Kraków należy do miast zdominowanych przez układ lewicowo-liberalny, dlatego wydawało się wręcz niemożliwe zmobilizowanie wyborców, by odwołali urzędującego prezydenta. Ponieważ układ rządowy zniechęcał do pójścia na referendum, przestało ono mieć walor tajności. Wiadomo było, iż praktycznie każdy, kto uda się do lokalu wyborczego, zagłosuje przeciwko Miszalskiemu. Pójście na referendum wymagało zatem cywilnej odwagi. Musimy pamiętać, iż gros ludzi pracuje w różnorakich instytucjach zależnych od miasta, więc mieli się czego bać. Nie chodzi tu tylko o urzędników magistratu, ale również o pracowników spółek miejskich, różnych firm zależnych od miasta, nauczycieli. Duża część mieszkańców jest również zatrudniona w instytucjach zależnych od wojewody, np. w spółkach Skarbu Państwa – a tam również rządzi układ lewicowo-liberalny. Do tego dodajmy potężną presję celebrytów, mediów, artystów, zniechęcających do udziału w referendum. Mimo tych wszystkich przeszkód udało się zmobilizować krakowian.