowania przez internet. (Wiem, iż prace w Polsce nad tym trwają, ale piszę o Estonii, bo tam już to działa). Bardziej interesująca od tego wydaje mi się jednak jakość naszej społecznej reprezentacji. Aby jak najmniej było wśród naszych przedstawicieli - czy to do parlamentu, czy do lokalnych rad - ludzi z nadania -”miernych, biernych, ale wiernych” swemu mocodawcy (którym niekoniecznie jest społeczeństwo przecież). Aby jak najmniej wśród posłów, sędziów, czy urzędników było ludzi głupich, niekompetentnych, narcystycznych, czy nieempatycznych. Czy jest to możliwe? Wydaje mi się, iż tak i ,że może być to łatwiejsze do osiągnięcia, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. (Zamieszczenie kolejnej części zaplanowałem na sobotę 03.01.2026)

Idź do oryginalnego materiału