Nowy zamach w Berlinie. „Samochód wjechał w tłum”

2 godzin temu

Po raz kolejny media obiegł niemal identyczny nagłówek: „Samochód wjechał w tłum”. Tym razem chodzi o tragiczne wydarzenia w Berlinie, gdzie podczas parady dewiantów sodomickich w Tiergarten (tzw. „parada równości”) zginęła jedna osoba, a kilkanaście zostało rannych. Według informacji przekazywanych przez niemiecką policję trwa obława za podejrzanym, który ma być powiązany z berlińskim środowiskiem islamistycznym.

Wczoraj ok. 22.00 w Berlinie miał miejsce kolejny imigrancki zamach terrorystyczny. Zginęła jedna osoba a kilkanaście zostało rannych. Najciekawsza jest jednak reakcja mediów głównego nurtu. Ponownie w całej Europie, w tym w Polsce czytamy to samo – „samochód wjechał”, „samochód zabił”, „samochód staranował”. Można odnieść wrażenie, iż europejskie ulice terroryzują zbuntowane maszyny, niczym z filmów i terminatorze, które najwyraźniej doszły do wniosku, iż najwyższy czas przejąć kontrolę nad własnym losem i rozpocząć krwawą rebelię przeciwko przechodniom.

Rzeczywistość wygląda odrobinę inaczej – to nie samochód podejmuje decyzję. Nie samochód wybiera miejsce pełne ludzi. Nie samochód naciska pedał gazu. To wreszcie nie samochód ucieka z miejsca zdarzenia. Samochód jest wyłącznie narzędziem. Dokładnie takim samym jak nóż, siekiera czy broń palna. Sprawcą jest człowiek i to bardzo konkretny. Brzmi banalnie? Widocznie nie dla głównonurtowych redakcji, które od lat konsekwentnie budują narrację, w której odpowiedzialność rozmywa się gdzieś pomiędzy silnikiem Diesla, skrzynią biegów i kompletem opon.

Gdy ktoś dokonuje napadu z użyciem noża, nie czytamy przecież, iż „nóż zaatakował klienta sklepu”. Kiedy sprawca strzela do ludzi, nikt nie informuje, iż „pistolet otworzył ogień”. Ale gdy dochodzi do zamachu z wykorzystaniem samochodu, nagle gramatyka przejmuje stery i to pojazd staje się głównym bohaterem wydarzeń. Przypadek? Być może. Jeden czy dwa razy można uznać to za zwykłą redakcyjną manierę. Problem polega na tym, iż taka konstrukcja pojawia się z zadziwiającą regularnością właśnie wtedy, gdy sprawca okazuje się niewygodny z punktu widzenia obowiązującej narracji.

Znacznie łatwiej napisać, iż „samochód wjechał w tłum”, niż już w tytule poinformować, iż człowiek świadomie wykorzystał samochód jako narzędzie zamachu. Jeszcze trudniej dodać, kim ten człowiek był. W przypadku berlińskiego ataku niemiecka policja poinformowała, iż zidentyfikowany podejrzany jest znany służbom jako osoba związana z berlińskim środowiskiem islamistycznym. To 21-letni Abdul B. Śledztwo trwa i to ono ostatecznie ustali odpowiedzialność oraz motywy sprawcy.

Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy podobny atak w Europie wiązany jest z radykalnym islamizmem. W ostatniej dekadzie kontynent wielokrotnie doświadczał zamachów przeprowadzanych przez muzułmanów, którzy wykorzystywali samochody jako broń. Wystarczy przypomnieć Niceę, Berlin z 2016 roku, Londyn, Barcelonę czy Sztokholm. To nie oznacza, iż każdy muzułmański imigrant jest terrorystą — byłoby to fałszywe i niesprawiedliwe. Oznacza natomiast, iż w wielu najbardziej znanych zamachach tego typu sprawcami byli radykalni islamiści, a tego faktu nie zmienia choćby najbardziej kreatywna konstrukcja nagłówka.

Można oczywiście zrozumieć ostrożność mediów. Trwa śledztwo, nie wszystkie informacje są od razu potwierdzone i odpowiedzialne redakcje powinny unikać pochopnych wniosków. To standard, którego warto się trzymać. Trudniej natomiast zrozumieć język, który w dziwny sposób odczłowiecza sprawcę. Jakby między nim a jego czynem należało wstawić jeszcze warstwę semantycznej poduszki bezpieczeństwa. Tak, żeby przypadkiem nie okazało się zbyt wyraźnie, iż za kolejną tragedią stoi konkretny człowiek, kierujący się konkretną ideologią lub motywacją.

Bo przecież łatwiej dyskutować o bezpieczeństwie samochodów niż o bezpieczeństwie granic. Łatwiej analizować konstrukcję pojazdu niż proces radykalizacji. Łatwiej obwiniać rozpędzoną furgonetkę niż człowieka, który świadomie zamienił ją w broń.

Dla nas sprawa jest prosta: Samochody nie planują zamachów. Samochody nie nienawidzą. Samochody nie wyznają ideologii. Samochody nie uciekają przed policją. To ludzie robią wszystkie te rzeczy, a samochód pozostaje dokładnie tym, czym był od początku — narzędziem. Może więc najwyższy czas, aby również nagłówki zaczęły opisywać rzeczywistość, zamiast ją grzecznie wygładzać, byleby tylko nie poruszyć istoty problemu – masowej imigracji do Europy dzikich ludów, które nigdy nie powinny tutaj trafić.

Polecamy również: Francja legalizuje eutanazję

Idź do oryginalnego materiału